Reklama

Tłusty czwartek był dla mnie czymś więcej niż tylko dniem objadania się słodyczami. To był rytuał, świętość, dzień, w którym zapach topionego smalcu i smażonej skórki pomarańczowej unosił się w całym domu niczym kadzidło w kościele.

To była tradycja

Nie potrafię sobie wyobrazić lutego bez tego specyficznego, ciężkiego aromatu drożdżowego ciasta, które wyrasta w cieple kaflowego pieca, a potem, w moich czasach, przy rozgrzanym kaloryferze. Moja mama zawsze mawiała, że pączek musi mieć duszę. A duszą pączka jest konfitura z płatków róż, którą ucierałyśmy ręcznie w makutrze jeszcze latem, kiedy słońce parzyło w karki.

To była ciężka praca, ale wiedziałyśmy, po co to robimy. Każdy słoik był obietnicą, że zima nie będzie taka straszna, że przyjdzie ten jeden czwartek, kiedy wszystko stanie się słodkie i tłuste. Pamiętam, jak jako mała dziewczynka stałam na taborecie i patrzyłam, jak babcia wrzuca kule ciasta na głęboki tłuszcz. Musiał być smalec, absolutnie żaden olej rzepakowy czy inne wynalazki.

Pączek musiał pływać swobodnie, nie mógł dotykać dna, a biała obwódka wokół niego była dowodem na to, że gospodyni zna się na rzeczy. To był nasz domowy egzamin dojrzałości.

Kiedy sama wyszłam za mąż i urodziłam Tomka, przejęłam ten rytuał z nabożną czcią. Mój mąż, świeć Panie nad jego duszą, potrafił zjeść ich dziesięć, oblizując palce z lukru i mrucząc z zadowolenia. Dlatego, gdy Tomek zadzwonił dwa tygodnie temu, byłam pewna, że prosi o przepis albo pyta, o której mogą wpaść po wałówkę.

– Mamo, w tym roku my robimy imprezę – powiedział wesoło do słuchawki. – Justyna stwierdziła, że nie będziesz się męczyć. Odpocznij sobie. Wpadnijcie do nas na szesnastą.

Zamurowało mnie

Z jednej strony, to miłe, że chcieli mnie odciążyć. Z drugiej, czułam się dziwnie odtrącona. Jak to? Tłusty czwartek beze mnie przy stolnicy? Bez mojego nadzoru?

– Ale czy Justyna wie, jak sparzyć mąkę? – zapytałam ostrożnie. – Czy ma dobry termometr do tłuszczu?

– Mamo, spokojnie – zaśmiał się Tomek. – Justyna ma wszystko pod kontrolą. Będzie pysznie, zobaczysz.

Nadszedł ten dzień. Ubrałam się w moją najlepszą garsonkę, ale do torebki, tak na wszelki wypadek, wrzuciłam słoiczek mojej konfitury różanej z zeszłego roku. Pomyślałam, że jeśli pączki będą suche, to chociaż sobie je posmaruję.

Weszłam do mieszkania syna i od razu uderzyło mnie coś dziwnego. W powietrzu nie unosił się zapach smalcu. Pachniało wanilią, może trochę pieczonym ciastem, ale to był zapach zbyt delikatny, zbyt sterylny. Justyna wybiegła nam na powitanie w modnym fartuszku, uśmiechnięta od ucha do ucha.

– Witajcie! Ale się cieszę, że jesteście! – zawołała, całując mnie w policzek.

– Cześć, kochanie. Coś słabo czuć smażenie – zauważyłam od razu, wchodząc do kuchni.

Nie mogłam uwierzyć

Na wielkim, nowoczesnym blacie kuchennym, gdzie spodziewałam się zobaczyć misy z lukrem i słoiki z marmoladą, stał rząd metalowych misek z czymś białym. Obok leżały rękawy cukiernicze. Na kuchence nie było wielkiego garnka z tłuszczem. Zamiast tego piekarnik cicho buczał.

– Smażenie? O nie, mamo – zaśmiała się Justyna, podchodząc do blatu. – W tym roku stawiamy na wersję fit i nowoczesną. Pączki są pieczone, a nie smażone. No i najważniejsze: nadzienie.

Podeszłam bliżej, czując, jak nogi robią się pode mną jak z waty. Zajrzałam do miski. To była bita śmietana. Zwykła, biała, puszysta bita śmietana.

– Śmietana? – wykrztusiłam. – Do pączków?

– Tak! – Justyna była zachwycona swoim pomysłem. – Zawsze uważałam, że konfitura jest za słodka i taka… no wiesz, staroświecka. A bita śmietana z nutą mascarpone i wanilii to jest hit. Wszyscy teraz takie robią. To są pączki w stylu włoskim, maritozzo, tylko trochę zmodyfikowane.

Zrobiła po swojemu

Musiałam usiąść na krześle barowym, bo zakręciło mi się w głowie. Pączki pieczone w piekarniku? Z bitą śmietaną? W tłusty czwartek? To brzmiało jak herezja. Jak zdrada narodowa.

– Dziecko – zaczęłam, starając się panować nad drżeniem głosu. – Tłusty czwartek to tradycja. Pączek musi być tłusty, musi być smażony i musi mieć różę. To, co robisz, to są bułki z kremem. Justyna przestała się uśmiechać. Spojrzała na mnie z lekkim wyrzutem.

– Mamo, czasy się zmieniają. Nie chcemy jeść tego ciężkiego tłuszczu. Tomek ma wysoki cholesterol, a dzieciom też nie chcę dawać takich bomb kalorycznych nasiąkniętych smalcem. Poza tym, spróbujesz, zobaczysz. Są pyszne.

Tomek wszedł do kuchni, wyczuwając napięcie. Spojrzał na mnie, potem na żonę.

– Mamo, daj spokój – powiedział pojednawczo. – Justyna siedziała nad tym przepisem dwa dni. Doceń to.

– Doceniam pracę – odparłam sztywno. – Ale pewnych rzeczy się nie zmienia. To tak, jakby na wigilię podać sushi zamiast karpia, bo lżejsze. Są dni w roku, kiedy tradycja jest ważniejsza niż cholesterol.

Siedziałam w salonie, patrząc na bawiące się wnuki, i czułam narastającą gorycz. Czułam się niepotrzebna. Mój zeszyt z przepisami, który chciałam kiedyś przekazać Justynie, leżał w domu na dnie szuflady. Po co mam jej go dawać, skoro ona woli przepisy z internetu? Skoro dla niej moja wiedza, przekazywana z matki na córkę, jest „staroświecka”?

Czułam też złość na syna. Wychował się na moich pączkach. Jak mógł pozwolić na taką profanację? Czy on już zapomniał, jak smakuje prawdziwa róża?

To nie były pączki

Po chwili Justyna wjechała do salonu z wielką tacą. Muszę przyznać, wyglądało to ładnie. Złociste kulki, przekrojone na pół, a w środku góra bitej śmietany, posypana czymś, co wyglądało na suszone truskawki albo maliny. Estetycznie – majstersztyk. Ale to nie były pączki.

– Proszę bardzo, częstujcie się! – zawołała.

Wnuki rzuciły się na tacę z piskiem. Ja siedziałam nieruchomo. Tomek wziął jednego, ugryzł i mruknął:

– Mmm, dobre, kochanie. Bardzo delikatne.

Westchnęłam ciężko. Kultura osobista wymagała, żebym chociaż spróbowała. Sięgnęłam po jeden wypiek. Był lekki, zbyt lekki. Brakowało mu tego ciężaru, tej konkretności. Przyłożyłam „pączka” do ust. Ugryzłam. Ciasto było puszyste, bardziej przypominało brioche niż tradycyjne ciasto pączkowe.

Było maślane, smaczne, ale suche w porównaniu do tych smażonych. A potem dotarłam do kremu. Bita śmietana była słodka, tłusta, ale zimna. To był największy dysonans. Pączek powinien parzyć w język konfiturą, a tu czułam chłodny krem.

– I jak, mamo? – zapytała Justyna z nadzieją w głosie, choć widziałam w jej oczach lęk.

Nie smakowały mi

Przeżuwałam powoli. To było dobre ciastko. Gdyby podała mi to w niedzielę do kawy w lipcu, byłabym zachwycona. Ale dzisiaj czułam, jakby ktoś odebrał mi kawałek tożsamości.

– Smaczne ciastko – powiedziałam dyplomatycznie, odkładając niedojedzoną połówkę na talerzyk. – Ale Justynko, nie gniewaj się… to nie jest pączek. Pączek ma duszę. To jest deser. Bardzo wykwintny, ale deser.

Justyna posmutniała. Wtedy odezwał się mój najstarszy wnuk, Krzyś. Miał całą buzię ubrudzoną bitą śmietaną, wyglądał jak mały bałwanek.

– Babciu, ale to jest pyszne! – krzyknął. – Lepsze niż te z tamtego roku, co miały takie twarde skórki!

Zabolało. „Twarde skórki” – pewnie chodziło mu o to, że w zeszłym roku posypałam je skórką pomarańczową. Dzieci są szczere do bólu.

– Widzisz, mamo – wtrącił Tomek. – Dzieciom smakuje. Może nie chodzi o to, żeby było zawsze tak samo. Może chodzi o to, żeby nam wszystkim było miło?

Zrobiło mi się głupio

Spojrzałam na moją synową. Stała przy oknie, skubiąc nerwowo brzeg fartuszka. Wyglądała na zmęczoną. Dopiero teraz zauważyłam cienie pod jej oczami. Wstała rano, piekła, ubijała śmietanę, dekorowała. Starała się. Robiła to dla nas, dla rodziny. Może i złamała zasady, może i zbezcześciła tradycję w moich oczach, ale włożyła w to serce. Inne serce, nowoczesne, ale jednak serce.

Pomyślałam o mojej matce. Czy ona obraziłaby się, gdybym czterdzieści lat temu podała jej coś innego? Pewnie tak. Była surowa. Ale czy ja chciałam być taka jak ona? Pamiętam, jak bałam się jej krytyki przy każdym świątecznym obiedzie. Czy chciałam, żeby Justyna bała się mnie? Żeby tłusty czwartek kojarzył jej się ze stresem i ocenianiem przez teściową? Wzięłam głęboki oddech. Wyjęłam z torebki słoiczek z różą, który przyniosłam.

– Wiesz co, Justynko – powiedziałam, wstając i podchodząc do niej. – Ciasto jest fantastyczne. Naprawdę, rozpływa się w ustach. Może masz rację, że smażenie w smalcu to trochę przeżytek na dzisiejsze żołądki.

Justyna uniosła wzrok, zaskoczona moją zmianą tonu.

– Naprawdę tak myślisz?

– Tak. Ale brakuje mi jednego – otworzyłam słoiczek. Zapach róży rozszedł się po kuchni, przebijając się przez wanilię. – Spróbujmy połączyć te dwa światy.

To było coś nowego

Wzięłam łyżeczkę konfitury i nałożyłam odrobinę na bitą śmietanę w moim niedojedzonym pączku. Ugryzłam. Połączenie chłodnej, mlecznej śmietany z intensywnym, kwiatowym smakiem róży było zaskakujące. Dziwne, ale intrygujące.

– Spróbuj – podałam jej łyżeczkę z konfiturą.

Justyna nałożyła sobie na swojego pączka. Zjadła i uśmiechnęła się szeroko.

– O kurczę… To jest faktycznie ten brakujący element. Kwasowość róży przełamuje tłustość śmietany. Mamo, to jest genialne!

Atmosfera w pokoju natychmiast zelżała. Tomek odetchnął z ulgą, nalewając nam herbaty. Zaczęliśmy eksperymentować, dodając różę do kolejnych pączków. Śmialiśmy się, gdy wnuki zaczęły wylizywać słoik. Nagle przestało mieć znaczenie, czy pączek był smażony, czy pieczony. Ważne było to, że siedzieliśmy razem przy stole, cali brudni od kremu i cukru pudru, i po prostu byliśmy ze sobą.

Zrozumiałam wtedy, że tradycja to nie jest zbiór sztywnych zasad wykutych w kamieniu. To nie jest kodeks karny, za którego złamanie grozi więzienie. Tradycja to żywy organizm. Musi ewoluować, żeby przetrwać.

Połączyłyśmy smaki

Jeśli będę upierać się przy swoim smalcu i godzinach stania przy kuchni, mogę zniechęcić młode pokolenie do świętowania w ogóle. A przecież nie chodzi o tłuszcz. Chodzi o pamięć, o bycie razem, o ten jeden dzień w roku, kiedy dieta nie istnieje. Gdy wychodziłam od nich wieczorem, byłam pełna. I to nie tylko pączków. Czułam ciepło w sercu. Justyna zapakowała mi kilka sztuk na wynos dla sąsiadki.

– Niech pani Krysia spróbuje nowoczesności! – zażartowała na pożegnanie.

Spotkałam Krysię na klatce schodowej, wracając do siebie.

– No i co? Były te sklepowe gnioty? – zapytała z satysfakcją, widząc, że niosę pudełko.

Uśmiechnęłam się tajemniczo.

– Nie, Krysiu. To są autorskie pączki mojej synowej. Pieczone, z bitą śmietaną i moją różą. Fusion, jak to mówią młodzi. Niebo w gębie. Twoje smażone w smalcu to przy tym zabytek.

Mina Krysi była bezcenna. Stała z otwartymi ustami, nie wiedząc, co odpowiedzieć. A ja weszłam do swojego mieszkania, czując się zwycięsko. Może i pączki z bitą śmietaną to obraza starej tradycji, ale stały się początkiem nowej. Naszej własnej.

Helena, 64 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama