„W tłusty czwartek mąż zajadał się pączkami z cukierni, a mi zafundował oponki z dyskontu. Egoizm słono go kosztował”
„To był dla mnie cios. Nie chodziło już nawet o pieniądze, ale o kłamstwo i pogardę. Byłam dla niego tanią siłą roboczą. Te pączki z marketu były idealną metaforą naszego związku. Wtedy w mojej głowie zrodził się plan. Postanowiłam zadziałać tak jak on – na zimno”.

- Redakcja
To miał być zwykły czwartek, choć w kalendarzu widniał jako ten najsłodszy dzień w roku. Od rana czułam w powietrzu zapach pączków. Zazwyczaj kojarzył mi się z domowym ciepłem, ale tym razem stał się zwiastunem końca mojej naiwności. Patrząc, jak mąż z namaszczeniem oblizuje palce po wykwintnym wypieku, podczas gdy przede mną leżała plastikowa tacka z gumowatymi wyrobami pączkopodobnymi, zrozumiałam coś, co powinnam była dostrzec lata temu. To nie był tylko pączek. To był symbol mojej pozycji w jego życiu. Przysięgłam sobie wtedy, że ta zniewaga będzie go słono kosztować.
Czułam się gorsza
Od lat tkwiliśmy w układzie, który Robert nazywał „racjonalnym gospodarowaniem”, a ja – emocjonalnym skąpstwem. Nie byliśmy biedni. On pracował na kierowniczym stanowisku w logistyce, ja jako księgowa w stabilnej firmie. Nasze dochody pozwalały na godne życie, jednak w domu zawsze byłam gorsza.
Robert twierdził, że jako reprezentant firmy musi wyglądać. Jego garnitury były szyte na miarę, buty sprowadzane z Włoch. Ja, pracując w biurze, rzekomo nie potrzebowałam luksusów. Gdy kupowałam płaszcz w sieciówce, kręcił nosem, że przepłacam. Gdy on zamawiał najnowszy telefon, bo „stary się zacinał”, ja reanimowałam smartfona z pękniętą szybką.
– Kochanie, musimy oszczędzać na przyszłość – powtarzał jak mantrę przy każdej propozycji wyjścia do restauracji. – Zjem w domu, ty robisz najlepsze mielone.
Problem w tym, że oszczędności dotyczyły głównie mnie. On miał swoje „fundusze reprezentacyjne” i drogocenne wędki. Ja miałam tabelki w arkuszu kalkulacyjnym i polowanie na promocje. Wmawiałam sobie, że budujemy dom, zabezpieczamy emeryturę. Byłam tą rozsądną. Aż do tego nieszczęsnego tłustego czwartku.
Nie zasługiwałam na odrobinę luksusu
Tego dnia tonęłam w papierach od siódmej rano. Marzyłam tylko o chwili relaksu przy kawie i pączku z różą – takim prawdziwym, ciężkim od nadzienia, z chrupiącą skórką. W naszej dzielnicy była rzemieślnicza cukiernia, do której ustawiały się kolejki. Robert mijał ją, wracając z pracy. Wysłałam mu SMS-a: „Kupisz pączki? Mam straszną ochotę na te z różą. Dziś nie zdążę nic upiec”. Odpisał krótko: „Ok”.
Czekałam na ten wieczór. Przygotowałam kolację, nastawiłam wodę. Gdy usłyszałam klucz w zamku, uśmiechnęłam się. Robert wszedł z dwiema torbami: małą, elegancką z logo cukierni oraz szeleszczącą foliówką z taniego marketu.
– Ale kolejki były – westchnął, zdejmując płaszcz. – Ale udało się.
Postawił na stole eleganckie pudełeczko, z którego wyjął dwa idealne pączki posypane kandyzowaną skórką. Zapachniało niebiańsko. A potem rzucił na blat plastikowe opakowanie, w którym gniotło się sześć bladych oponek.
– Dla ciebie wziąłem te z marketu, były w promocji przy kasie – powiedział beztrosko, przysuwając sobie eleganckie pudełko. – Wziąłem sobie dwa z różą, bo wiesz, że tylko te lubię, a były ostatnie sztuki. Te marketowe też są spoko, podobno mają toffi w środku. Ty lubisz słodkie.
Zamarłam. Patrzyłam, jak on z namaszczeniem bierze duży kęs, mrucząc z zadowolenia.
– Robert… – zaczęłam cicho. – Kupiłeś sobie pączki po dwanaście złotych za sztukę, a mi rzuciłeś marketowe oponki z terminem ważności do jutra?
Spojrzał na mnie zdziwiony, z pełnymi ustami.
– O co ci chodzi? Przecież pączek to pączek. Te z marketu były po dwa złote za paczkę. Po co przepłacać, skoro i tak zjesz i zapomnisz? Ja mam wyrobione podniebienie, czuję różnicę, a ty zawsze mówisz, że ci wszystko jedno, byle było słodkie. Poza tym, musimy oszczędzać, pamiętasz?
W tym momencie pękła iluzja, w której żyłam od dziesięciu lat. Patrzyłam na te smutne, pogniecione oponki i na męża w koszuli za kilkaset złotych, który tłumaczył mi, dlaczego nie zasługuję na odrobinę luksusu.
– Masz wyrobione podniebienie? – zapytałam, czując gulę w gardle.
– No tak, kochanie. Nie dąsaj się. Chcesz gryza? – wyciągnął w moją stronę nadgryzionego pączka.
To był gest pana rzucającego resztki ze stołu. Odsunęłam jego rękę.
– Nie, dziękuję. Smacznego – powiedziałam chłodno i wyszłam.
Poszłam do sypialni. Robert zostawił włączonego laptopa. Zazwyczaj szanowałam jego prywatność, ale hasło „oszczędzanie” brzęczało mi w uszach. Skoro żona nie zasługuje na pączka z cukierni, chciałam zobaczyć, jak wygląda oszczędzanie na jego kontach. Zalogowałam się do banku – hasło było to samo, co do naszego wspólnego rachunku.
Byłam tanią siłą roboczą
Historia operacji z ostatniego miesiąca była lekturą bardziej pasjonującą niż kryminał. „Sklep wędkarski – 1200 zł”. „Ekskluzywna odzież męska – 800 zł”. „Restauracja sushi – 150 zł” – data z wczoraj. „Zaliczka: Wyjazd integracyjny Alpy – 2500 zł”.
Oczy otwierały mi się coraz szerzej. Wyjazd w Alpy? Robert mówił o szkoleniu pod Warszawą opłacanym przez firmę. Okazało się, że to prywatny wypad na narty, finansowany z naszych „oszczędności na czarną godzinę”. Przez rok zniknęło stamtąd ponad dwadzieścia tysięcy złotych na jego gadżety, ubrania i lunche. A ja w tym czasie cerowałam rajstopy i jadłam oponki z dyskontu, bo „musimy oszczędzać na wymianę dachu”.
To był dla mnie cios. Nie chodziło już nawet o pieniądze, ale o kłamstwo i pogardę. Byłam dla niego tanią siłą roboczą. Te pączki z marketu były idealną metaforą naszego związku. Wtedy w mojej głowie zrodził się plan. Postanowiłam zadziałać tak jak on – na zimno.
Następnego dnia, gdy Robert wyszedł do pracy, zostawił mi te nieszczęsne oponki z karteczką: „Do kawy, miłego dnia”. Wzięłam wolne. Pierwszy krok: bank. Przelałam połowę zgromadzonych tam środków na moje prywatne, panieńskie konto. Zostawiłam mu tyle, by nie wyczyścić konta do zera, ale zabrałam wystarczająco, by go zabolało.
Krok drugi: biuro podróży. Znalazłam ofertę last minute do Toskanii. Warsztaty kulinarne, zwiedzanie winnic, luksusowy hotel, spa. Cena kosmiczna, ale było mnie stać – właśnie „znalazłam” środki. Kupiłam też nową walizkę i wełniany płaszcz, o którym marzyłam od zimy. Spakowałam się.
Zainwestowałam w siebie
Robert wrócił o 17:00. Siedziałam w fotelu, w nowym płaszczu, z walizką u stóp. Na stole w kuchni stał talerz z nietkniętymi oponkami oraz wydruk z banku z zaznaczonymi na czerwono pozycjami: „Alpy”, „Sushi”, „Sklep Wędkarski”.
– Gdzieś jedziesz? – zapytał zdziwiony. – Co to za płaszcz? Przecież mówiłem, że nie mamy teraz pieniędzy na takie wydatki.
Wstałam powoli, czując niezwykły spokój.
– Mamy pieniądze, Robercie – wskazałam na wydruk. – A właściwie mieliśmy. Bo połowę tego, co ukrywałeś na swoje przyjemności, właśnie zainwestowałam w siebie.
Podszedł do stołu, wziął kartkę i zbladł.
– Ty… grzebałaś w moich rzeczach? To są pieniądze firmowe… to znaczy, premie, na dom… – plątał się.
– Nie kłam – przerwałam mu. – To pieniądze na twoje luksusowe życie, podczas gdy ja mam jeść pączki z dyskontu. Ten wczorajszy pączek, Robert, był najdroższym pączkiem w twoim życiu. Kosztował cię właśnie połowę oszczędności i utratę darmowej gosposi.
– Co ty wygadujesz? – pisnął.
– Lecę do Toskanii. Sama. Ty zostajesz tutaj. Masz oponki, masz wędki i pustą lodówkę. Skoro stać cię na Alpy, stać cię na zakupy.
– Nie możesz tego zrobić! To wspólne pieniądze! – krzyknął.
– Dokładnie. Wspólne. Dlatego wzięłam swoją połowę.
Ruszyłam do drzwi.
– Jeśli wyjdziesz, to… to nie masz po co wracać! – rzucił typowy dla siebie szantaż.
Odwróciłam się i spojrzałam mu w oczy.
– Wiesz co, Robert? Przez lata bałam się tego zdania. Ale teraz, patrząc na faceta, który pożałował żonie dwunastu złotych na pączka, myślę sobie, że to ty powinieneś się bać, bo ja już nie wrócę. A przynajmniej nie do ciebie.
Trzasnęłam drzwiami.
Te pączki smakują najlepiej
Dwa dni później, siedząc na tarasie pod Florencją, jadłam wyborne bomboloni z kremem. Smakowały wolnością i odzyskanym szacunkiem. Zablokowałam Roberta. Wiedziałam, że w domu panuje chaos – nie wiedział, gdzie są rachunki ani jak nastawić pralkę. Po tygodniu odblokowałam telefon. Posypały się wiadomości: od złości, przez groźby, aż po błagania.
„Wróć, nie mam czystych koszul”. „Przepraszam za te pączki, kupię ci całą cukiernię”. „Odwołałem Alpy, musiałem zapłacić dekarzowi, ale cena wzrosła. Potrzebuję twojej części”. Uśmiechnęłam się. Cena za egoizm była wysoka.
Nie wróciłam po dwóch tygodniach. Przedłużyłam pobyt o trzy dni. Kiedy w końcu stanęłam w progu, Robert wyglądał jak cień samego siebie. Wymięta koszula, bałagan, pudełka po najtańszej pizzy.
– Anita… – zaczął.
– Nie, Robert – uniosłam rękę. – Przeprosiny nic nie dadzą. To koniec. Składam pozew o rozwód. Do tego czasu całkowita rozdzielność kont. Jeśli ci to nie pasuje, ta walizka nie zostanie rozpakowana.
Patrzył na mnie jak na obcą osobę. Zobaczył kobietę, która zna swoją wartość.
– Rozumiem – powiedział cicho.
Nasze małżeństwo nie przetrwało. Tamten tłusty czwartek był punktem zwrotnym. Robert zrozumiał, że oponka z dyskontu może stanąć w gardle i kosztować więcej niż najdroższy deser. A ja nauczyłam się, że w życiu, jak w cukierni, jakość ma swoją cenę, ale warto ją zapłacić.
Dziś, gdy nadchodzi tłusty czwartek, idę do najlepszej cukierni w mieście i kupuję dwa pączki z różą, tylko dla siebie. I takie smakują mi najlepiej.
Anita, 41 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W walentynki ja walczyłam z awarią ogrzewania, a narzeczony grzał się u innej. Zamiast odejść, postanowiłam mu pomóc”
- „W tłusty czwartek zaprosiłam rodzinę na domowe pączki. Nie sądziłam, że tego dnia poznam sekretne grzeszki teścia”
- „Walentynkowy obiad u teściów podkopał fundamenty mojego małżeństwa. 1 zdanie teściowej obnażyło całe lata kłamstw”

