Reklama

Stało się to w tłusty czwartek, kiedy najmniej spodziewałam się czegokolwiek, co mogłoby przewrócić moje życie do góry nogami. Na kuchennym blacie stało pudełko po pączkach z budyniem — takich, których nikt w naszym domu nigdy nie jadł. Patrzyłam na nie dłużej, niż wypada, a w środku ściskało mnie uczucie, którego nie umiałam jeszcze nazwać. Śmieszne? Żałosne? A może po prostu bolesne.

Wszystko wydawało mi się żałosne

Stałam w kuchni boso, z kubkiem herbaty w dłoni, kiedy znowu spojrzałam na to pudełko. Białe, z zielonym nadrukiem małej cukierni z drugiego końca miasta. Tej, do której nigdy nie było nam po drodze. Oparłam się biodrem o blat i otworzyłam wieczko. Pusto, nawet okruszka.

Kupiłeś pączki? – zapytałam, gdy wszedł do kuchni, poprawiając mankiet koszuli.

Spojrzał przelotnie na blat, jakby zobaczył tam coś zupełnie zwyczajnego.

– A, tak… wczoraj. Zjadłem rano – odpowiedział zbyt szybko.

– Z budyniem? – uniosłam brwi. – Przecież ich nie lubisz.

Wzruszył ramionami.

Czasem człowiek ma ochotę na coś innego.

„Na coś innego”. Te słowa zawisły między nami ciężkie jak wilgotne powietrze przed burzą. Znałam go od tylu lat, że wyłapywałam te drobne zmiany w tonie głosu, to minimalne napięcie w ramionach. Odstawiłam kubek do zlewu, choć herbata była jeszcze ciepła.

– Od kiedy jeździsz do tej cukierni? – dopytałam, starając się, by mój głos brzmiał lekko.

– Przejeżdżałem obok – uciął. – Spieszę się, pogadamy później.

Trzasnęły drzwi. Zostałam sama z ciszą i pudełkiem. Wzięłam je do ręki, obróciłam. Na spodzie był paragon, zgnieciony, jakby ktoś chciał go ukryć. Data sprzed trzech dni. Godzina, kiedy on teoretycznie był w pracy. Usiadłam przy stole i przypomniałam sobie, jak miesiąc temu wrócił do domu z uśmiechem, którego nie potrafiłam rozszyfrować.

– Coś się stało? – zapytałam wtedy.

– Po prostu dobry dzień – odpowiedział.

Teraz ten uśmiech wrócił do mnie jak nieproszony gość. Wzięłam telefon i napisałam do niego wiadomość, po czym skasowałam ją od razu. Nagle wszystko wydało mi się żałośnie banalne. Nie tajemnicze rozmowy, nie zapach obcych perfum, jak to zwykle bywa, tylko zwykłe pączki z budyniem. Zaśmiałam się cicho, a zaraz potem poczułam, jak oczy pieką mnie od łez.

Wiedziałam, że coś ukrywał

Przez cały dzień pudełko leżało w koszu, a ja i tak widziałam je wszędzie. W pracy myliłam liczby, gubiłam wątek rozmów, a w głowie wciąż wracała ta sama myśl: to nie są pączki. To tylko pretekst. Wieczorem wróciłam wcześniej. W mieszkaniu panowała cisza. Zdjęłam płaszcz i zajrzałam do przedpokoju. Jego buty stały równo, ale obok nich leżała torba, której nie znałam. Nie nowa, raczej zwyczajna, granatowa. Zawahałam się tylko przez sekundę i otworzyłam ją.

W środku była książka, ładowarka i małe papierowe pudełko. Z zielonym nadrukiem. Takim samym jak to poranne.

Coś tu jest nie tak – szepnęłam sama do siebie.

Usiadłam na podłodze i wpatrywałam się w torbę, jakby miała zaraz przemówić. Przecież mógł kupić więcej. Przecież to nic nie znaczy. Tylko że ja już wiedziałam, że znaczy wszystko. Kiedy wrócił, nawet nie udawałam spokoju.

– Znowu byłeś w tej cukierni? – zapytałam od progu.

Zatrzymał się. Torba wypadła mu z ręki.

Grzebałaś w moich rzeczach? – odbił pytaniem.

– Zostawiłeś ją na środku przedpokoju – odpowiedziałam.

Przez chwilę milczał. Potem westchnął ciężko i usiadł przy stole.

– Przesadzasz. To tylko pączki.

Wiem, że coś ukrywasz. Od kiedy? – mój głos zadrżał, choć bardzo tego nie chciałam. – Od kiedy nie patrzysz mi w oczy?

Podniósł wzrok. I wtedy zobaczyłam coś, czego wcześniej nie było. Zmęczenie przemieszane z ulgą. Jakby tylko czekał, aż w końcu zapytam.

– Nie chciałem, żebyś się dowiedziała w taki sposób – powiedział cicho.

Serce zaczęło mi walić. Nie zaprzeczył. To było gorsze niż wszystko, co sobie wyobrażałam.

– Dowiedziała się o czym? – spytałam.

Nie odpowiedział od razu. A ta cisza była już odpowiedzią.

Chciałam tylko prawdy

Usiadłam naprzeciwko niego, choć nogi miałam jak z waty. Stół nagle wydał się za mały, a kuchnia obca. Przez lata była naszym azylem, teraz przypominała poczekalnię przed czymś nieuniknionym.

– Powiedz to wprost – poprosiłam. – Bez owijania w bawełnę.

Splótł dłonie, jak zawsze, gdy się denerwował.

– To nie zaczęło się tak, jak myślisz – powiedział w końcu. – Nie planowałem tego.

– Tego się nigdy nie planuje – odpowiedziałam gorzko. – Ale można się powstrzymać.

Westchnął.

– Spotykaliśmy się rano, przed pracą. To były tylko rozmowy. Kawa… pączki – urwał, jakby dopiero teraz zrozumiał absurd własnych słów.

Pistacjowe. Przełknęłam ślinę.

– Czyli jednak „my” – powiedziałam cicho. – A ja byłam w domu i martwiłam się, czemu wracasz coraz bardziej nieobecny.

Nie chciałem cię ranić – podniósł głos, po czym natychmiast go ściszył. – Po prostu… z nią mogłem porozmawiać o wszystkim. Słuchała mnie.

Te słowa zabolały bardziej niż przyznanie się do zdrady. Bo co to mówiło o mnie? O nas?

– A ja? – zapytałam. – Przestałam cię słuchać?

Spojrzał na mnie długo, jakby pierwszy raz naprawdę mnie widział.

– Nie wiem – przyznał. – Może oboje przestaliśmy ze sobą rozmawiać.

Zaśmiałam się krótko.

– Ze mną przestałeś, ale z nią nie.

Wstałam i podeszłam do okna. Na ulicy ktoś śmiał się głośno, życie toczyło się dalej, bez względu na to, że mój świat właśnie się rozpadał.

– Co teraz? – zapytał za moimi plecami.

To było najtrudniejsze pytanie, bo jakakolwiek odpowiedź oznaczała zmianę. Odwróciłam się powoli.

Teraz chcę prawdy. Całej. A potem zdecyduję, czy jeszcze jest co ratować.

Nie mogłam już udawać

Nie powiedział nic od razu. Wstał, przesunął krzesło zbyt głośno, jakby chciał zagłuszyć własne myśli. Oparł się o blat, dokładnie tam, gdzie rano stało pudełko.

– To trwa od kilku tygodni – zaczął. – Nie dłużej. I… już się urwało.

Odwróciłam się gwałtownie.

– Urwało się? – powtórzyłam. – Samo z siebie?

– Powiedziałem jej, że nie mogę tego ciągnąć – odpowiedział, patrząc w podłogę. – Że mam dom. Ciebie.

„Mam dom”. Jakby to była rzecz, nie relacja. Usiadłam z powrotem przy stole, nagle strasznie zmęczona.

– I myślałeś, że jeśli przestaniesz tam chodzić, to wszystko zniknie? – zapytałam. – Jak to pudełko w koszu?

Skinął głową. Ten gest był bardziej dziecinny niż jakiekolwiek słowa.

Bałem się – przyznał. – Bałem się, że jak powiem, to już nigdy nie spojrzysz na mnie tak samo.

– Już nie patrzę – odpowiedziałam spokojnie. I to była prawda.

Zapadła cisza. Długa, gęsta. W końcu odezwał się cicho:

– Chcesz, żebym się wyprowadził?

To pytanie wisiało w powietrzu, odkąd znalazłam pudełko. A jednak teraz poczułam ukłucie paniki.

– Nie wiem – powiedziałam zgodnie z prawdą. – Wiem tylko, że nie mogę udawać, że nic się nie stało.

Wstałam i podeszłam do kosza. Wyciągnęłam z niego puste pudełko, złożyłam je starannie.

– Zostaw je – powiedział nagle. – Wyrzuć.

Potrząsnęłam głową.

– Nie. Chcę pamiętać, że to nie był sen.

Po raz pierwszy od tej rozmowy w jego oczach pojawiły się łzy.

– Przepraszam – wyszeptał.

Nie odpowiedziałam. Przeprosiny były spóźnione, ale prawdziwe. Tylko że ja jeszcze nie wiedziałam, czy to wystarczy.

Drobne znaki mówią najwięcej

Minęły dni. Nie liczyłam ich dokładnie, bo każdy był podobny do poprzedniego. Ostrożne rozmowy, długie milczenie, noce spędzane plecami do siebie. Pudełko stało na górnej półce w kuchni. Ani on, ani ja go nie ruszaliśmy. Stało się czymś w rodzaju granicy, której nie potrafiliśmy jeszcze przekroczyć. Pewnego popołudnia wróciłam do domu i zastałam go przy stole. Bez kurtki, bez pośpiechu.

– Wziąłem kilka dni wolnego – powiedział. – Chcę tu być... Jeśli pozwolisz.

Usiadłam naprzeciwko. Patrzyłam na niego długo. Na znajomą twarz, która nagle miała w sobie coś obcego. I coś bardzo kruchego.

Nie obiecuję niczego – odpowiedziałam. – Nawet tego, że zostaniemy razem.

Skinął głową.

– Wystarczy, że spróbujemy być ze sobą szczerzy – powiedział.

Wieczorem zrobiłam herbatę. Sięgnęłam po kubek, a potem po pudełko. Otworzyłam je i wyrzuciłam do kosza. Bez ceremonii, bez łez. Zrozumiałam, że nie chodzi o pączki. Nigdy o nie nie chodziło. Chodziło o nas. O to, czy potrafimy jeszcze nauczyć się siebie od nowa. Albo odejść bez udawania, że nic się nie stało.

Nie wiem, jak to się skończy. Wiem tylko, że już nigdy nie będę się śmiać z drobnych znaków. Bo czasem to właśnie one mówią najwięcej.

Ewa, 41 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama