Reklama

Myślałam, że ten spadek będzie moją przepustką do wolności, biletem ucieczki od kredytu, który dusił mnie każdego miesiąca. Kiedy notariusz otworzył teczkę, moje serce biło tak mocno, że słyszałam je w uszach. Byłam pewna, że dziadek Antoni, człowiek, który zawsze powtarzał, że jestem jego oczkiem w głowie, zadbał o moją przyszłość.

Liczyłam na dom

Siedziałam w chłodnym, sterylnym gabinecie notariusza, wbijając paznokcie w skórzaną tapicerkę fotela. Obok mnie siedziała moja matka. Nigdy nie przepadała za swoim teściem, uważała go za dziwaka i skąpca, ale teraz, gdy przyszło do podziału majątku, nagle przypomniała sobie o więzach krwi. Liczyła na gotówkę. Ja liczyłam na dom – piękną, przedwojenną willę na obrzeżach miasta, która wymagała remontu, ale jej wartość rynkowa była niebotyczna.

– Zgodnie z ostatnią wolą zmarłego Antoniego – zaczął prawnik, a ja wstrzymałam oddech – nieruchomość położona przy ulicy Lipowej, wraz z gruntem, zostaje przekazana na rzecz Miejskiego Towarzystwa Historycznego.

Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Kątem oka widziałam, jak matka sztywnieje, a jej usta zaciskają się w wąską kreskę. To nie mogła być prawda. Dziadek kochał ten dom, dlaczego oddał go obcym ludziom?

– Natomiast – kontynuował notariusz, nie zwracając uwagi na naszą konsternację – mojej wnuczce Justynie zapisuję w całości zawartość mojego warsztatu, znajdującego się w budynku gospodarczym, w tym wszelkie ruchomości, papiery, narzędzia oraz przedmioty tam zgromadzone.

Byłam załamana

Zapadła cisza. Ciężka, lepka cisza, którą przerwał dopiero piskliwy głos mojej matki.

– To jakaś pomyłka! Warsztat? Przecież tam są same śmieci!

Ja nie mogłam wydusić z siebie słowa. Czułam się zdradzona. Dziadek wiedział o moich problemach. Wiedział, że straciłam pracę, że rata kredytu za kawalerkę pożera moje oszczędności. A zostawił mi śmieci? Co ja miałam zrobić ze stertą złomu?

– Czy pani Justyna przyjmuje spadek? – zapytał notariusz, patrząc na mnie z dziwnym współczuciem.

– Tak – szepnęłam, choć rozsądek podpowiadał, by uciekać. – Przyjmuję.

Tydzień później stałam przed drzwiami warsztatu. Dom, w którym spędziłam dzieciństwo, stał tuż obok, ale teraz wydawał się obcy, jakby już wiedział, że nie należy do mnie. Klucz zgrzytnął w zamku, opornie, jakby mechanizm nie był używany od lat. Pchnęłam ciężkie, drewniane drzwi i uderzył mnie ten zapach. Na moment łzy stanęły mi w oczach, ale szybko je otarłam. Nie przyszłam tu na sentymenty, przyszłam ocenić straty.

Wnętrze wyglądało jak po wybuchu bomby w sklepie z antykami, który skrzyżowano ze złomowiskiem. Wszędzie walały się papiery. Sterty pożółkłych gazet sięgały sufitu, na stołach leżały rozkręcone mechanizmy zegarów, jakieś dziwne mosiężne rury, soczewki, kompasy. Podłoga była zasłana mapami, niektóre były porwane, inne zwinięte w rulony i wepchnięte w plastikowe rury kanalizacyjne.

– I co ja mam z tym zrobić? – powiedziałam na głos do pustego pomieszczenia.

– Najlepiej zacząć od segregacji, dziecko – usłyszałam głos za plecami i aż podskoczyłam.

Nie miałam planu

W drzwiach stał pan Stanisław, sąsiad dziadka. Miał chyba z osiemdziesiąt lat, podpierał się laską i uśmiechał łagodnie.

– Przestraszył mnie pan – odparłam, próbując uspokoić oddech.

– Widziałem, że przyjechałaś.

– Dziadek zostawił mi górę śmieci, a dom oddał miastu. Nie rozumiem tego.

– Śmieci? – Pan Stanisław uniósł krzaczaste brwi. – Antoni nigdy nie trzymał śmieci. Wszystko miało swój cel. Nawet jeśli my tego celu nie widzieliśmy. Daj sobie czas.

Odszedł, zostawiając mnie samą z moim dziedzictwem. Zrezygnowana podeszłam do głównego stołu warsztatowego. Był zasypany rysunkami technicznymi. Wyglądały na projekty jakichś maszyn, ale były tak skomplikowane, że nic z nich nie rozumiałam. Obok stało puste pudełko po butach wypełnione starymi biletami tramwajowymi.

„Po co ci to było, dziadku?” – pomyślałam z goryczą. Zaczęłam przerzucać papiery, szukając czegokolwiek wartościowego. Może ukrył gdzieś pieniądze? Może w tych książkach są banknoty? Spędziłam cztery godziny na przekładaniu makulatury. Nie znalazłam ani grosza. Znalazłam za to setki listów, które dziadek pisał, ale nigdy ich nie wysłał. Były adresowane do urzędów, do ministerstw, do jakichś zagranicznych instytutów.

To były śmieci

Przyjeżdżałam do warsztatu w każdy weekend, bo chociaż byłam wściekła, to obietnica złożona notariuszowi i dziwny szacunek do woli zmarłego nie pozwalały mi tego wszystkiego po prostu wywieźć na wysypisko. Moja matka dzwoniła regularnie, pytając, czy znalazłam już „złote dolary” i sugerując, żebym zamówiła kontener.

Pewnego deszczowego wieczoru, kiedy sortowałam zawartość starej, dębowej komody, natrafiłam na szufladę, która nie chciała się otworzyć. Szarpałam się z nią przez chwilę, aż w końcu coś chrupnęło i deska ustąpiła. W środku nie było jednak ubrań ani narzędzi. Był tam starannie owinięty w aksamit przedmiot i gruby zeszyt w czarnej oprawie.

Rozwinęłam materiał. Moim oczom ukazał się niezwykły mechanizm. Wyglądał jak bardzo skomplikowany zegarek kieszonkowy, ale miał o wiele więcej wskazówek i tarcz. Był ciężki, wykonany ze złota i srebra, z grawerunkiem, którego nie potrafiłam odczytać Otworzyłam zeszyt. Pierwsza strona była zapisana charakterystycznym, pochyłym pismem dziadka: „Dla Justyny. Żebyś wiedziała, że czas to nie tylko pieniądz. Czas to historia, której nie wolno wymazać”.

Zaczęłam czytać. Okazało się, że dziadek nie był tylko ekscentrycznym zbieraczem. Dziadek pisał o patencie. O mechanizmie precyzyjnego pomiaru gruntów, który zaprojektował jego ojciec, a mój pradziadek, jeszcze przed wojną. Projekt został skradziony, a rodzina została z niczym. Dziadek spędził życie na odtwarzaniu tego urządzenia i zbieraniu dowodów na autorstwo swojego ojca.

Olśniło mnie

Ten dziwny „zegarek” w moich rękach to był prototyp. Ostatni element układanki. Siedziałam na zakurzonej podłodze, a deszcz bębnił o blaszany dach warsztatu. Nagle te sterty śmieci przestały wyglądać jak chaos. Zobaczyłam w nich system. Dziadek nie zostawił mi śmieci. Zostawił mi bombę z opóźnionym zapłonem, wymierzoną w niesprawiedliwość sprzed lat. Następnego dnia przyszedł pan Stanisław. Kiedy pokazałam mu mechanizm i zeszyt, usiadł ciężko na stołku i przetarł oczy.

– Znalazłaś – powiedział cicho. – Antoni bał się, że wyrzucisz to wszystko, zanim dotrzesz do tej szuflady. Dlatego dał ci pół roku.

– Ale co ja mam z tym zrobić? – zapytałam, czując narastający niepokój. – To tylko stary prototyp i jakieś notatki.

– Nie, Justynko – wskazał laską na stertę tub z mapami. – Tam, w tej niebieskiej rurze, są oryginały planów zagospodarowania z 1948 roku. Deweloper, który chce przejąć tereny nad rzeką, twierdzi, że to były nieużytki. Te mapy i ten mechanizm, który służył do ich wytyczania, dowodzą, że to były tereny prywatne, należące do spółdzielni rzemieślniczej, której udziałowcem był twój pradziadek.

Odkryłam prawdę

Zaczęłam rozumieć. Dziadek nie walczył o pieniądze dla siebie. Walczył o odszkodowanie dla rodzin rzemieślników, które zostały wywłaszczone bez grosza. A teraz ta walka spadła na mnie. Mogłam to zignorować. Mogłam spalić te papiery, sprzedać dziwny mechanizm u jubilera jako złom i zapomnieć. Ale patrząc na pismo dziadka, na jego desperackie notatki robione drżącą ręką, poczułam gniew. Taki sam, jaki musiał czuć on. Wtedy zadzwoniła matka.

– Justyna, rozmawiałam z kolegą, on prowadzi skup surowców wtórnych. Może podjechać ciężarówką w sobotę. Zabierze to wszystko za darmo, nie będziesz musiała płacić za wywóz.

– Nie, mamo – odpowiedziałam twardo.

– Słucham? Co ty mówisz? Chcesz trzymać te śmieci?

– To nie są śmieci. To dowody. I nikt niczego nie wywiezie.

Rozłączyłam się, zanim zdążyła zaprotestować. Czułam adrenalinę. Przez lata pracowałam w reklamie, sprzedając ludziom rzeczy, których nie potrzebowali. Teraz miałam w rękach coś prawdziwego.

Kolejne tygodnie były jak kurs przyspieszony z prawa, historii i geodezji. Z pomocą pana Stanisława i młodej prawniczki, którą polecił mi znajomy, przekopywałam się przez „śmieci”. Każdy dokument, który wydawał się bezwartościowy, okazywał się elementem większej całości.

Wszystko zrozumiałam

Największe odkrycie czekało jednak w jednej z tych plastikowych rur PCV, które uważałam za odpady remontowe. Kiedy wyciągnęłam z niej zwinięty rulon, posypał się tynk. W środku, zabezpieczony woskowanym papierem, był akt notarialny. Nie dotyczył jednak domu dziadka. Dotyczył parceli, na której stał warsztat. Okazało się, że warsztat i grunt pod nim nie były częścią posesji z domem. Były odrębną działką, którą dziadek wykupił na własność w latach 90., tuż po transformacji, ale nikomu o tym nie powiedział.

– Dlaczego to ukrywał? – zapytałam prawniczkę.

– Spójrz na plan miejscowy – przesunęła palcem po mapie. – Ta działka to klin wbity w sam środek terenu inwestycyjnego. Bez tego kawałka ziemi deweloper nie może postawić tu swojego osiedla. Nie mogą pociągnąć drogi dojazdowej.

Zrozumiałam. Dziadek był strażnikiem. Zabezpieczył ten kawałek ziemi i wypełnił go dowodami przeciwko tym, którzy chcieli zniszczyć historię. Przekazując dom fundacji, zabezpieczył go przed sprzedażą. A przekazując mi warsztat pełen „śmieci”, dał mi broń atomową w negocjacjach.

To był mój skarb

Deweloperzy musieli się o tym dowiedzieć, bo kilka dni później pod bramą warsztatu pojawił się elegancki samochód. Wysiadł z niego mężczyzna w garniturze droższym niż mój roczny dochód.

– Pani Justyna, jak mniemam? – uśmiechnął się, ale jego oczy były zimne. – Słyszeliśmy o pani kłopotliwym spadku. Chcielibyśmy pomóc. Odkupimy ten bałagan. Grunt pod warsztatem też, oczywiście za godziwą cenę.

– „Bałagan” nie jest na sprzedaż – odpowiedziałam, opierając się o framugę drzwi.

– Proszę nie być pochopną. Oferujemy dwieście tysięcy złotych.

Dwieście tysięcy to było dużo. Mogłabym spłacić część długu, zacząć od nowa. Matka by oszalała ze szczęścia. Spojrzałam na wnętrze warsztatu. Na prototyp urządzenia mojego pradziadka, na stosy papierów, które były świadectwem życia trzech pokoleń.

– Dwieście tysięcy? – zaśmiałam się, choć w środku drżałam. – Sam ten prototyp jest wart więcej dla Muzeum Techniki. A dokumenty, które tu mam… cóż, myślę, że prokuratura będzie nimi bardzo zainteresowana.

Uśmiech zniknął z twarzy mężczyzny.

Miał w tym cel

Prototyp z szuflady okazał się majstersztykiem inżynierii. Po ekspertyzie wyceniono go na kwotę, która zwaliła mnie z nóg. Ale nie sprzedałam go. Przekazałam go w depozyt do muzeum. A co z gruntem pod warsztatem? Deweloper musiał ustąpić. Bez mojej działki ich projekt był niemożliwy do realizacji w pierwotnym kształcie. Musieli przeprojektować całe osiedle, zachowując stary park i historyczne zabudowania, o które walczył dziadek. Za służebność przejazdu przez skrawek mojej działki zapłacili kwotę, która pozwoliła mi spłacić kredyt w całości i jeszcze zostało na generalny remont warsztatu.

Dziś warsztat nie jest już graciarnią. To moja pracownia. Przerobiłam go na biuro projektowe. Zostawiłam stare stoły, mapy oprawiłam w ramy i powiesiłam na ścianach. Zapach smaru i starego drewna wciąż tu jest, ale teraz kojarzy mi się z siłą, a nie z bałaganem.

Siedzę teraz przy tym samym biurku, przy którym dziadek pisał swoje listy. W testamencie napisał, że zostawia mi stertę papierów, bo liczył, że znajdę w nich prawdę. Miał rację. Znalazłam nie tylko prawdę o naszej rodzinie, ale też o sobie. Okazało się, że mam w sobie więcej z upartego dziadka Antoniego, niż kiedykolwiek przypuszczałam. Czasami to, co bierzemy za śmieci, jest po prostu skarbem, którego nie potrafimy jeszcze zrozumieć.

Justyna, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama