Reklama

To miał być zwykły podwieczorek, chwila oddechu przy kawie i słodkościach, ale w powietrzu czułam napięcie od momentu przekroczenia progu jej domu. Kiedy patrzyłam na dwa talerze stojące obok siebie na koronkowym obrusie, wiedziałam, że to nie jest tylko kwestia mąki, jajek i cukru pudru. Chodziło o uznanie i o to, kto tak naprawdę ma prawo karmić mojego męża. Nie sądziłam jednak, że zwykłe karnawałowe ciastka mogą poróżnić nas mocniej niż jakiekolwiek słowa wypowiedziane wprost.

Wciąż czułam się tam jak intruz

Ewa, moja teściowa była kobietą z innej epoki, choć wcale nie taką starą, jakby mogło się wydawać. Miała swoje zasady, swój nienaganny porządek i, co najważniejsze, swoją kuchnię, która stanowiła jej prywatne królestwo. Wstęp miały tylko osoby wybrane, a ja, mimo pięciu lat stażu małżeńskiego, wciąż czułam się tam jak intruz, który zaraz coś potłucze albo pobrudzi nieskazitelną biel blatów.

Problem polegał na tym, że ja naprawdę się starałam. Chciałam być częścią tej rodziny, chciałam, żeby Ewa mnie zaakceptowała nie tylko jako żonę swojego jedynego syna, ale jako kobietę, która też potrafi zadbać o dom. Niestety, każda moja próba kończyła się fiaskiem. Kiedy upiekłam sernik, był rzekomo za suchy. Kiedy zrobiłam pieczeń, Ewa z uśmiechem stwierdziła, że ona zawsze dodaje więcej majeranku, bo wtedy mięso ma szlachetniejszy smak. Te drobne szpilki wbijała we mnie z precyzją, zawsze przy świadkach, ale w taki sposób, że gdybym się oburzyła, wyszłabym na tą, co przesadza.

Tomek, mój mąż, zazwyczaj tego nie widział. Dla niego mama po prostu dawała dobre rady. Mężczyźni rzadko dostrzegają te subtelne gry wojenne, które my, kobiety, toczymy między wierszami. Kiedy zbliżał się tłusty czwartek, wiedziałam, że czeka nas kolejna runda. Ewa od lat szczyciła się swoimi faworkami. Nazywała je chrustem, podkreślając, że przepis pochodzi od jej prababki i jest absolutnie święty. W jej ustach brzmiało to tak, jakby receptura była spisana na kamiennych tablicach. Ja postanowiłam, że w tym roku nie przyjdę z pustymi rękami. Postanowiłam podjąć rękawicę.

Pokażę jej, że można inaczej

Siedziałam w kuchni z laptopem na kolanach, przeglądając setki stron. Wiedziałam jedno: nie mogę poprosić Ewy o przepis, bo to byłoby przyznanie się do porażki i oddanie jej pola. Z drugiej strony, zrobienie czegoś tradycyjnego groziło bezpośrednim porównaniem, w którym z góry byłam skazana na porażkę. Szukałam więc czegoś innego. Czegoś, co będzie nowoczesne, ale zachowa ducha tradycji. W końcu trafiłam na blog kulinarny. Jedna influencerka proponowała faworki w trochę innym wydaniu. Wyglądały na zdjęciach obłędnie – pełne bąbelków powietrza, złociste, oprószone mgiełką cukru.

Pomyślałam, że to było to. Zrobię je. Pokażę jej, że można inaczej, że nowoczesność nie oznacza bylejakości. Spędziłam całe popołudnie w kuchni. Mąka była wszędzie, na nosie, na fartuchu, nawet na klamce od lodówki. Ale byłam szczęśliwa. Ciasto było elastyczne, pięknie się wałkowało, a podczas smażenia rosło w oczach, tworząc te charakterystyczne, pękate kształty. Kiedy układałam gotowe wypieki na moim najlepszym półmisku, czułam dumę. Nie były to cieniutkie jak pergamin listki, do jakich przyzwyczaiła nas Ewa. Moje faworki miały strukturę, były bardziej trójwymiarowe, wyglądały jak małe dzieła sztuki nowoczesnej. Pachniały wanilią i domowym ciepłem. Zapakowałam je ostrożnie, jak najcenniejszy skarb, i ruszyliśmy z Tomkiem do jaskini lwa.

Dwie najlepsze kucharki na świecie

Weszliśmy do mieszkania teściów punktualnie o szesnastej. Zapach w przedpokoju był oszałamiający – mieszanka smażonego smalcu i cukru pudru. Ewa musiała smażyć swoje faworki zaledwie godzinę temu. Wyszła nas przywitać w nieskazitelnym, wykrochmalonym fartuszku, bez jednej plamki tłuszczu. Jak ona to robiła? To na zawsze pozostanie dla mnie zagadką.

– O, zrobiliście niespodziankę – powiedziała, patrząc na trzymany przeze mnie półmisek przykryty ściereczką.

Jej głos był słodki, ale oczy lustrowały zawartość naczynia z podejrzliwością.

– Pomyślałam, że w tym roku cię odciążę i też coś przygotuję – odpowiedziałam, starając się, by mój głos brzmiał pewnie. – Znalazłam świetny przepis.

Ewa uniosła brwi. Tylko nieznacznie, ale dla mnie był to sygnał alarmowy.

– Doprawdy? – rzuciła krótko. – No to chodźcie do salonu. Herbata już się parzy.

Kiedy usiedliśmy przy dużym, dębowym stole, nastąpiła konfrontacja. Ewa postawiła swój talerz w centralnym punkcie. Jej faworki były niemal przezroczyste, blade, o nieregularnych, ostrych kształtach. Wyglądały jak rozsypane na talerzu suche liście. Mój półmisek wylądował obok. Kontrast był uderzający. Moje ciastka były bardziej złociste, grubsze, pełne pęcherzyków powietrza. Tomek, jak to on, nie wyczuł napięcia. Zatarł ręce i uśmiechnął się szeroko. Ale uczta! Dwie najlepsze kucharki na świecie mnie karmią. Czego chcieć więcej? – zaśmiał się, sięgając po faworka matki.

Faworek musi być cienki jak mgiełka

Patrzyłam na Ewę. Ona nie patrzyła na syna. Patrzyła na moje ciastka. Wzięła jednego do ręki. Obracała go w palcach. Cisza przedłużała się niebezpiecznie. Słychać było tylko siorbanie herbaty przez teścia, który wolał się nie odzywać, kiedy jego żona była w "tym" nastroju. Ewa powoli ugryzła kawałek mojego faworka. Przeżuwała go z ostentacyjną dokładnością, analizując każdy niuans smaku i tekstury. Ja siedziałam jak na szpilkach, ściskając serwetkę pod stołem.

I wtedy to się stało. Ewa odłożyła nadgryzione ciastko na talerzyk, otarła kąciki ust serwetką i... zaśmiała się. To nie był radosny śmiech. To był ten rodzaj chichotu, który ma na celu umniejszenie drugiej osoby, sprowadzenie jej wysiłku do poziomu żartu.

– Aniu, moja droga – zaczęła, wciąż się uśmiechając z politowaniem. – Ty to masz jednak fantazję. Skąd ty wzięłaś ten przepis? Z jakiegoś bloga dla zapracowanych gospodyń domowych?

Poczułam, jak wszystko się we mnie gotuje. To bardzo popularny przepis, mamo. Wiele osób go chwali – odpowiedziałam, starając się zachować spokój.

– No widzę, widzę – Ewa pokiwała głową, wskazując palcem na moje wypieki. – Ale spójrz tylko na to. Przecież one są grube jak paluchy! To nie są faworki, moje dziecko. Faworek musi być cienki jak mgiełka, musi się kruszyć od samego patrzenia. A to? To wygląda jak smażone bułki.

Teraz role się odwróciły

Tomek przestał żuć. Spojrzał na matkę, potem na mnie. Wiedział, że weszliśmy na grząski grunt.

– Mamo, są bardzo smaczne – spróbował załagodzić sytuację, ale Ewa go zignorowała.

– Faworek to sztuka – kontynuowała. To wymaga cierpliwości, wałkowania, siły w rękach. A tu widać drogę na skróty. Za grube, po prostu za grube. Ciasto pewnie nawet nie odpoczęło, co?

To był cios poniżej pasa. Sugestia, że jestem leniwa, że idę na łatwiznę, że nie szanuję tradycji. Wszystkie te lata, kiedy milczałam, kiedy gryzłam się w język przy jej uwagach o moich zupach, o moim sposobie prasowania koszul Tomka, o tym, jak urządziłam salon – to wszystko we mnie wezbrało. Spojrzałam na jej talerz. Na te blade, kruche wióry, które nazywała jedynymi prawdziwymi faworkami. Wzięłam głęboki oddech.

– Może i są grubsze – powiedziałam powoli, patrząc jej prosto w oczy. Głos mi nawet nie zadrżał. – Ale przynajmniej są lżejsze. I nie smakują samym tłuszczem.

Zapadła cisza absolutna. Nawet teść przestał mieszać herbatę łyżeczką. Ewa poczerwieniała. To był pierwszy raz, kiedy otwarcie skrytykowałam jej kuchnię. Do tej pory to ja byłam uczennicą, a ona mistrzynią. Teraz role się odwróciły.

– Robię faworki od czterdziestu lat! Chcesz mnie uczyć smażenia? Mnie?

– Nie chcę cię uczyć, mamo – odparłam spokojnie, choć w środku cała się trzęsłam. – Chcę tylko, żebyś przestała traktować wszystko, co robię inaczej niż ty, jako gorsze. Świat poszedł do przodu. Mamy inne mąki, inne techniki. To, że coś jest z internetu, nie znaczy, że jest bezwartościowe. A to, że coś jest stare, nie znaczy, że jest idealne.

Teść nagle chrząknął. Wszyscy spojrzeliśmy na niego. Siedział cicho w kącie, jak mebel, ale teraz sięgnął swoją dużą, spracowaną dłonią po faworka z mojego talerza. Zjadł go w dwóch kęsach. Potem sięgnął po faworka żony. Zjadł go również. Wszyscy wstrzymali oddech. Teść rzadko się odzywał, ale jak już coś mówił, to było to zazwyczaj trafne podsumowanie rzeczywistości.

– Te są lepsze – powiedział, wskazując na mój talerz.

Ewa otworzyła usta z niedowierzaniem.

Zbyszek! – krzyknęła.

– No co? – wzruszył ramionami.

Spojrzałam na teścia z wdzięcznością. To był sojusznik, którego się nie spodziewałam. Ewa siedziała sztywno, patrząc to na męża, to na mnie. Widziałam, że jest zdenerwowana. Mogła teraz zrobić awanturę, mogła się obrazić i wyjść do kuchni, trzaskając drzwiami. Ale wiedziała, że przegrała tę potyczkę.

Chodzi o to, by mieć swoje zasady

Atmosfera przy stole powoli zaczęła wracać do normy, choć wciąż była napięta. Tomek, widząc, że najgorsze minęło, zaczął opowiadać o jakiejś sytuacji z pracy, próbując zagadać niezręczną ciszę. Ja jednak czułam, że coś się zmieniło. Ewa nie skomentowała już ani słowem moich wypieków. Jadła swoje, ale widziałam, jak ukradkiem sięga po jeszcze jednego mojego faworka, kiedy myślała, że nikt nie patrzy. To był moment przełomowy. Nie dlatego, że moje ciastka były obiektywnie lepsze – to kwestia gustu. Chodziło o to, że postawiłam granicę. Nie pozwoliłam się wyśmiać. Pokazałam, że mam swoje zdanie i potrafię go bronić.

Kiedy wychodziliśmy, Ewa stała w przedpokoju. Była trochę przygaszona, mniej pewna siebie niż zwykle. Zapakuję wam trochę moich na drogę – powiedziała, sięgając po torebkę papierową.

– Dziękujemy – odpowiedziałam. – A ja zostawię resztę moich. Tata chyba polubił.

Ewa zawahała się przez chwilę, trzymając torebkę w dłoniach. Spojrzała na mnie, tym razem bez tej charakterystycznej wyższości.

– Może... – zaczęła cicho, unikając mojego wzroku. – Może podeślesz mi ten link. Do tego bloga. Tak z ciekawości tylko, żeby zobaczyć, co oni tam teraz wypisują w tym internecie.

Uśmiechnęłam się. To nie była kapitulacja, to był rozejm. I to taki, na jaki czekałam od pięciu lat. Oczywiście, mamo. Wyślę ci wieczorem – powiedziałam, zapinając płaszcz. W drodze powrotnej w samochodzie milczeliśmy przez dłuższą chwilę. W końcu Tomek odezwał się, patrząc na drogę. Wiesz co, Anka? Byłem przerażony. Ale teraz...jestem z ciebie dumny. Chyba pierwszy raz ktoś jej tak odpowiedział.

Zaśmiałam się, czując, jak całe napięcie ze mnie schodzi. Tu nie chodziło tylko o faworki. O trochę mąki i cukru. Tu chodziło o szacunek. Nauczyłam się, że w relacjach z teściową nie chodzi o to, by być perfekcyjną według jej zasad. Chodzi o to, by mieć swoje zasady i nie bać się ich położyć na stole obok jej rodowej porcelany. Od tamtego czasu minęło kilka miesięcy. Ewa nadal jest sobą, nadal ma swoje uwagi, ale coś w naszej dynamice się zmieniło. Ostatnio, kiedy przyszliśmy na obiad, na stole stało nowe danie. Zapiekanka.

– Znalazłam w internecie – mruknęła Ewa, nakładając mi porcję. – Podobno lżejsza niż tradycyjna.

Puściła mi oczko. Tylko na ułamek sekundy, ale to wystarczyło. Zrozumiałam, że nawet stare receptury można czasem zmodyfikować, jeśli tylko odważy się dodać do nich odrobinę nowości. A faworki? Cóż, w przyszłym roku chyba umówimy się na wspólne pieczenie. Może uda nam się stworzyć przepis hybrydowy – cienki jak jej, ale puszysty jak mój.

Ania, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama