Reklama

To miał być dzień triumfu mojej kuchni, święto, do którego przygotowywałam się psychicznie i fizycznie od tygodnia. Tłusty czwartek w moim domu to nigdy nie była tylko data w kalendarzu czy wymówka do łakomstwa. To był rytuał, świętość, dowód na to, że w tym pędzącym na złamanie karku świecie pewne wartości wciąż mają znaczenie.

To była tradycja

Budzik nie musiał dzwonić. Moje oczy otworzyły się równo o czwartej trzydzieści, jakby zaprogramowane przez dekady powtarzania tego samego schematu. Wstałam po cichu, żeby nie obudzić mojego męża, Stefana, który chrapał smacznie, nieświadomy batalii, jaką zaraz stoczę w kuchni. Za oknem panowała jeszcze gęsta, zimowa ciemność, a latarnie uliczne rzucały pomarańczowe plamy na zaśnieżony chodnik. Ale w mojej kuchni zaczynało tętnić życie.

Wyciągnęłam z szafki wielką, glinianą misę. Tę samą, w której ciasto wyrabiała moja matka, a przed nią babcia Zofia. Misa ma delikatne pęknięcie na brzegu, pamiątkę po przeprowadzce w osiemdziesiątym piątym roku, ale nigdy nie odważyłabym się jej wyrzucić. To w niej drożdże rosną najlepiej, jakby czuły ciepło rąk wszystkich kobiet z naszego rodu. Rozczyn przygotowałam z nabożną czcią. Świeże drożdże, odrobina letniego mleka, łyżka cukru i mąki. Wszystko musiało mieć temperaturę pokojową. To była pierwsza zasada, którą wpojono mi, gdy byłam jeszcze podlotkiem: drożdżowe nie lubi przeciągów i zimna. Lubi spokój i ciepło.

Kiedy mieszałam składniki, moje myśli powędrowały do Tomka, mojego jedynego syna. Pamiętam, jak jako mały chłopiec siadał na blacie, z nosem umazanym mąką, i czekał, aż pozwolę mu wcisnąć konfiturę różaną do środka surowych kulek. To były nasze chwile. Tylko moje i jego. Dziś Tomek ma trzydzieści dwa lata, dobrą pracę w korporacji, kredyt na mieszkanie i żonę Wiolettę.

Lubiłam to robić

Wioletta to dobra dziewczyna. Jest ambitna, nowoczesna, zawsze w biegu. Ale w tym biegu gubi to, co najważniejsze. Jej kuchnia lśni sterylnością, a lodówka wypełniona jest pudełkami z cateringów dietetycznych. Kiedy przychodzą do nas na niedzielne obiady, zawsze chwali moje jedzenie, ale w jej oczach widzę pewne politowanie. Jakbym była reliktem przeszłości, kobietą, która marnuje życie przy garach, zamiast realizować się na kursach jogi czy wspinaczce ściankowej.

Wyrabianie ciasta na pączki to ciężka fizyczna praca. Trzeba w to włożyć serce, ale i siłę mięśni. Kiedyś robiłam to z lekkością, teraz moje nadgarstki protestują, a w stawach czuję tępe kłucie. Ale nie przestałam. Uderzałam pięścią w sprężystą masę, aż zaczęła odchodzić od ręki i lśnić, nabierając powietrza. Każdy ruch był deklaracją: jeszcze jestem potrzebna, jeszcze mam siłę, jeszcze potrafię stworzyć coś, czego nie da się kupić w żadnym sklepie. W międzyczasie zadzwoniła do mnie Grażyna, sąsiadka z piętra niżej.

– Jadziu, smażysz już? – zapytała.

– Ciasto dopiero rośnie pod ściereczką – odpowiedziałam, ocierając pot z czoła.

– Bo wiesz, ja w tym roku tylko trzydzieści sztuk robię. Dzieci nie przyjadą, to dla kogo mam się męczyć? Ale ty to pewnie dla młodych szykujesz ucztę?

– Oczywiście – w moim głosie brzmiała duma. – Tomek uwielbia moje pączki. Zawsze mówi, że te sklepowe to sama chemia i gąbka.

– No pewnie, że tak. Kto to widział, żeby w tłusty czwartek kupne jeść. Toż to wstyd dla gospodyni – skwitowała Grażyna.

Robiłam to dla nich

Rzeczywiście, w naszym pokoleniu, w naszym kręgu, postawienie na stole gotowca w taki dzień było równoznaczne z przyznaniem się do porażki. Do lenistwa. Do braku miłości. Bo przecież karmienie bliskich to najwyższa forma okazywania uczuć. Jeśli nie poświęcasz swojego czasu, by przygotować coś dla rodziny, to czy naprawdę ci na niej zależy?

Kiedy pierwsze pączki lądowały w gorącym smalcu, a dom wypełnił się tym specyficznym, słodkawym zapachem, poczułam ulgę. Wyszły idealne. Złociste, z jasną obwódką wokół. Nadziewałam je własnoręcznie robioną konfiturą z płatków róży. Każdy pączek był małym dziełem sztuki. Ułożyłam je na wielkim, kryształowym półmisku, posypałam obficie cukrem pudrem i postawiłam na samym środku stołu w jadalni. Młodzi przyjechali punktualnie o szesnastej. Tomek wszedł pierwszy, niosąc bukiet tulipanów.

– Cześć, mamo! Ale pachnie na klatce schodowej! – zawołał, całując mnie w policzek.

– Cześć, synku. Wchodźcie, wchodźcie, zupa już czeka.

Za nim weszła Wioletta. W ręku trzymała dużą, foliową torbę z logo popularnego dyskontu.

– Dzień dobry, mamo – powiedziała, uśmiechając się lekko. – Przepraszamy za te korki, miasto stoi.

Dosłownie oniemiałam

Zasiedliśmy do stołu. Rozmowa kleiła się całkiem nieźle. Tomek opowiadał o nowym projekcie w firmie, Stefan narzekał na politykę, a ja dbałam, by nikomu nie zabrakło makaronu. Wszystko szło zgodnie z planem. Czułam się panią domu, matroną, która jednoczy rodzinę przy wspólnym posiłku. I wtedy nadszedł czas na deser. Wstałam, by przynieść talerzyki deserowe. W tym samym momencie Wioletta sięgnęła do swojej torby.

– O, prawie bym zapomniała! – zawołała wesoło. – Też coś przyniosłam, żeby nie przychodzić z pustymi rękami.

Wyjęła z torby duże, plastikowe, przeźroczyste pudełko. W środku, ściśnięte niemiłosiernie, leżało dwanaście pączków. Były ciemnobrązowe, polane czymś, co udawało czekoladę, i posypane kolorową posypką, która wyglądała jak plastikowe koraliki. Na wieczku widniała jaskrawa naklejka z ceną promocyjną.

Wioletta przesunęła wazon z kwiatami i postawiła to plastikowe paskudztwo tuż obok mojego kryształowego półmiska z domowymi wypiekami. Kontrast był tak uderzający, że aż bolesny. Moje puszyste, jasne, pachnące wanilią i różą dzieła sztuki kontra zbite, przemysłowe twory o zapachu starego oleju.

Obraziła mnie

– Pomyślałam, że im więcej, tym lepiej! – powiedziała Wioletta, otwierając pudełko. Plastik zachrzęścił nieprzyjemnie. – Wzięłam te z toffi, podobno są niezłe.

Zapadła cisza. Tomek spojrzał na mnie, potem na żonę, potem na pączki. Znał mnie zbyt dobrze. Wiedział, ile pracy włożyłam w ten dzień. Wiedział, że dla mnie to nie jest po prostu jedzenie. Patrzyłam na ten plastik na moim stole jak na intruza. Jak na symbol wszystkiego, co jest nie tak z dzisiejszym światem. Bylejakość. Pośpiech. Brak szacunku dla tradycji.

– Naprawdę? – powiedziałam.

– Słucham? – synowa spojrzała na mnie zdziwiona, trzymając w ręku jeden z tych marketowych pączków.

– Na moim stole? W taki dzień? – kontynuowałam. – Cały dzień stoję przy kuchni. Ręce mnie bolą, kręgosłup mi pęka. Wyrabiam ciasto tak, jak uczyła mnie matka. A ty stawiasz mi tutaj to… coś z fabryki?

– Mamo, przestań… – zaczął Tomek błagalnie.

– Nie, nie przestanę. Bo to jest po prostu przykre. W mojej rodzinie zawsze się smażyło pączki. To jest szacunek dla domowników. A postawienie takiego chemicznego gniota obok moich wypieków… – wzięłam głęboki oddech i powiedziałam to, co kołatało mi się w głowie od chwili, gdy zobaczyłam etykietę z ceną. – To po prostu wstyd. Wstyd dla kobiety, żeby w tłusty czwartek częstowała rodzinę czymś takim.

Nic nie rozumiała

Wioletta zastygła. Pączek, którego trzymała, powoli opadł na talerzyk. Zobaczyłam, jak jej policzki pokrywają się szkarłatem, a w oczach pojawiają się łzy.

– Wstyd? – powtórzyła cicho, a jej głos drżał. – Uważa mama, że przynoszę wam wstyd?

– Uważam, że są pewne zasady – odparłam twardo, choć w środku zaczynałam czuć, że posunęłam się za daleko. – Że jak się idzie do kogoś w gości w taki dzień, to albo się robi coś swojego, albo się docenia to, co gospodyni przygotowała, a nie zwozi się odpady z marketu.

Wioletta wstała powoli. Była bardzo opanowana, co jeszcze bardziej mnie rozdrażniło. Wolałabym, żeby krzyczała.

– Przepraszam – powiedziała, patrząc mi prosto w oczy. – Nie wiedziałam, że moja obecność i chęć dołożenia się do stołu będą oceniane przez pryzmat zawartości cukru w cukrze i metody smażenia. Myślałam, że chodzi o to, żebyśmy spędzili razem czas.

Tomek wstał gwałtownie.

– Mamo, przesadziłaś. I to bardzo – powiedział ostro. Pierwszy raz od lat usłyszałam w jego głosie taką nutę w stosunku do mnie.

Stefan chrząknął i schował głowę w ramiona, udając, że bardzo interesuje go wzór na obrusie. Zostałam sama na polu bitwy, które sama stworzyłam.

Było mi głupio

Wioletta nie wyszła, choć przez chwilę bałam się, że to zrobi. Usiadła z powrotem, ale atmosfera przy stole stała się gęsta jak kisiel. Nikt nie sięgnął po pączki. Ani te moje, ani te sklepowe. Leżały na środku stołu jak dwa wrogie obozy, oddzielone niewidzialnym murem.

– Przepraszam, że nie usmażyłam pączków – odezwała się nagle Wioletta. Jej głos był spokojniejszy, ale smutny. – Wyszłam z domu o szóstej rano. Miałam dziś w firmie audyt. Nie jadłam nic od śniadania. Wpadłam do sklepu po drodze, bo chciałam, żeby było miło. Żebyśmy mieli wybór. Nie chciałam nikogo obrazić. Po prostu nie potrafię tak jak mama. Nie mam czasu, nie mam talentu. I chyba nigdy nie będę miała.

Te słowa uderzyły we mnie mocniej niż jakikolwiek krzyk. Spojrzałam na jej dłonie. Były zadbane, ale zauważyłam ślady długopisu na palcach i lekkie drżenie. Była zmęczona. A ja, zamiast ją nakarmić i ugościć, zaatakowałam ją, bo poczułam, że jej plastikowe pudełko zagraża mojej pozycji królowej domowego ogniska.

Sama byłam winna

Przypomniałam sobie nagle siebie sprzed trzydziestu lat. Miałam małego Tomka przy piersi, pracowałam na pół etatu w księgowości i próbowałam sprostać wymaganiom mojej teściowej. Pamiętam, jak kiedyś kupiłam gotowe pierogi, bo padałam z nóg. Teściowa nic nie powiedziała, tylko ostentacyjnie nie zjadła ani jednego, a potem usmażyła jajecznicę dla swojego syna. Pamiętam, jak bardzo mnie to bolało. Jak czułam się gorsza, niewystarczająca. Czy ja właśnie stałam się moją teściową? Tą kobietą, której przysięgałam sobie nigdy nie naśladować?

Patrzyłam na moje pączki. Były idealne. Ale co z tego, skoro przy stole siedzieli ludzie, którzy bali się odezwać? Czy o taką tradycję walczyłam? O tradycję strachu i oceniania? Zrozumiałam swój błąd. To nie pudełko było problemem. Problemem była moja pycha. Moje przekonanie, że istnieje tylko jeden właściwy sposób na życie i prowadzenie domu. Że miłość mierzy się ilością ulepionych pierogów i usmażonych pączków.

Wstałam powoli. Krzesło zaszurało po parkiecie. Sięgnęłam ręką nie do kryształowego półmiska, ale do plastikowego pudełka. Otworzyłam je, wyjęłam jednego, nieco spłaszczonego pączka z toffi i położyłam go na swoim talerzyku.

Chciałam to naprawić

– Wiesz co, Wioletko? – powiedziałam, starając się, by mój głos brzmiał normalnie, choć gardło miałam ściśnięte. – Nigdy nie jadłam takich z toffi. Może to jest całkiem niezłe urozmaicenie po tylu latach jedzenia tylko różanych.

Wszyscy zamarli w bezruchu, obserwując mnie jak egzotyczne zwierzę. Ukroiłam kawałek, włożyłam do ust. Ciasto było gumowate, nadzienie chemicznie słodkie. Daleko mu było do moich wypieków. Ale przełknęłam go z uśmiechem.

– Słodkie – skwitowałam. – Do gorzkiej kawy w sam raz. Dziękuję, że je przyniosłaś. Naprawdę. Doceniam, że mimo audytu pomyślałaś o nas.

Wioletta podniosła wzrok. W jej oczach wciąż czaiła się niepewność, ale kąciki ust lekko drgnęły.

– Naprawdę, mamo? – zapytał Tomek z niedowierzaniem.

– Naprawdę – powiedziałam stanowczo. – A teraz spróbujcie moich, bo stygną.

Zrozumiałąm swój błąd

Wioletta sięgnęła po mojego pączka. Ugryzła spory kawałek. Przymknęła oczy.

– Mamo… – powiedziała cicho. – To jest niebo w gębie. Te moje to przy tym… no, plastik po prostu. Nie mam startu.

– Nie musisz mieć startu, dziecko – odpowiedziałam, czując, jak kamień spada mi z serca. – Od pączków jestem ja, póki mam siłę. Ty jesteś od innych rzeczy. I to jest w porządku. Każdy daje to, co ma.

Rozmowa powoli wróciła na normalne tory. Tomek opowiedział jakiś żart, Stefan dolał sobie kompotu. Zjedliśmy wszystkie moje pączki i… dwa z pudełka Wioletty (jeden zjadłam ja, drugi z litości zjadł Stefan).

Patrząc na synową, która z apetytem oblizywała cukier puder z palców, zrozumiałam, że świat się zmienia. Kobiety mają teraz inne wyzwania, inne priorytety. To, że Wioletta nie spędza dnia przy garach, nie czyni jej gorszą żoną dla mojego syna. Może nawet czyni ją ciekawszą partnerką, bo ma swój świat, swoje pasje, swoją pracę. A pączki? Pączki to tylko ciasto. Ważniejsze jest to, żebyśmy umieli przy nich usiąść i nie zadławić się jadem.

Jadwiga, 65 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama