Reklama

To miał być wieczór, na który czekałam od tygodni. Dziesiąta rocznica, walentynki, ten rodzaj daty, która w kalendarzu świeci jak neon, przypominając, że udało się nam. Stałam przed lustrem, dopinając zamek czerwonej sukienki, którą Michał uwielbiał, i czułam się… bezpiecznie. To głupie słowo, ale najlepiej oddawało stan mojego ducha. Byłam pewna jego, nas, tego, co budowaliśmy przez dekadę. A potem, jedna wibrująca sekunda, jeden ekran rozświetlający ciemność sypialni, zmienił moje życie w thriller psychologiczny, w którym główną rolę grałam ja – oszukiwana żona, która postanowiła nie krzyczeć. Jeszcze nie teraz.

Wierzyłam, że my jesteśmy inni

Pamiętam zapach w naszym mieszkaniu tamtego popołudnia. Mieszanka mojej lakieru do włosów, drogich perfum – tych ciężkich, korzennych, które trzymałam na specjalne okazje – i lekkiej nuty wilgoci dochodzącej z łazienki, gdzie Michał właśnie kończył brać prysznic. Para wodna wciskała się pod drzwi sypialni, tworząc atmosferę intymności, która, jak się za chwilę miało okazać, była tylko iluzją. To był ten rodzaj wtorku, który udaje weekend. Michał wziął wcześniej wolne, ja zamknęłam laptopa o 15:00. Mieliśmy rezerwację miejscu, gdzie kelnerzy noszą białe rękawiczki, a ceny w menu nie mają waluty, bo zakłada się, że cię stać. Czułam ekscytację. Naprawdę. Po dziesięciu latach małżeństwa ludzie mówią o rutynie, o wypaleniu, o tym, że namiętność zamienia się w przyzwyczajenie. Ale ja wierzyłam, że my jesteśmy inni. Że my wygraliśmy los na loterii.

Michał zawsze był tym "dobrym mężem". Przystojny w ten nienachalny sposób, z lekkim zarostem, który dodawał mu powagi, i oczami, które potrafiły się śmiać, nawet gdy był zmęczony. Od kilku miesięcy dbał o siebie bardziej niż zwykle. Nowa siłownia, dieta pudełkowa, odświeżona garderoba. "Dla ciebie, kochanie, chcę być fit na naszą starość" – mówił, gdy klepałam go po brzuchu. Jakże byłam ślepa. Jakże naiwnie interpretowałam te sygnały jako dowód miłości, a nie przygotowania do godowego tańca. Jego telefon leżał na szafce nocnej, podłączony do ładowarki. Czarny, lśniący monolit, w którym zapisane były przyczyny katastrofy.

Słowa, które kiedyś były zarezerwowane dla mnie

Nie mam w zwyczaju grzebać w telefonie męża. Uważałam to za poniżające, za domenę niepewnych siebie nastolatek, a nie dojrzałych kobiet z sukcesami. Ufałam mu. Ufałam mu tak bardzo, że znałam jego kod odblokowania tylko dlatego, że kiedyś prosił mnie o odpisanie na maila, gdy prowadził samochód. Zadzwoniła moja mama. Chciałam wyciszyć urządzenie, bo Michał nienawidził, gdy teściowa dzwoniła w "nasze" wieczory. Sięgnęłam ręką w stronę szafki. Ekran rozświetlił się sam, zanim go dotknęłam. Nowa wiadomość na komunikatorze.

Nie od mamy. Na ekranie widniało imię: "Paulina". "Nie mogę się doczekać, aż jutro w biurze powiesz mi, jak bardzo tęskniłeś. Dzisiejsza noc beze mnie będzie dla ciebie karą, prawda? Kocham Twój dotyk." Zastygłam. Moja ręka zawisła w powietrzu. Mózg próbował to zracjonalizować. Może to żart? Może pomyłka? Może ktoś robi sobie z niego żarty? Ale w głębi żołądka poczułam ten charakterystyczny, lodowaty ucisk. Intuicja kobiety to narzędzie, które zbyt często ignorujemy. Ja przestałam ją ignorować w tamtej ułamku sekundy.

Drżącymi palcami wpisałam kod. Jakie to banalne. Otworzyłam konwersację. Miała w historii setki wiadomości. Zdjęcia. Głosówki. Skojarzyłam ją. To była nowa pracownica, o której Michał wspominał mimochodem pół roku temu. "Ambitna, bystra dziewczyna, pomaga mi z raportami". Przewijałam ekran w górę, czując, jak żółć podchodzi mi do gardła. Było tam wszystko. Aluzje. Planowanie potajemnych spotkań w trakcie jego "delegacji". Zdjęcia. Niektóre zrobione w naszym samochodzie. I to najgorsze – czułość. Słowa, które kiedyś były zarezerwowane dla mnie. "Jesteś moim oddechem", "Z nią to tylko przyzwyczajenie, z tobą to życie". To zdanie nie chciało wyjść mi z głowy. Byłam "nią". Byłam przyzwyczajeniem. Byłam meblem, który jest wygodny, ale już nie ekscytuje.

Chciałam zobaczyć ten teatr do końca

Mogłam od razu zareagować. Mogłam zrobić awanturę, rozbić telefon o podłogę. Moje ciało krzyczało, a serce waliło mi tak mocno, że nie słyszałam nic innego. Ale wtedy spojrzałam w lustro. Zobaczyłam kobietę w czerwonej sukience, perfekcyjnie umalowaną, z diamentowymi kolczykami. Kobietę z klasą. Ewę, która zarządza piętnastoosobowym zespołem w korporacji. Ewę, która nigdy nie traci opanowania. Dlaczego miałabym mu ułatwiać sprawę? Jeśli teraz wybuchnę, on zacznie się bronić, kłamać, bagatelizować. Może powie, że to tylko flirt, że nic się nie stało. Nie. Musiałam zobaczyć, jak daleko się posunie. Chciałam zobaczyć, jak patrzy mi w oczy, wiedząc, co zrobił. Chciałam zobaczyć ten teatr do końca, żeby mieć pewność, że nie ma już czego ratować.

Odłożyłam telefon dokładnie w to samo miejsce, pod tym samym kątem. Wzięłam głęboki wdech. Wytarłam jedną, samotną łzę, która spłynęła po policzku, niszcząc minimalnie podkład. Poprawiłam makijaż. Drzwi łazienki otworzyły się. Michał stanął w drzwiach, pachnący żelem pod prysznic. Uśmiechnął się do mnie – ten swój szeroki, chłopięcy uśmiech.

– Wow – gwizdnął cicho. – Wyglądasz obłędnie, Ewuniu. Najpiękniejsza kobieta na świecie.

Poczułam niesmak. Jak on mógł? Jak można być tak dwulicowym, by w jednej chwili pisać do kochanki chwilę wcześniej pisać do kochanki, a w drugiej komplementować żonę?

– Dziękuję – powiedziałam. Mój głos brzmiał o dziwo normalnie. – Ty też niczego sobie. Gotowy na nasz wieczór?

– Zawsze gotowy dla ciebie – szepnął mi do ucha i pocałował.

Musiałam użyć całej swojej siły woli, żeby się nie wzdrygnąć i nie odepchnąć go.

– Chodźmy – powiedziałam, delikatnie się wywijając. – Taksówka czeka.

W mojej głowie trwał chaos

Droga do restauracji była torturą. Michał był w doskonałym humorze. Opowiadał o jakimś nowym projekcie, o tym, że szef go pochwalił, o planach na wakacje.

– Myślałem o Włoszech w tym roku. Toskania? Co ty na to? Tylko my, słońce...

Patrzyłam na profil jego twarzy w świetle mijanych latarni. Toskania. Zawsze chcieliśmy tam pojechać. Czy planował to ze mną, czy może to była kolejna fasada? A może chciał zabrać tam Paulinę, tylko pomylił okienka czatu w swojej głowie? W mojej głowie trwał chaos. Analizowałam ostatnie pół roku. Każde jego spóźnienie. "Korki na mieście". "Przedłużające się spotkanie". Każdy wyjazd integracyjny. Byłam głupia. Byłam tak głupia i ufna. Wszystkie te znaki były tam, widoczne jak na dłoni, a ja wybierałam ich nie widzieć, bo tak było wygodniej. Bo zburzenie tego obrazka idealnego życia wymagało odwagi, której – jak sądziłam – nie miałam.

– Ewa? Słuchasz mnie? – Michał położył dłoń na moim kolanie.

– Tak, przepraszam. Zamyśliłam się o pracy – skłamałam gładko. Kłamstwo przyszło mi łatwiej, niż sądziłam.

– Dzisiaj nie ma pracy. Dzisiaj jesteśmy tylko my.

Tylko my i Paulina z marketingu, pomyślałam z goryczą. Weszliśmy do restauracji. Kelner zaprowadził nas do stolika w rogu, odseparowanego od reszty sali wielkimi donicami z egzotycznymi roślinami. Intymnie. Romantycznie. Idealne miejsce na oświadczyny albo definitywny koniec. W tamtej chwili obie opcje wydawały mi się równie prawdopodobne.

Szczerość to podstawa

Michał wzniósł toast.

– Za nas – popatrzył mi głęboko w oczy. – Za dziesięć lat. I za kolejne pięćdziesiąt.

Upiłam łyk.

– Za szczerość – powiedziałam, patrząc na niego badawczo.

Drgnął? Czy mi się wydawało? Przez ułamek sekundy w jego oczach mignął cień niepokoju, ale zaraz zniknął przykryty maską pewności siebie.

– Oczywiście. Szczerość to podstawa. Dlatego tak dobrze nam idzie, kochanie. Bo nie mamy przed sobą tajemnic.

Miałam ochotę wybuchnąć śmiechem. Histerycznym, szalonym śmiechem. Nie mamy tajemnic. Mój mąż romansował z dziewczyną, wypisywał do niej po nocach, a teraz siedział naprzeciwko mnie i prawił o fundamentach związku. Jadłam, nie czując smaku. Michał mówił i mówił. O tym, jak bardzo docenia to, co robię dla domu. O tym, że jestem jego opoką. Każde jego słowo było jak policzek. Zrozumiałam wtedy coś przerażającego: on w to wierzył. Wierzył, że może mieć obie rzeczy. Żonę-opokę, reprezentacyjną partnerkę do życia, i Paulinę-zabawkę, odskocznię od codzienności. W jego pokrętnej logice to się nie wykluczało. To był ten sam rodzaj egoizmu, który pozwalał mu zjeść ciastko i mieć ciastko. Zauważyłam, że nerwowo zerka na telefon leżący na stole, ekranem do dołu.

– Czekasz na coś? – zapytałam niewinnie.

– Nie, skąd. Po prostu sprawdzam godzinę. Nie chcę, żeby ten wieczór się skończył.

Kłamca. Czekał na wiadomość od niej. Pewnie wysłała mu kolejne zdjęcie, na które nie mógł teraz odpowiedzieć.

Jesteś dla mnie najważniejsza

Nagle Michał sięgnął do kieszeni marynarki. Jego twarz przybrała wyraz uroczystego wzruszenia. Wyjął małe, aksamitne pudełeczko. Wiedziałam, co to jest. Widziałam wyciągi z karty kredytowej. Jubiler. Dwa tygodnie temu. Myślałam wtedy, że to urocze. Że planuje niespodziankę. Teraz patrzyłam na to pudełko z politowaniem.

– Ewa... – zaczął, a jego głos zadrżał. – Wiem, że ostatnio dużo pracowałem. Że bywałem nieobecny. Ale chcę, żebyś wiedziała, że jesteś dla mnie najważniejsza. To drobiazg, który ma ci o tym przypominać.

Otworzył pudełko. W środku lśniła bransoletka. Białe złoto, diamenty. Delikatna, gustowna, bardzo drogą. Wyciągnęłam rękę, pozwalając mu ją zapiąć na moim nadgarstku.

– Jest piękna – powiedziałam cicho.

– Jak ty – odpowiedział z automatu.

Patrzyłam na bransoletkę. Kosztowała pewnie z dziesięć tysięcy. Tyle warta była jego wina? Tyle kosztowało czyste sumienie? To nie był prezent. To była łapówka. To był sposób na uciszenie tego cichego głosu w jego głowie, który mówił mu, że jest draniem. "Kupię jej coś drogiego, to zrównoważy zdradę". Męska logika w najgorszym wydaniu.

– Dziękuję, Michał. Naprawdę.

Czułam, jak w środku pęka ostatnia tama. To był ten moment. Otrzymałam dar. Rytuał walentynek został dopełniony. Scenariusz został zrealizowany. Teraz mogłam go przepisać.

To nic nie znaczyło

Odłożyłam widelec. Wytarłam usta serwetką. Spojrzałam prosto w jego oczy. Były spokojne, zadowolone. Myślał, że mu się udało. Że kupił sobie spokój na kolejne miesiące.

– Michał – zaczęłam powoli, ważąc każde słowo. – Zastanawiam się nad jedną rzeczą.

– Tak, kochanie? Nad czym? Może domówimy deser? Mają świetne tiramisu.

– Zastanawiam się... czy Paulina woli białe złoto, czy żółte?

Czas się zatrzymał. Dosłownie. Widziałam, jak jego uśmiech zamiera w połowie drogi, przekształcając się w grymas niezrozumienia.

– Co...? Jaka Paulina? O czym ty mówisz? – wydukał, a jego głos skoczył o oktawę wyżej. Panika. Czysta, nieskalana panika.

Nie podniosłam głosu. Byłam spokojna jak tafla jeziora zimą.

– Paulina. Ta z marketingu. Ta, która tęskni za twoim dotykiem i uważa, że noc ze mną jest dla ciebie karą.

Michał otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Jego ręce zaczęły drżeć.

– Ewa, to nie tak... to nieporozumienie... ktoś mi się włamał na telefon... – zaczął bełkotać nonsensy.

– Przestań – przecięłam jego żałosne tłumaczenia ostrym tonem. – Widziałam wiadomości. Widziałam zdjęcia, Michał. Te z naszego samochodu. Te z hotelu w Krakowie, gdzie rzekomo byłeś na konferencji. Nie obrażaj mojej inteligencji. Nie po dziesięciu latach.

Opuścił głowę. Zrozumiał, że nie ma ucieczki.

– To... to nic nie znaczyło – wyszeptał. Klasyk.

– Nic nie znaczyło? – zaśmiałam się, ale w tym śmiechu nie było radości. – Przez pół roku sypiasz z inną kobietą, piszesz jej, że jesteś ze mną z przyzwyczajenia, a teraz dajesz mi bransoletkę za miesięczną pensję i mówisz, że to nic nie znaczyło?

Nachyliłam się nad stołem.

– Jesteś żałosny, Michał. Nie dlatego, że zdradziłeś. Ludzie robią błędy. Jesteś żałosny, bo myślałeś, że możesz mnie kupić. Że jestem tak głupia, by nie zauważyć, że twój dotyk się zmienił, że twoje myśli są gdzie indziej. I wiesz co jest najgorsze? Że zepsułeś mi wspomnienia. Każde dobre wspomnienie z ostatnich miesięcy jest teraz zbrukane kłamstwem.

– Ewa, proszę... nie tutaj... ludzie patrzą – rozejrzał się nerwowo. Bardziej martwił się o swój wizerunek niż o to, że jego małżeństwo właśnie umierało na jego oczach.

Wstałam powoli. Krzesło zaszurało o parkiet. Kilka głów przy sąsiednich stolikach odwróciło się w naszą stronę.

– Niech patrzą – powiedziałam głośno i wyraźnie. – Niech zobaczą, jak wygląda mężczyzna, który nie potrafi docenić tego, co ma, dopóki tego nie straci.

Zaczęłam odpinać bransoletkę. Diamenty błysnęły w świetle żyrandola. Rzuciłam ją na stół. Uderzyła o niego brzękiem.

– Weź to. Może Paulinie się spodoba. Chociaż wątpię, ona woli chyba bardziej... bezpośrednie dowody uczuć.

– Ewa, gdzie ty idziesz? Porozmawiajmy w domu! – Michał próbował wstać, chwycić mnie za rękę.

Cofnęłam się gwałtownie.

– Nie dotykaj mnie. I nie wracaj dzisiaj do domu.

Nie musiałam już udawać

Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam do wyjścia. Czułam na plecach wzrok wszystkich gości. Słyszałam szepty. Ale po raz pierwszy od kilku godzin czułam też coś innego. Ulgę, oczyszczającą ulgę. Balon pękł. Prawda wyszła na jaw. Nie musiałam już udawać. Nie musiałam się zastanawiać, czy jestem wystarczająco dobra. Byłam wystarczająco dobra. To on nie dorósł. Wyszłam na chłodne, lutowe powietrze. Złapałam taksówkę, która akurat podjechała pod wejście.

– Dokąd, paniusiu? – zapytał kierowca, starszy pan z wąsem.

– Do domu – powiedziałam, opierając głowę o szybę. – Do nowego, pustego, cudownego domu.

Kiedy taksówka ruszała, spojrzałam przez szybę do wnętrza restauracji. Widziałam Michała siedzącego przy stoliku z twarzą ukrytą w dłoniach. Kelner stał nad nim z rachunkiem. Wyjęłam telefon. Weszłam w galerię, gdzie miałam nasze wspólne zdjęcie na tapecie. Zmieniłam je na standardowe tło. Potem weszłam w kontakty. Zablokowałam jego numer. To nie był koniec mojej historii. To był dopiero początek. Czekała mnie sprawa rozwodowa, podział majątku, płacz w poduszkę i zapewne wiele wieczorów z winem i przyjaciółkami.

Ale wiedziałam jedno – w te walentynki dałam sobie najlepszy prezent. Odzyskałam szacunek do samej siebie. A Michał? Michał został z diamentami i Pauliną. W końcu zrozumie, że stracił nie tylko żonę, ale i życie, które tak wygodnie na moich plecach zbudował. Ja kupiłam sobie nową sukienkę. Zieloną. Bo czerwień już zawsze będzie mi się kojarzyć z kłamstwem. Zielony to kolor nadziei. I wreszcie czułam, że mam do niej prawo.

Ewa, 33 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama