Reklama

Ten dzień miał pachnieć słodkościami, a w mojej pamięci zapisał się zapachem zdrady i rozczarowania. Od tygodni planowałam ten wieczór w najdrobniejszych szczegółach, marząc o tym, jak usiądziemy razem na kanapie, z talerzem pełnym kruchych słodkości, i będziemy śmiać się z tego, jak bardzo jesteśmy objedzeni.

Zamiast tego siedziałam na zimnych płytkach w kuchni, otoczona rozsypaną mąką, a łzy spływały mi po policzkach, mieszając się z białym pyłem, który pokrywał moją czarną bluzkę. To miał być dzień słodkiej rozpusty, a stał się momentem, w którym moje życie rozpadło się na tysiąc kawałków, kruchych jak te nieszczęsne faworki.

Wszystko zapowiadało się jak w bajce

Kiedy budzik zadzwonił o szóstej rano, wcale nie czułam zmęczenia. Wręcz przeciwnie, wyskoczyłam z łóżka z energią, której brakowało mi przez całą zimę. Tłusty czwartek był w moim rodzinnym domu świętem celebrowanym z niemal religijną czcią. Moja babcia zawsze powtarzała, że ten, kto nie zje w ten dzień pączka, nie będzie miał powodzenia przez cały rok. Ja jednak postanowiłam pójść o krok dalej.

Pączki można kupić w każdej cukierni, ale faworki – te prawdziwe, domowe, cieniutkie jak pergamin i kruche tak, że rozpływają się w ustach – wymagały serca i cierpliwości. Chciałam, żeby Adrian poczuł się doceniony. Ostatnio dużo pracował, wracał do domu późno, był nieobecny myślami. Uznałam, że to wina stresu w korporacji, kończącego się kwartału i presji, którą na niego nakładano.

Weszłam do kuchni, nucąc pod nosem ulubioną piosenkę. Wyciągnęłam stolnicę, którą dostałam jeszcze od mamy, i zaczęłam przesiewać mąkę. To był mój rytuał. Lubiłam ten moment, gdy chaos składników zamieniał się w gładkie, elastyczne ciasto. Myślałam o nas. O tym, że za miesiąc miną cztery lata, odkąd się poznaliśmy. Pamiętam, jak na pierwszej randce zamówił dla mnie deser, mimo że twierdziłam, iż jestem na diecie. Powiedział wtedy, że życie jest za krótkie, by odmawiać sobie słodyczy. To zdanie stało się naszym mottem.

Kiedy ciasto było gotowe, chwyciłam za wałek. Zgodnie z przepisem babci, ciasto na faworki trzeba „bić” wałkiem, by napowietrzyć masę. Uderzałam więc rytmicznie, wkładając w to całą siłę, wyobrażając sobie, że wybijam z naszego życia wszystkie troski, stresy i niedomówienia. Hałas był spory, ale wiedziałam, że Adrian ma mocny sen. Chciałam go obudzić dopiero zapachem smażonego smakołyku.

Ziarno niepewności zostało zasiane

Gdy olej rozgrzewał się w garnku, zadzwoniła moja siostra, Ania. Była moją powierniczką i jedyną osobą, która potrafiła wyczuć fałsz na kilometr.

– I jak tam, perfekcyjna pani domu? – zapytała wesoło. – Smażysz już te swoje cuda?

– Oczywiście – zaśmiałam się, przewracając pierwszy faworek na drugą stronę. – Chcę zrobić niespodziankę Adrianowi. Ostatnio jest taki przygaszony. Chyba przez pracę. Może to mu poprawi humor.

– Słuchaj, Justyna... – ton Ani nagle się zmienił. Stał się poważniejszy, ostrożniejszy. – Jesteś pewna, że to tylko praca? Widziałam go wczoraj na mieście.

– Wczoraj? Przecież mówił, że siedzi w biurze do dwudziestej – zdziwiłam się, ale szybko zbagatelizowałam sprawę. – Pewnie wyskoczył na lunch albo spotkanie z klientem. Wiesz, jak to jest w tej branży.

– Była dziewiętnasta, Justyna. I nie wyglądał na kogoś, kto rozmawia z klientem. Siedział w tej małej kawiarni przy rynku. Z jakąś kobietą.

Moje serce na chwilę zamarło, a ręka z widelcem zawisła nad gorącym olejem. Przez głowę przemknęły mi wszystkie te wieczory, kiedy Adrian nie odbierał telefonu, tłumacząc się wyciszonymi powiadomieniami. Te weekendy, kiedy musiał „nadrobić raporty”. Nowe hasło do laptopa, które rzekomo wymusił dział IT.

– Nie przesadzaj – powiedziałam, starając się brzmieć pewnie, choć w środku poczułam ukłucie niepokoju. – On ma teraz nową asystentkę w zespole, pomagają sobie przy projekcie. To pewnie ona. Nie doszukuj się problemów tam, gdzie ich nie ma.

– Dobra, dobra. Tylko mówię, co widziałam. Nie spal tych faworków.

Rozłączyłam się, ale ziarno niepewności zostało zasiane. Spojrzałam na rosnący stos złotych ciastek. Wyglądały idealnie, ale nagle straciłam apetyt. Postanowiłam jednak odgonić czarne myśli. Ania zawsze była nadopiekuńcza, a ja ufałam Adrianowi. Przecież planowaliśmy wakacje w Toskanii, rozmawialiśmy o kredycie na większe mieszkanie. Ludzie, którzy mają tajemnice, nie planują wspólnej przyszłości, prawda?

To było do niego niepodobne

Około dziewiątej usłyszałam kroki w korytarzu. Adrian wszedł do kuchni, ale nawet nie uśmiechnął się na widok tacy pełnej faworków posypanych obficie cukrem pudrem. Wyglądał na niewyspanego, miał podkrążone oczy i jakąś dziwną, napiętą postawę.

– Cześć, kochanie! – zawołałam entuzjastycznie, próbując zagłuszyć własne obawy. – Zobacz, co dla ciebie mam. Tradycji musi stać się zadość.

Podeszłam do niego z jednym faworkiem w dłoni, chcąc go poczęstować. Odsunął się gwałtownie, jakbym trzymała w ręku coś trującego.

– Nie jestem głodny – mruknął, omijając mnie wzrokiem. Podszedł do ekspresu i włączył go z głośnym buczeniem.

– Ale to tylko jeden. Na szczęście – nalegałam, czując, jak w moim gardle rośnie gula. – Dzisiaj nie liczymy kalorii.

Powiedziałem, że nie chcę! – warknął, uderzając dłonią w blat.

Zamarłam. Adrian nigdy na mnie nie krzyczał. Był oazą spokoju, człowiekiem, który rozwiązywał konflikty rozmową, a nie agresją. W kuchni zapadła cisza, przerywana tylko dźwiękiem nalewanej kawy. Stałam tam z tym nieszczęsnym ciastkiem w ręku, czując się jak mała dziewczynka, która coś przeskrobała.

– Przepraszam – westchnął, przecierając twarz dłońmi. – Jestem po prostu zmęczony. To był ciężki tydzień.

– Wiem – powiedziałam cicho, odkładając faworek na talerz. – Dlatego chciałam ci zrobić przyjemność. Ania dzwoniła rano... mówiła, że widziała cię wczoraj na mieście.

To był impuls. Nie planowałam tego mówić, słowa same wypłynęły z moich ust. Chciałam, żeby zaprzeczył, żeby zaśmiał się i powiedział, że Ania powinna zmienić okulary. Ale on zesztywniał. Jego plecy stały się nienaturalnie proste. Odwrócił się do mnie powoli, trzymając kubek z kawą tak mocno, że pobielały mu knykcie.

Widziała mnie? – powtórzył, a w jego głosie nie było zdziwienia, tylko rezygnacja.

Zrobiłam z siebie pośmiewisko

Patrzyliśmy na siebie przez dłuższą chwilę. W powietrzu wciąż unosił się słodki zapach wanilii, który teraz wydawał mi się mdły i duszący. Zrozumiałam wtedy, że Ania miała rację. Że te wszystkie nadgodziny, te wyciszone telefony, ta nowa „asystentka” – to wszystko układało się w jedną, bolesną całość, której nie chciałam dostrzec.

– Justyna, muszę ci coś wyznać – powiedział w końcu tym tonem, którego każdy w związku boi się najbardziej. – To nie ma sensu.

– Co nie ma sensu? – zapytałam, choć znałam odpowiedź. Czułam, jak nogi robią się miękkie. Oparłam się o blat kuchenny, żeby nie upaść.

– My. Nasz związek. Ja... poznałem kogoś.

Świat zwolnił. Słowa docierały do mnie z opóźnieniem, jakbyśmy byli pod wodą.

– Poznałeś kogoś? – powtórzyłam głucho. – Kiedy?

– To trwa od kilku miesięcy. To koleżanka z pracy, o której ci wspominałem. Paulina. Nie planowałem tego, po prostu... stało się. Mieliśmy wspólne projekty, zaczęliśmy rozmawiać i zrozumiałem, że to, co jest między nami, między tobą a mną, już się wypaliło.

Patrzyłam na niego i nie poznawałam człowieka, z którym dzieliłam życie przez cztery lata. Mówił o końcu naszej miłości z taką samą beznamiętnością, z jaką zamawia się taksówkę. Nie było w tym żalu, nie było walki. Była tylko chłodna kalkulacja.

W tłusty czwartek? – zapytałam absurdalnie. – Mówisz mi o tym w tłusty czwartek, kiedy ja od szóstej rano stoję w kuchni i smażę dla ciebie te cholerne faworki?

– A jaki dzień byłby dobry, Justyna?! – wybuchnął, stawiając kubek z hukiem. – Walentynki? Twoje urodziny? Nie ma dobrego dnia na taką rozmowę. Chciałem poczekać, ale skoro twoja siostra już zaczęła węszyć, nie będę dłużej kłamał. Wyprowadzam się. Spakuję najpotrzebniejsze rzeczy i pojadę do rodziców, a resztę zabiorę w weekend.

Nie próbowałam go zatrzymać. Nie krzyczałam, nie błagałam. Patrzyłam tylko, jak wychodzi z kuchni, idzie do sypialni i wyciąga walizkę. Słyszałam dźwięk otwieranego zamka błyskawicznego, szelest ubrań wrzucanych w pośpiechu. Każdy dźwięk był jak uderzenie.

Gdy wyszedł z mieszkania, nie oglądając się za siebie, usłyszałam tylko ciche trzaśnięcie drzwi. Zostałam sama. Na stole stała góra złotych, kruchych ciastek, symbol mojej miłości i troski, który teraz wyglądał jak kpina.

Czułam się upokorzona

Osunełam się na podłogę. Nie płakałam od razu. Najpierw czułam tylko pustkę. Jakby ktoś wyciągnął ze mnie wszystkie wnętrzności i zostawił tylko skorupę. Wzięłam do ręki jeden faworek. Był idealny. Kruchy, lekki. Zgniotłam go w dłoni, patrząc, jak zamienia się w okruchy. Potem wzięłam kolejny i kolejny. Niszczyłam je jeden po drugim, aż stół i podłoga wokół mnie były pokryte warstwą ciasta i cukru.

Wtedy puściły tamy. Zaczęłam szlochać tak głośno, że sąsiedzi pewnie słyszeli mnie przez ściany. Płakałam nad straconym czasem, nad zaufaniem, które okazało się naiwnością, nad tym, że byłam tak ślepa. Jak mogłam nie widzieć? Jak mogłam wierzyć w te bzdury o pracy, kiedy on budował sobie nowe życie z kimś innym? Czułam się upokorzona. Nie tylko zdradą, ale tym, jak bardzo się starałam, podczas gdy on już dawno był myślami gdzie indziej.

Nie wiem, ile czasu tam siedziałam. Godzinę? Dwie? Ocknęłam się, gdy usłyszałam dźwięk domofonu. Nie chciałam nikomu otwierać, ale dzwonek był natarczywy. W końcu wstałam, otrzepałam się mechanicznie z cukru i podeszłam do drzwi. W progu stała Ania. W rękach trzymała dwa pudełka pączków z najlepszej cukierni w mieście. Spojrzała na moją czerwoną, zapuchniętą twarz, na ślady mąki na ubraniu i od razu zrozumiała.

– O nie – szepnęła, wchodząc do środka i rzucając pudełka na szafkę. – Co ten drań zrobił?

Bez słowa zaprowadziłam ją do kuchni. Na widok pobojowiska – zniszczonych faworków i mnie, wyglądającej jak zjawa – Ania przytuliła mnie tak mocno, że niemal zabrakło mi tchu.

– Powiedział mi – wyłkałam w jej ramię. – Ma kogoś. Wyprowadził się.

– Nie ujdzie mu to na sucho – powiedziała Ania z taką determinacją, że przez chwilę jej uwierzyłam. – Przysięgam, znajdę go i powiem, co o nim myślę.

Jej obecność była jak balsam. Ania nie zadawała pytań, nie mówiła „a nie mówiłam”. Po prostu była. Zaparzyła świeżą herbatę, zaczęła sprzątać ten bałagan. Zmiatała okruchy mojego złamanego serca razem z okruchami ciasta.

Spojrzałam na to z innej perspektywy

Kiedy kuchnia wreszcie wyglądała normalnie, usiadłyśmy przy stole. Ania otworzyła pudełko, które przyniosła.

– Masz, zjedz – podsunęła mi pączka z różą. – Wiem, że to ostatnia rzecz, na którą masz ochotę, ale tradycja to tradycja. A poza tym, potrzebujesz cukru, żeby twój mózg zaczął pracować i zrozumiał, że on nie był ciebie wart.

Wzięłam pączka drżącą ręką. Pierwszy kęs smakował jak tektura, ale przy drugim poczułam słodycz konfitury. Spojrzałam na siostrę, która patrzyła na mnie z troską i miłością.

– Myślałam, że on jest tym jedynym – powiedziałam cicho. – Planowaliśmy wakacje, mieszkanie...

– Justyna, spójrz na to inaczej – przerwała mi Ania. – Zrobił ci przysługę. Wyobraź sobie, że dowiadujesz się o tym po ślubie albo jak już weźmiecie kredyt na trzydzieści lat. Boli jak cholera, wiem. Ale teraz masz czystą kartę. Jesteś młoda, zdolna, robisz najlepsze faworki na świecie, nawet jeśli dzisiaj skończyły jako miazga. On nie zasługiwał na ani jeden z nich.

Zaczęłyśmy rozmawiać. O wszystkim i o niczym. Ania przypomniała mi, jak Adrian zawsze krytykował mój styl ubierania się, jak marudził, gdy chciałam wyjść ze znajomymi, jak subtelnie odcinał mnie od moich pasji, twierdząc, że to „strata czasu”. Dopiero teraz, z perspektywy tej rozmowy, zaczęłam dostrzegać te drobne rysy na naszym idealnym obrazku. Byłam tak skupiona na byciu idealną partnerką, że zapomniałam być sobą.

Postanowiłam odzyskać siebie

Wieczorem, gdy Ania już poszła, zostałam sama w cichym mieszkaniu. Brakowało walizki Adriana, jego szczoteczki do zębów w łazience, jego butów w przedpokoju. Ale oprócz smutku poczułam też ulgę. Nie musiałam się już zastanawiać, dlaczego nie odpisuje. Nie musiałam analizować każdego jego spojrzenia i tonu głosu. Prawda, choć bolesna, wyzwoliła mnie z klatki niepewności.

Podeszłam do lodówki i wyjęłam resztę ciasta, którego nie zdążyłam usmażyć rano. Mogłam je wyrzucić. Mogłam uznać, że nigdy więcej nie zrobię faworków. Ale to by oznaczało, że on wygrał. Że zniszczył we mnie tę radość z drobnych rzeczy. Rozwałkowałam ciasto. Uderzałam wałkiem jeszcze mocniej niż rano. Smażyłam nową partię, a zapach znów wypełnił dom. Tym razem nie dla niego. Dla siebie.

Usiadłam na kanapie z miską ciepłych faworków, włączyłam ulubiony serial, którego Adrian nie znosił, i zjadłam pierwszego. Był pyszny. Słodki, chrupiący, domowy.

Ten tłusty czwartek był najgorszym dniem w moim życiu, ale jednocześnie był dniem, w którym odzyskałam siebie. Zrozumiałam, że moje szczęście nie może zależeć od kogoś, kto nie potrafi docenić mojego wysiłku i serca. Płakałam nad złamanym sercem, to prawda. Ale te łzy obmyły mnie z iluzji.

Teraz, patrząc na pustą połowę łóżka, wiem, że sobie poradzę. Mam siostrę, mam pracę, mam swoje pasje i mam faworki. A Adrian? Cóż, on wybrał pączki z marketu z nową koleżanką. Ja zostaję przy domowych wypiekach i przy sobie. I coś mi mówi, że to ja na tym wyjdę lepiej.

Justyna, 29 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama