„W tłusty czwartek robiłem remont kuchni u teściowej. Zamiast słodkich pączków dostałem gorzkie żale i pretensje”
„Już wtedy poczułem znajome ukłucie w żołądku. To było to uczucie, kiedy wiesz, że cokolwiek zrobisz, i tak będzie za mało. Rozłożyłem folię, sięgnąłem po wałek i zabrałem się do malowania sufitu. Farba kapała, ręce drętwiały, a w radiu leciała audycja o tłustym czwartku. Prowadzący żartował, że dziś grzech nie zjeść pączka”.

- Redakcja
Kiedy inni wrzucali zdjęcia lukrowanych pączków i kawy, ja stałem na drabinie w ciasnej kuchni mojej teściowej, z wałkiem w dłoni i pyłem we włosach. Tłusty czwartek miał pachnieć słodko, a pachniał starą farbą i pretensjami. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to nie remont najbardziej mnie zmęczy, tylko słowa, które padną na sam koniec.
Teściowa traktowała mnie jak robotnika
Do mieszkania teściowej wszedłem chwilę po ósmej. Nie zdążyłem jeszcze nacisnąć dzwonka, a ona już stała w progu, z rękami skrzyżowanymi na piersi. Kuchnia za jej plecami wyglądała jak po przejściu huraganu: zdarte listwy, odkryte gniazdka, szafki odsunięte od ścian.
– No, wreszcie jesteś – rzuciła zamiast „dzień dobry”. – Myślałam, że w taki dzień to człowiek jednak potrafi się zebrać wcześniej.
Zdjąłem kurtkę i postawiłem torbę z narzędziami pod ścianą.
– Mamo, jest ósma dziesięć. Mieliśmy się umówić na dziewiątą.
– Gdyby to było dla ciebie ważne, byłbyś wcześniej – odparła i odwróciła się na pięcie.
Już wtedy poczułem znajome ukłucie w żołądku. To było to uczucie, kiedy wiesz, że cokolwiek zrobisz, i tak będzie za mało. Rozłożyłem folię, sięgnąłem po wałek i zabrałem się do malowania sufitu. Farba kapała, ręce drętwiały, a w radiu leciała audycja o tłustym czwartku. Prowadzący żartował, że dziś grzech nie zjeść pączka.
– Marek! – zawołała z drugiego pokoju. – A pamiętasz, żeby dokładnie przy suficie pomalować? Bo ostatnio fachowiec zostawił smugi.
– Pamiętam – odpowiedziałem spokojnie, choć w myślach zacisnąłem zęby.
Po godzinie weszła do kuchni z kubkiem herbaty i stanęła obok mnie.
– Wiesz – zaczęła, patrząc na ścianę – mój świętej pamięci mąż to by wszystko zrobił sam. I jeszcze by mnie nie fatygował.
– Rozumiem – mruknąłem, schodząc z drabiny.
– Ty zawsze taki zmęczony – ciągnęła. – A młody jesteś. Ja w twoim wieku…
Nie dokończyła, bo zadzwonił telefon. Odeszła, a ja oparłem się o blat. Przez chwilę myślałem o kolegach z pracy, o biurze pełnym pączków, o zwykłym „dziękuję”. Zamiast tego słyszałem za ścianą jej głos, podniesiony, pełen pretensji. Wróciła po kilku minutach.
– No, pracuj, pracuj – powiedziała. – Zobaczymy, czy dziś w ogóle skończysz.
Wtedy dotarło do mnie, że ten dzień dopiero się zaczynał.
Miałem dość jej pretensji
Po południu kuchnia zaczęła wreszcie przypominać miejsce, w którym da się oddychać. Ściany wysychały, listwy były przycięte, a ja prostowałem plecy z cichym westchnieniem ulgi. Teściowa krzątała się za mną, co chwilę poprawiając coś, czego nikt oprócz niej nie zauważał.
– Tu jeszcze troszkę nierówno – powiedziała, wskazując palcem fragment ściany.
– To cień od okna – odparłem. – Jak wyschnie, będzie gładko.
Pokiwała głową, ale bez przekonania. Usiadła przy stole i zaczęła stukać łyżeczką o spodek.
– Wiesz, Marek – westchnęła nagle – ja to naprawdę nie mam w życiu lekko.
Nie odpowiedziałem od razu. Znałem ten ton. Odłożyłem wałek i przysiadłem na krześle naprzeciwko.
– Zawsze wszystko na mojej głowie – ciągnęła. – Mieszkanie, rachunki, zdrowie. Twoja żona to rzadko dzwoni. A ty… no, pomagasz, ale jakby z przymusu.
– Przyjechałem tu w swój wolny dzień – powiedziałem spokojnie. – I robię remont od rana.
– Ale czy ja się proszę o coś wielkiego? – uniosła brwi. – Inni zięciowie to sami się garną.
Poczułem, jak zalewa mnie fala irytacji. Przypomniałem sobie rozmowę z żoną sprzed tygodnia, jej: „Wiesz, mama znowu narzeka, może byś zajrzał”. Nikt nie zapytał, czy mam siłę. Nikt nie zaproponował wsparcia.
– Może byśmy zrobili przerwę – zaproponowałem. – Zjem coś i wrócę do roboty.
– Przerwa? – prychnęła. – Ja w twoim wieku to pracowałam bez przerw.
Wstała i zaczęła wyliczać. Że kran kapie od miesięcy. Że szafka skrzypi. Że sąsiadka ma nową kuchnię, a ona wciąż czeka. Każde zdanie było jak kolejna cegła dokładana do plecaka jej żalów i pretensji, który już ledwo dźwigałem.
– Mamo – przerwałem w końcu – nie zrobię dziś wszystkiego.
Spojrzała na mnie tak, jakbym ją zawiódł po raz setny.
– Wiedziałam – powiedziała cicho. – Na tobie nigdy nie można do końca polegać.
Zapadła cisza. Ciężka, lepka. Wiedziałem, że to jeszcze nie koniec, że najważniejsze słowa dopiero padną.
Nie chciałem słuchać jej żali
Zabrałem się za montowanie szafek, choć ręce miałem ciężkie, a w głowie kołatały jej słowa. Wkrętarka buczała jednostajnie, jakby próbowała zagłuszyć napięcie wiszące w powietrzu. Teściowa siedziała przy stole z notesem. Dopiero po chwili zorientowałem się, że coś w nim zapisuje.
– Co tam notujesz? – zapytałem, bardziej z ciekawości niż z niepokoju.
– Żeby nie zapomnieć – odparła krótko.
Kiedy skończyłem i starłem kurz z blatu, podeszła do mnie z kartką w dłoni.
– Skoro już jesteś – zaczęła – to chciałabym, żebyś wiedział, co mi leży na sercu.
Podała mi kartkę. Była zapisana drobnym pismem, punkt po punkcie. Przeczytałem pierwszy: „Za rzadkie wizyty”. Drugi: „Brak zainteresowania moimi sprawami”. Trzeci: „Zawsze wszystko na ostatnią chwilę”.
– To… lista? – zapytałem cicho.
– Żali – potwierdziła. – Bo nikt mnie nie słucha. Ty przynajmniej jesteś.
Coś we mnie pękło, ale starałem się nie wybuchnąć. Odłożyłem kartkę na stół.
– Mamo, ja naprawdę się staram – powiedziałem. – Ale nie mogę być wszystkim naraz.
– Gdybyś chciał, to byś mógł – odpowiedziała bez wahania. – Ja całe życie dawałam z siebie wszystko.
– A czy ktoś mamę zapytał, czy mama tak chce? – wyrwało mi się.
Spojrzała na mnie zaskoczona. Przez chwilę milczała, a potem usiadła ciężko na krześle.
– Może nie – przyznała ciszej. – Ale tak już jest.
Usiadłem naprzeciwko. Po raz pierwszy tego dnia nie czułem złości, tylko zmęczenie i jakąś dziwną ulgę, że wreszcie powiedziałem coś swojego.
– Ja nie jestem mamy wrogiem – dodałem. – Ale też nie workiem na wszystkie pretensje.
Patrzyła na swoje dłonie, jakby szukała w nich odpowiedzi. Kuchnia była gotowa. Tylko między nami wciąż były jakieś niedokończone sprawy.
W końcu porozmawialiśmy szczerze
Zapadła cisza, w której słychać było tylko tykanie zegara nad drzwiami. Teściowa pierwsza wstała od stołu i zaczęła chodzić po kuchni, dotykając nowych szafek, jakby sprawdzała, czy naprawdę są solidne. Ja siedziałem bez ruchu, czekając na kolejną falę pretensji.
– Ładnie wyszło – powiedziała w końcu, ale w jej głosie nie było radości. – Szkoda tylko, że zawsze trzeba się prosić.
Podniosłem wzrok.
– To nie jest prawda – odparłem. – Przyjechałem, zrobiłem wszystko, co było ustalone. Bez narzekania.
– Bez narzekania? – odwróciła się gwałtownie. – A to twoje milczenie? To wzdychanie? Myślisz, że ja tego nie widzę?
– Milczę, bo jak coś powiem, to jest źle – odpowiedziałem już ostrzej, niż planowałem. – A wzdycham, bo jestem zmęczony. To normalne.
Usiadła naprzeciwko mnie, opierając łokcie o stół.
– Wiesz, czego mi najbardziej brakuje? – zapytała nagle. – Poczucia, że dla kogoś jestem ważna. Nie tylko wtedy, gdy coś trzeba naprawić.
Te słowa wytrąciły mnie z równowagi. Nie pasowały do tej listy żali, do wcześniejszego tonu.
– A ja mam wrażenie – powiedziałem wolniej – że jestem ważny tylko wtedy, gdy coś robię. Gdy stoję na drabinie albo trzymam w ręku narzędzia.
Popatrzyła na mnie długo, jakby pierwszy raz mnie naprawdę widziała.
– Może obaj się mylimy – mruknęła. – Ty myślisz, że ja tylko wymagam, a ja, że ty nic nie chcesz dać od siebie.
– Daję, co tylko mogę – odpowiedziałem. – Ale nikt mi za to nawet nie podziękuję.
Wstała i podeszła do okna. Przez chwilę wyglądała na starszą, niż była w rzeczywistości.
– Bałam się, że jak przestanę wymagać, to zostanę sama – powiedziała cicho.
Te słowa zawisły między nami. Zrozumiałem, że ten remont był tylko pretekstem. Prawdziwa zmiana dotyczyła czegoś zupełnie innego.
To było ważniejsze od pączków
Usiadłem z powrotem przy stole, a ona nadal stała przy oknie. Przez szybę wpadało popołudniowe światło, odbijając się od świeżych frontów szafek. Kuchnia była skończona. Idealna. Między nami wciąż dało wyczuć się napięcie, ale po raz pierwszy nie było pretensji i krzyku.
– Nie chcę pani zostawiać bez pomocy – powiedziałem w końcu. – Ale nie mogę być ciągle oceniany. To mnie zniechęca, a nie motywuje.
Odwróciła się powoli. Nie miała już tej ostrej miny z rana. Raczej coś na kształt bezradności.
– Ja nie umiem inaczej – przyznała. – Całe życie, jak czegoś chciałam, musiałam walczyć. Jak nie naciskałam, to mnie pomijali.
– Rozumiem – odparłem. – Ale ja nie jestem mamy przeciwnikiem. I nie chcę, żeby każdy nasz kontakt kończył się listą zarzutów. Jeśli mam pomagać, to na moich zasadach.
Podeszła do stołu, wzięła kartkę z żalami i przez chwilę ją gładziła, jakby zastanawiała się, co z nią zrobić. W końcu złożyła ją na pół i wsunęła do kieszeni fartucha.
– Może… – zaczęła niepewnie – następnym razem spróbuję inaczej. Bez wypominania.
– A ja spróbuję częściej dzwonić – odpowiedziałem. – Nie tylko przy okazji remontu.
Pokiwała głową. Bez komentarza, bez ironii. To było więcej, niż się spodziewałem. Kiedy wychodziłem, zatrzymała mnie w przedpokoju.
– Dziękuję za kuchnię – powiedziała cicho. – I za rozmowę. Choć była trudniejsza niż ten remont.
Uśmiechnąłem się słabo.
– Dla mnie też.
Na klatce schodowej poczułem ulgę. Tłusty czwartek minął bez pączków, ale wracałem z czymś ważniejszym. Z poczuciem, że pierwszy raz postawiłem granicę i teściowa to uszanowała. A relacje, jak kuchnie, czasem trzeba rozebrać do gołych ścian, żeby dało się je odbudować porządnie.
Marek, 42 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W walentynki zamiast jeść krewetki z mężem, miałam wcinać naleśniki z teściową. Tak jej dogadałam, że straciła apetyt”
- „Piżmowe perfumy na walentynki, które dał mi narzeczony, złamały mi serce. Paragon za prezent mówił więcej niż 1000 słów”
- „Gdy w walentynki mąż dał mi bukiet z parzystą liczbą róż, od razu nabrałam podejrzeń. Czułam, że to nie przypadek”

