Reklama

Tego ranka wszystko miało swój ustalony rytm. Wstałam wcześniej, choć nie musiałam, tylko po to, żeby zdążyć po pączki do małej cukierni za rogiem. Zawsze tam chodziłam w tłusty czwartek, jakby to była tradycja starsza od naszego małżeństwa. Papierowa torba była jeszcze ciepła, kiedy stawiałam ją na kuchennym blacie. Wyjmowałam pączki jeden po drugim i układałam je na talerzu, licząc półgłosem.

– Cztery… pięć… sześć. Paweł, mówiłeś, że zjesz tylko jednego – rzuciłam zaczepnie, nie odwracając się w jego stronę.

Siedział przy stole, jak zwykle w tym samym miejscu. Kubek z kawą trzymał oburącz, jakby potrzebował się czegoś chwycić. Uniósł wzrok, ale się nie uśmiechnął.

Mówiłem też, że nie powinienem – odpowiedział spokojnie.

Zaśmiałam się, trochę za głośno. Ten śmiech miał przykryć napięcie, które czułam od samego rana. Coś wisiało w powietrzu, choć próbowałam wmówić sobie, że to zwykłe zmęczenie. Przecież ostatnio mało ze sobą rozmawialiśmy. Przecież cisza stała się naszą codziennością.

To miał być żart

Postawiłam talerz na stole między nami.

– No dobrze, zapiszę sobie w notesie. Żeby potem nie było – dodałam z udawaną surowością.

Spojrzał na mnie uważnie, dłużej niż zwykle. To spojrzenie było jak krótkie zatrzymanie oddechu, jak pauza, w której mogło zmieścić się zbyt wiele myśli.

Ty zawsze lubiłaś liczyć – powiedział w końcu.

Zignorowałam to. Zamiast odpowiedzi sięgnęłam po pączka, choć żołądek miałam ściśnięty. Gryzłam powoli, czując słodycz, która zupełnie nie pasowała do ciężaru w klatce piersiowej. Wmawiałam sobie, że to nic. Że każdy związek ma takie poranki. Że to tylko dzień jak każdy inny, tylko bardziej kaloryczny.

A jednak zauważałam drobiazgi. To, że Paweł nie zapytał, jak spałam. To, że nie włączył radia. To, że siedział wyprostowany, jakby był gościem, a nie mężem we własnej kuchni. Próbowałam zagadać, opowiadałam o kolejce w cukierni, o kobiecie przede mną, która wahała się z wyborem nadzienia. Mówiłam, bo bałam się ciszy. On słuchał. Zbyt uważnie. Wtedy jeszcze myślałam, że to tylko kolejny poranek, który trzeba jakoś przetrwać. Nie wiedziałam, że liczenie pączków było ostatnią niewinną rzeczą, jaką tego dnia zrobiłam.

Tego się nie spodziewałam

Kiedy skończyliśmy jeść, okruszki zostały na stole jak ślady po czymś, co miało być przyjemnością. Zgarnęłam talerz do zlewu, udając energię, której w środku nie czułam. Paweł nadal siedział, nie sięgając po drugiego pączka, choć wcześniej zawsze sięgał bez wahania.

– I jak? Bilans się zgadza? – zapytałam, odwracając się w jego stronę.

Uśmiechnął się lekko, ale w tym uśmiechu nie było żartu.

– Zależy, co liczymy – odpowiedział.

Coś we mnie drgnęło. Oparłam się o blat, krzyżując ręce, jakbym nagle potrzebowała bariery.

– No jak to co? Pączki. Mówiłam, że dwa – rzuciłam, próbując wrócić do lekkiego tonu.

– Ty zawsze wiesz, co mówiłaś – stwierdził spokojnie. – Gorzej z tym, czego nie mówiłaś.

Zamilkłam. W kuchni było słychać tylko cichy szum lodówki. Przez moment pomyślałam, że przesadzam, że doszukuję się znaczeń tam, gdzie ich nie ma. Paweł nie miał w zwyczaju robić aluzji. Zawsze mówił wprost. A teraz nagle…

– Paweł, jeśli chcesz powiedzieć, że za dużo gadam, to możesz po prostu powiedzieć – zaśmiałam się nerwowo.

Nie odpowiedział od razu. Wstał, podszedł do okna i spojrzał na ulicę. Stał tak chwilę, jakby zbierał myśli.

– Zastanawiam się – odezwał się w końcu – ile rzeczy da się policzyć w małżeństwie.

Serce zaczęło mi bić szybciej. Czułam, jak gorąco napływa mi do twarzy. Przypomniałam sobie wszystkie drobne kłamstwa, te „nieistotne”, które miały nikogo nie ranić. Przypomniałam sobie pierwszą rozmowę, której nigdy z nim nie odbyłam. Pierwszą wiadomość, którą skasowałam, zanim ją zobaczył.

– Znowu dramatyzujesz – powiedziałam zbyt ostro. – To tylko czwartek. Tłusty czwartek.

Odwrócił się. Jego twarz była spokojna, aż boleśnie spokojna.

– Właśnie. Tylko czwartek – powtórzył. – A ja mam wrażenie, że od lat udajemy, że to „tylko”.

Nie krzyczał. Nie oskarżał. To było gorsze. Każde jego słowo trafiało we mnie dokładnie tam, gdzie najbardziej bolało. Zaczęłam rozumieć, że on wie. Może nie wszystko. Może nie tak, jak ja pamiętałam. Ale wiedział wystarczająco dużo, by ten poranek przestał być bezpieczny.

Pomyślałam o tym, jak łatwo przez lata tłumaczyłam sobie własne wybory. Samotnością. Ciszą. Tym, że przecież niczego nie burzę, jeśli nikt się nie dowie. Stałam w kuchni, z rękami wilgotnymi od zlewu, i po raz pierwszy dotarło do mnie, że żart właśnie się skończył.

Miałam kilka grzechów na sumieniu

Nie wyszłam z kuchni od razu. Paweł zniknął w pokoju, a ja zostałam sama z zapachem kawy i niedojedzonych pączków. Usiadłam przy stole, dokładnie na jego miejscu, jakbym chciała sprawdzić, co on widzi każdego dnia. Nic szczególnego. Zwykły poranek. A jednak coś we mnie pękło.

Myśli same cofnęły się do czasu, kiedy po raz pierwszy poczułam, że w tym małżeństwie jestem bardziej obok niż razem. To nie było nagłe. Raczej powolne odsuwanie się, rozmowy skracane do koniecznego minimum, wieczory spędzane obok siebie, ale w ciszy. Wtedy pojawił się Łukasz. Nie jak burza, raczej jak ciepły przeciąg w dusznym pokoju.

Nie chcę udawać, że nie wiedziałam, co robię. Wiedziałam. Ale wmawiałam sobie, że to tylko rozmowy, że nic się nie dzieje naprawdę. Łukasz słuchał. Zadawał pytania. Pamiętał drobiazgi, które dla Pawła stały się niewidzialne. Przy nim czułam się zauważona, a to uczucie potrafiło zagłuszyć rozsądek.

Pamiętam jedno popołudnie szczególnie wyraźnie. Siedziałam na ławce w parku, trzymając telefon w dłoni, wahając się, czy odpisać. Wtedy zadzwoniła Irena.

– Znowu on? – zapytała bez wstępów.

– To nie tak, jak myślisz – odpowiedziałam automatycznie.

– Właśnie dlatego się martwię – westchnęła. – Ty zawsze wszystko sobie tłumaczysz.

Irena słuchała, nie oceniałа, ale też nie usprawiedliwiała. To przy niej po raz pierwszy powiedziałam na głos, że w domu czuję się przezroczysta. Że czasem mam wrażenie, jakby moje życie toczyło się obok mnie. Ona kiwała głową, a ja brałam to za zgodę, choć była to tylko cisza.

Z czasem te powroty do Łukasza stawały się łatwiejsze. Znikały wyrzuty sumienia, pojawiała się rutyna. Każde kolejne kłamstwo było mniejsze, bardziej oswojone. Nie szukałam przy nim bliskości dla samej bliskości. Szukałam potwierdzenia, że jeszcze potrafię coś czuć.

Siedząc w kuchni, zaczęłam rozumieć, że te historie nigdy się naprawdę nie skończyły. Ja tylko nauczyłam się odkładać je na półkę, udając, że tam znikną. Paweł nie musiał znać szczegółów. Wystarczyło, że wyczuwał nieobecność. A ja, zamiast wrócić do siebie, uciekałam coraz dalej.

Musieliśmy coś sobie wyjaśnić

Usłyszałam jego kroki dopiero wtedy, gdy stanął w drzwiach kuchni. Nie spojrzałam od razu. Wpatrywałam się w blat, w drobną plamę po lukrze, której nie starłam wcześniej. Paweł oparł się o framugę, jakby nie chciał wchodzić do środka, jakby ta przestrzeń należała już do czegoś innego niż codzienność.

– Usiądźmy – powiedział cicho.

To jedno słowo sprawiło, że poczułam wstyd. Nie „porozmawiajmy”, nie „musimy coś wyjaśnić”. Usiądźmy. Jak do bilansu. Jak do rachunku, który i tak trzeba zapłacić.

Usiadł naprzeciwko mnie. Złożył dłonie na stole, dokładnie tak, jak zawsze, gdy chciał mieć nad czymś kontrolę.

Nie chcę się kłócić – zaczął. – Nie mam już na to siły.

– Ja też nie – odpowiedziałam szybko, choć serce waliło mi jak oszalałe.

Skinął głową, jakby się tego spodziewał.

– Przez lata mówiłaś, że wszystko jest w porządku. Że to ja przesadzam. Że sobie coś wymyślam – mówił spokojnie. – A jednak mnie zdradzałaś i nie kłam, że nie.

Każde zdanie było równe, pozbawione emocji. To bolało najbardziej. Chciałam, żeby krzyczał. Żeby rzucił czymś o ścianę. Żeby dał mi pretekst do obrony. Ale on tylko patrzył.

– Wiesz, co jest najtrudniejsze? – kontynuował. – To, że ja naprawdę chciałem ci wierzyć.

Poczułam, jak pieką mnie oczy, ale nie pozwoliłam sobie na łzy. Wstyd był cięższy od smutku. Wstyd, że zostałam zobaczona dokładnie tam, gdzie przez lata chowałam się sama przed sobą.

Myślisz, że było mi łatwo? – wyrwało mi się. – Że robiłam to, bo było mi dobrze?

Uniósł brwi, ale nie przerwał.

– Każdy ma swoje powody – odpowiedział.

Siedzieliśmy naprzeciwko siebie jak dwoje obcych ludzi, którzy przypadkiem znają zbyt wiele szczegółów ze swojego życia. W tej ciszy zrozumiałam, że niczego już nie da się zagadać. Że nie ma żartu, który by to rozbroił. I że jego spokój był wyrokiem surowszym niż jakiekolwiek oskarżenie.

Mąż był bardzo szczery

Myślałam, że to już wszystko. Że powiedział, co miał powiedzieć, a reszta będzie tylko ciężkim milczeniem. Wstałam nawet od stołu, jakby rozmowa dobiegła końca, ale wtedy Paweł odezwał się znowu. Tym razem inaczej. Ciszej.

– Jest jeszcze coś, co powinnaś wiedzieć.

Odwróciłam się powoli. Stał nadal przy stole, ale jego ramiona opadły, jakby nagle zdjął z nich coś bardzo ciężkiego.

– Wiedziałem wcześniej – powiedział. – Dużo wcześniej, niż myślisz.

Nie zrozumiałam od razu. Patrzyłam na niego, czekając na doprecyzowanie, na jakiś warunek, na dowód. On jednak nie spieszył się.

– O Łukaszu. O twoich kłamstwach – mówił. – To nie było trudne do zauważenia.

Poczułam, jak grunt usuwa mi się spod nóg. Usiadłam z powrotem na krześle, bo kolana odmówiły mi posłuszeństwa.

Dlaczego nic nie powiedziałeś? – wyszeptałam.

Uśmiechnął się krzywo. Po raz pierwszy tego dnia zobaczyłam w nim coś, co przypominało bezradność.

– Bo bałem się, że jeśli zapytam wprost, usłyszę odpowiedź, na którą nie będę gotowy – przyznał. – Bałem się, że odejdziesz. A samotność… okazała się straszniejsza niż prawda.

Te słowa uderzyły mnie mocniej niż jakiekolwiek oskarżenie. Przez lata budowałam w głowie obraz siebie jako tej, która zdradzała, bo była zaniedbana. Tymczasem on też wybierał milczenie. Też udawał. Też oszukiwał – tylko inaczej.

Więc siedziałeś obok mnie, wiedząc? – zapytałam. – I nic?

– Siedziałem – potwierdził. – Liczyłem dni, w których jesteś naprawdę obecna. I te, w których cię nie ma.

Zrobiło mi się duszno. Cała moja narracja rozsypała się w jednej chwili. Nie byłam jedyną winna. Ale to wcale nie przyniosło ulgi. Raczej nowy rodzaj bólu. Świadomość, że przez lata niszczyliśmy się nawzajem po cichu, w imię tego samego strachu.

– Myślałam, że nie widzisz – powiedziałam.

– Widziałem – odpowiedział. – Tylko nie umiałem zareagować.

Siedzieliśmy naprzeciwko siebie, obnażeni nie z czynów, ale z lęków. I wtedy zrozumiałam, że ten dzień nie jest o zdradach. Jest o tym, jak bardzo oboje baliśmy się zostać sami.

Coś się skończyło

Nie pamiętam, kto pierwszy wstał od stołu. Wiem tylko, że w pewnym momencie zostałam sama w kuchni. Paweł wyszedł bez słowa, zamknął się w sypialni, a ja nie miałam w sobie siły, by pójść za nim.

Myślałam, że prawda przynosi ulgę. Zawsze tak sobie powtarzałam. Że kiedyś wszystko się wyjaśni, opadną maski i wtedy wreszcie będzie można oddychać. Tymczasem prawda okazała się pusta. Nie wypełniła niczego. Tylko pokazała, jak wiele miejsca w nas było od dawna niezagospodarowane.

Wstałam i zaczęłam sprzątać, mechanicznie, bez planu. Wyrzuciłam papierowe torby, starłam blat, zmyłam kubki. Każdy ruch był próbą odzyskania kontroli nad czymś, choćby nad kuchnią. W głowie wciąż brzmiały jego słowa o liczeniu dni. Zaczęłam liczyć swoje. Te, w których byłam obok Pawła naprawdę, i te, w których uciekałam, nawet jeśli fizycznie siedziałam tuż przy nim.

Zrozumiałam, że nie ma już dokąd się schować. Ani w żartach, ani w cudzej uwadze, ani w półprawdach. Wszystko, co miało mnie chronić, właśnie przestało działać. Nasze małżeństwo zawisło w próżni – bez decyzji, bez deklaracji. I po raz pierwszy nie próbowałam tego nazwać ani naprawić na siłę.

Wieczorem zapaliłam światło w kuchni, choć było jeszcze jasno. Spojrzałam na pusty talerz po pączkach. Został na nim tylko zaschnięty ślad po lukrze. Pomyślałam, że dokładnie tak wygląda ten dzień. Słodki z założenia, a w środku lepki i trudny do zmycia.

Rano Paweł usiadł przy stole, jak robił to setki razy wcześniej. Spojrzał na mnie uważnie, a ja wiedziałam, że to spojrzenie nie szuka wymówek.

Nie chcę już tak żyć – powiedział po prostu.

Nie zapytałam, co ma na myśli. Wiedziałam. To „tak” obejmowało wszystko: ciszę, udawanie, lęk przed rozmową i strach przed stratą, który trzymał nas razem bardziej niż miłość.

– Ja też nie – odpowiedziałam po chwili.

To była najuczciwsza rzecz, jaką powiedzieliśmy sobie od lat. Nie padły wielkie deklaracje, nie było dramatycznych gestów. Ustaliliśmy, że Paweł wyjedzie na kilka dni. Że potrzebujemy przestrzeni, żeby sprawdzić, czy w ogóle umiemy jeszcze za sobą tęsknić, a nie tylko bać się pustki.

Kiedy pakował torbę, stałam w drzwiach sypialni i patrzyłam, jak składa swoje rzeczy. Każdy ruch był spokojny, niemal czuły. Jakby żegnał się nie tylko ze mną, ale z wersją naszego życia, która od dawna nie istniała.

Szkoda, że musiało dojść do takiej sytuachu – powiedział na koniec.

– Może właśnie musiało – odpowiedziałam.

Gdy zamknęły się za nim drzwi, nie rozpłakałam się. I choć bilans był gorzki, pierwszy raz od dawna czułam, że nie oszukuję już ani jego, ani siebie.

Alicja, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama