Reklama

To miał być dzień pełen słodkości i rodzinnego ciepła. Zamiast tego, ten konkretny czwartek stał się punktem zwrotnym w moim małżeństwie. Zapach smażonego ciasta już zawsze będzie mi się kojarzył z palącym policzki upokorzeniem i triumfującym uśmiechem kobiety, która postanowiła zniszczyć mnie przy całej rodzinie.

Nie dogadywałyśmy się

Jadwiga, matka mojego męża, to była zupełnie inna liga teściowych. Mistrzyni pasywnej agresji, potrafiąca wbić szpilę z taką gracją, że ofiara orientowała się na szarym końcu. Marek, mój mąż, był jej oczkiem w głowie, o którego walczyłam przez trzy lata małżeństwa, próbując udowodnić, że zasługuję na miejsce w tej rodzinie.

Tłusty Czwartek w domu teściowej był świętością. Tradycja nakazywała zjazd całej rodziny na „prawdziwe pączki” – domowe, na wiejskich żółtkach i własnym smalcu. W tym roku jednak teściowa zadzwoniła z propozycją, która od razu wydała mi się podejrzana.

– Karolinko – zaczęła tym swoim przesłodzonym tonem. – Pomyślałam, że w tym roku ja już nie mam tyle siły. Może byś mnie wyręczyła? Zrobisz pączki dla wszystkich? Chciałabym w końcu odpocząć i spróbować wypieków mojej synowej. Przecież Marek tak zachwala twoją kuchnię.

Powinnam była odmówić. Powinnam powiedzieć, że pracuję do późna, że nie mam talentu. Ale duma wzięła górę.

– Oczywiście, mamo – odpowiedziałam, czując ucisk w żołądku. – Zrobię najlepsze pączki, jakie jadłaś.

To był pierwszy gwóźdź do mojej trumny.

Robiłam je całą noc

Nigdy wcześniej nie robiłam pączków, ale byłam zdeterminowana. Kupiłam najlepszą mąkę, ekologiczną konfiturę z róży i wzięłam urlop na żądanie. Zaczęłam o dziesiątej rano. Pierwszy zaczyn wylądował w koszu. Drugie podejście było lepsze, ciasto wyrosło, ale smażenie okazało się katastrofą. Z zewnątrz pączki były spalone na węgiel, w środku surowe i płynne.

O godzinie dwudziestej kuchnia wyglądała jak pobojowisko, a ja miałam na talerzu stertę koślawych, nasiąkniętych tłuszczem tworów. Marek wrócił z pracy, spojrzał na ten armagedon i zapytał ostrożnie:

– Kochanie, może po prostu kupimy gotowe? Nikt się nie zorientuje.

Wtedy to do mnie dotarło. Nie mogłam zanieść teściowej tych nieudolnych prób. Wyśmiałaby mnie, wzdychając z politowaniem: „No cóż, liczą się chęci”. Nie mogłam na to pozwolić.

– Masz rację – powiedziałam, czując ulgę i wstyd. – Ale to musi zostać między nami. Przysięgnij.

Marek obiecał. Był po mojej stronie. A przynajmniej tak mi się wtedy wydawało.

Kłamstwo o słodkim smaku

Wstałam o piątej rano i pojechałam do najlepszej, rzemieślniczej pączkarni w mieście. Stałam dwie godziny na mrozie, ale kupiłam trzydzieści idealnych, pachnących pączków z różą. Wyglądały jak domowe – nierówne, z charakterystycznym jasnym paskiem.

W domu przełożyłam je do wiklinowego kosza wyłożonego lnianą ściereczką. Pudełka porwałam na strzępy i wyrzuciłam głęboko do kubła na zewnątrz, a paragon spaliłam. Zatarłam ślady zbrodni. Kiedy wchodziliśmy do teściów, serce waliło mi jak młot. W salonie siedziała już cała rodzina: siostra Marka z mężem i dziećmi, wścibska ciotka Grażyna i ona – Królowa Matka w swoim fotelu.

– O, są i nasi goście honorowi! – zawołała Jadwiga, ale jej oczy się nie śmiały. – I co, Karolinko? Udało się? Czy mam wyciągać awaryjne faworki z zamrażarki?

Postawiłam kosz na stole i odsłoniłam ściereczkę.

Proszę bardzo, mamo. Domowe pączki.

Zapadła cisza. Jadwiga wstała, wzięła jednego pączka, obejrzała go z każdej strony i powąchała.

– Wyglądają... imponująco – przyznała chłodno. – Aż trudno uwierzyć, że to twoja pierwsza próba.

– Miałam dobrego nauczyciela. Wspominałam twoje rady – skłamałam gładko, choć w środku dygotałam.

Degustacja przebiegła pomyślnie. Wszyscy się zachwycali, Beatka prosiła o przepis, a Marek puszczał do mnie oko. Udało się. Wygrałam tę bitwę. Jadwiga jadła w milczeniu.

– Wyśmienite – powiedziała w końcu. – Naprawdę, Karolinko, przeszłaś samą siebie. Ciasto takie puszyste, a konfitura... mm, smakuje tak znajomo. Robiłaś sama konfiturę?

– Tak, latem. Z płatków róży z działki moich rodziców – brnęłam dalej, nie mogąc się wycofać.

Pułapka w kuchni

Gdy zaczęłam pomagać sprzątać ze stołu, czułam się już bezpiecznie. W kuchni, przy zlewie, nuciłam pod nosem. Wtedy weszła Jadwiga i zamknęła za sobą drzwi, odcinając nas od gwaru.

– Wiesz, Karolinko – zaczęła, opierając się o blat. – Zawsze ceniłam w ludziach szczerość. Może jestem staroświecka, ale kłamstwo budzi we mnie obrzydzenie.

Zamarłam z gąbką w ręku.

– Słucham?

Jadwiga wyciągnęła telefon.

– Technologia to wspaniała rzecz, nie sądzisz? – uśmiechnęła się jadowicie. – Moja sąsiadka, pani Basia, uwielbia te rzemieślnicze pączki z ulicy Długiej. Dziś rano wysłała mi zdjęcie kolejki, narzekając, że stoi już godzinę.

Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Jadwiga podsunęła mi ekran pod nos. Na zdjęciu, w tłumie, stałam ja. W mojej charakterystycznej czerwonej czapce z pomponem.

– Basia napisała: „Patrz, Jadziu, twoja synowa też stoi, chyba będziesz miała dzisiaj ucztę”.

Milczałam. Dowód był niepodważalny.

– Chciałam tylko... – zaczęłam się jąkać. – Moje nie wyszły. Spaliły się. Nie chciałam cię zawieść.

Jadwiga schowała telefon.

– Zawieść? – prychnęła. – Myślisz, że chodzi o pączki? Chodzi o to, że masz nas za idiotów. Że myślisz, iż możesz kupić sobie naszą aprobatę za pieniądze z portfela mojego syna. Że kłamiesz mi prosto w oczy o konfiturze z działki rodziców. To jest żałosne, Karolinko.

Mamo, proszę, nie mów Markowi – błagałam, upadając nisko.

– O, nie martw się. Nie muszę mu nic mówić na osobności. W tej rodzinie nie mamy przed sobą tajemnic.

Zanim zdążyłam zareagować, otworzyła szeroko drzwi do salonu.

Powiedziała o tym wszystkim

Weszła do pokoju z uśmiechem kata, a ja wlekłam się za nią jak skazaniec.

– Kochani! – klasnęła w dłonie. – Musimy wznieść toast za naszą Karolinkę. Nie tylko za pączki, ale za jej... przedsiębiorczość.

Cała rodzina spojrzała na mnie pytająco. Byłam blada jak ściana.

– O co chodzi, mamo? – zapytał.

– Wyobraźcie sobie – ciągnęła Jadwiga, delektując się każdą sylabą – że nasza Karolinka wstała dziś o świcie, żeby stać dwie godziny w kolejce do cukierni na Długiej. A potem przyszła tu, wyjęła pączki z pudełka, ubrudziła sobie ręce mąką dla efektu i opowiadała nam bajki o konfiturze z działki rodziców. Czy to nie urocze? Tak bardzo chciała nam zaimponować, że postanowiła zrobić z nas głupców.

W pokoju zapadła grobowa cisza. Czułam na sobie wzrok wszystkich – pogardę Beatki, zażenowanie wujka. Był w nim wstyd. Wstyd za mnie.

– Moje się spaliły... – wyszeptałam, czując łzy. – Nie chciałam przyjść z niczym. Bałam się, że...

– Że co? – przerwała mi Jadwiga. – Że pokażesz, iż nie jesteś idealna? Moja droga, to wiedzą wszyscy. Ale do tej pory myślałam, że jesteś chociaż uczciwa. Pączki ze sklepu to nie zbrodnia. Ale kłamstwo? Opowiadanie o smażeniu, o przepisie, o różach? To jest brak szacunku. W moim domu szanujemy prawdę.

Stałam na środku salonu, dorosła kobieta, i czułam się jak mała dziewczynka przyłapana na kradzieży. Nikt nie stanął w mojej obronie. Nawet Marek siedział ze spuszczoną głową. Zrozumiałam, że jestem w tym pokoju zupełnie sama.

– Myślę, że powinnaś już iść, Karolinko – powiedziała Jadwiga lodowatym tonem. – Marek zostanie, musimy porozmawiać o pewnych sprawach rodzinnych. Odbierzesz go później, albo wróci taksówką.

To był policzek. Wyrzucała mnie z rodziny. Spojrzałam na męża, licząc, że wstanie, że powie: „Jeśli ona wychodzi, to ja też”. Ale Marek tylko westchnął ciężko.

– Idź. Porozmawiamy w domu – mruknął, nie patrząc na mnie.

Gorzki smak lukru

Wyszłam do przedpokoju drżąc, słysząc za ścianą przytłumiony śmiech Beatki. W samochodzie płakałam, ściskając kierownicę. Nie z żalu za pączkami, ale z rozpaczy, widząc, jak słaby jest mój mąż w konfrontacji z matką. To, co zrobiła Jadwiga, było okrutne. Mogła mnie wyśmiać w cztery oczy, ale wybrała publiczne upokorzenie. To była demonstracja siły.

Mąż wrócił późno w nocy. Położył się w salonie. Od tamtego Tłustego Czwartku minęły dwa miesiące. Niby wszystko wróciło do normy, ale coś pękło bezpowrotnie. Nie odwiedzam już teściowej. Marek jeździ tam sam i wraca dziwnie milczący, krytyczny wobec mnie. Wiem, że ona sączy mu jad do ucha.

Nauczyłam się bolesnej lekcji: nigdy nie próbuj zadowolić kogoś, kto postanowił cię nienawidzić. I nigdy nie kłam w sprawie jedzenia, jeśli twoją przeciwniczką jest kobieta, która ma siatkę szpiegowską w każdej piekarni. Dziś patrzę na pączki i widzę twarz Jadwigi – triumfującą i bezlitosną. Może przegrałam bitwę o pączki, ale walka o moją godność dopiero się zaczęła. Tylko nie wiem, czy mam jeszcze siłę, by w niej walczyć u boku takiego męża.

Karolina, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama