Reklama

Nie jesteśmy biedni. Tak przynajmniej lubię o sobie myśleć. Mamy z Markiem trzypokojowe mieszkanie w bloku, samochód z drugiej ręki, a w lodówce nigdy nie brakuje mleka czy jajek. Ale wystarczy, że przyjdzie jedna większa potrzeba — i robi się gorąco. Tak było, gdy Julka powiedziała, że ma już termin studniówki.

Julka to nasza córka. Jedynaczka. Piękna, mądra, uparcie dążąca do celu, ale... czasem oderwana od rzeczywistości. Jakby Instagram był ważniejszy niż realne życie. A może to ja jestem oderwana? Pracuję w osiedlowym spożywczaku, od lat za tą samą kasą, z tym samym bólem nóg po ośmiu godzinach. Marek robi, co może — drobne naprawy, montaż półek, prace remontowe — ale to nie są kokosy. Rachunki przychodzą bez litości. Pralka się psuje wtedy, kiedy najbardziej nie powinna. I jeszcze ta inflacja.

Córka czekała na studniówkę

Ale kiedy Julka zapytała:

– Mamo, pomożesz mi wybrać sukienkę? Chciałabym, żeby była wyjątkowa... nie potrafiłam powiedzieć nie. Jej oczy błyszczały tak jak wtedy, kiedy miała sześć lat i znalazła pod choinką lalkę, o której marzyła cały rok.

Nie mieliśmy oszczędności. Żadnych. Studniówka stawała się przedsięwzięciem porównywalnym z weselem. Sukienka — 800 zł. Fryzjer — 250. Makijaż — 200. Paznokcie, buty, fotograf, DJ, składka na salę, transport, bukiet dla nauczycielki... I wciąż dochodziły nowe wydatki.

Marek próbował studzić emocje:

– Może nie musi mieć aż tak drogiej sukni? Może pożyczy od kogoś?

– Przestań — rzuciłam tylko. – To jej jedyna studniówka.

I wzięliśmy chwilówkę. Pierwszą w życiu. Taką, że „tylko 200 zł miesięcznie”. Na początku wszystko wydawało się do ogarnięcia. Przecież zaraz nowy miesiąc, nowa wypłata, jakoś to będzie. Ale dni, a potem tygodnie mijały szybciej niż myślałam.

Zrobiło się trudno

– Ewa, co to jest? – Marek wszedł do kuchni, trzymając w ręce biały papier. – Wezwanie z administracji. Mamy tydzień na zapłatę, albo naliczają odsetki.

Stałam przy zlewie, myłam kubki po porannej kawie. Nie odwróciłam się, tylko przygryzłam wargę. Wiedziałam, że to przyjdzie. Liczyłam na cud, że może przeoczą, że może uda się jeszcze jakoś przesunąć ten termin. Ale list przyszedł.

– I co teraz? – Marek położył kartkę na stole. – Gdzie są te wszystkie pieniądze?

– Poszły na Julkę. No przecież wiesz – odpowiedziałam ostrożnie, czując, że zaraz wybuchnie.

– Wiedzieć to jedno, a uświadomić sobie, że nie mamy z czego zapłacić za mieszkanie, to drugie! Ewa, czy ty w ogóle pomyślałaś, na co się piszemy?

– A ty co? Myślisz, że to była tylko moja decyzja?

Zamilkł na chwilę. Zawsze był raczej spokojny, ale teraz widziałam, jak zaciska szczękę i odwraca wzrok. Wiedziałam, że wewnątrz aż go nosi.

– Mogliśmy powiedzieć: “Julka, kochanie, studniówka to nie bal u królowej. Skromniej też będzie pięknie.” Ale nie. Musiała mieć wszystko. I to teraz nasze “wszystko” kosztuje nas zaległy czynsz!

Nie odpowiedziałam. Usiadłam i patrzyłam w blat stołu. Czułam, jak ogarnia mnie gorąco. Nie tylko z nerwów. Z żalu. Z wstydu. Z tego, że on miał rację, a ja po raz pierwszy nie umiałam się obronić.

Nie wiem, jak to teraz ogarniemy – dodał cicho, jakby cała złość z niego uleciała.

– Ja też nie wiem – szepnęłam.

A w głowie kołatało jedno pytanie, którego bałam się wypowiedzieć na głos: czy to naprawdę było tego warte?

Córka nie rozumiała sytuacji

– Julka, możemy porozmawiać? – zapytałam ostrożnie, stając w drzwiach jej pokoju.

– Coś się stało? – spojrzała znad telefonu z lekkim niepokojem, ale i niechęcią. Ostatnio rozmowy „na poważnie” kojarzyły jej się tylko z kazaniami.

Usiadłam na brzegu łóżka i chwilę milczałam. Szukałam słów, które nie zranią, ale też nie będą kolejnym udawaniem, że wszystko gra.

– Wiesz, bardzo się cieszyłam, że tak pięknie wyglądałaś na studniówce. Naprawdę. Ale... chyba trochę nas to przerosło.

– W sensie? – uniosła brwi, znów odkładając telefon. – Przecież sama mówiłaś, że to wyjątkowy dzień. Że wszystko mi się należy.

– Mówiłam – przytaknęłam cicho. – Ale, Julka... my nie mamy z czego zapłacić rachunków. Dosłownie. Poszła na to cała wypłata, jeszcze chwilówka... A teraz nie wiemy, co dalej.

Na chwilę w jej oczach pojawiło się coś, co mogłoby być zrozumieniem. Ale zaraz zgasło.

– To czemu się na to zgadzaliście? Trzeba było powiedzieć, że nie dacie rady! – wybuchła, zrywając się z łóżka. – Wszyscy inne dziewczyny miały piękne sukienki, paznokcie, fryzury! Miałam przyjść jak szara mysz?

– Nikt nie mówi, że miałaś... – zaczęłam, ale przerwała mi z goryczą:

– U was wszystko zawsze trzeba sobie wyprosić. Inni rodzice po prostu dają. A wy? Najpierw robicie z siebie bohaterów, a potem wypominacie każdą złotówkę!

– Julka...

– Nie chcę już o tym gadać – rzuciła, wychodząc z pokoju. – I niech tata się nie drze, bo słyszałam wszystko.

Drzwi trzasnęły. Zostałam sama, z rękami na kolanach i dziwną pustką w głowie. Ona naprawdę nie rozumiała. Albo nie chciała.

Mąż mnie obgadywał

Nie chciałam podsłuchiwać. Po prostu wracałam z pracy wcześniej, bo szefowa dała mi wolne popołudnie. Na klatce usłyszałam znajomy głos Marka. Zatrzymałam się przy skrzynkach. I wtedy padły te słowa.

– Ewa dała się zrobić w balona przez własne dziecko – powiedział do sąsiada, do tego, co ma psa z kulawą łapą.

Zamarłam. Przez chwilę myślałam, że może się przesłyszałam, ale potem on dodał:

– Ja rozumiem, że to córka, że matce serce mięknie. Ale żeby do tego stopnia? Żeby nie mieć za co rachunków zapłacić, bo panna musiała mieć makijaż za dwie stówy?

Sąsiad parsknął śmiechem, jakby to była anegdota, nie nasze życie. A ja poczułam, że wszystko we mnie zastyga. Po cichu cofnęłam się. Gdy wróciłam za jakiś czas do mieszkania, Marek siedział w kuchni, pił herbatę. Zatrzymałam się w drzwiach i patrzyłam na niego chwilę w milczeniu.

– Miałeś rację – powiedziałam beznamiętnie. – Ale nie musiałeś opowiadać o tym sąsiadom.

Zadrżał lekko, jakby się nie spodziewał, że już jestem w domu. Odstawił kubek.

– Ewa...

– Nie – przerwałam. – Nie mów. Wystarczy. I tak już wiem, co myślisz.

– To nie tak – zaczął, ale ja już byłam rozpędzona.

Może rzeczywiście byłam głupia. Może się dałam omotać. Ale ty też byłeś przy tym. Nie protestowałeś, jak brałam chwilówkę. Nie powiedziałeś: „stop”. A teraz rozkładasz ręce, jakbyś był jedynym rozsądnym człowiekiem w tym domu!

– Bo próbowałem, ale ty... – jego głos się załamał.

– Ale ja co?! Że kocham naszą córkę za bardzo? Że chciałam jej dać jeden wieczór, którego nie zapomni? A może że przez chwilę chciałam się poczuć jak dobra matka?

Zapadła cisza. Marek opuścił wzrok. I tylko zegar w kuchni tykał bezlitośnie, odmierzając czas, którego już nie cofniemy.

Czułam się rozdarta

Na dnie szafy, pod ręcznikami, leżała jeszcze ta sukienka. Zwiewna, jasnoróżowa, z połyskującą nitką. Kiedy przyniosłyśmy ją z Julką do domu, śmiałyśmy się jak dzieci. Stała przed lustrem i obracała się, a ja… patrzyłam na nią z zachwytem. Jakby to był ślub, nie studniówka. Jakby to była moja własna młodość, tylko w jej wersji — piękniejsza, pewniejsza siebie.

Wtedy byłam dumna. Dziś miałam ochotę wyrzucić tę suknię przez okno.

Usiadłam na podłodze w sypialni i wzięłam ją do ręki. Materiał był delikatny, zimny od nocy, pachniał jeszcze jej perfumami. Wtedy coś mnie ścisnęło w środku. Bo może to ja byłam naiwna. Może to nie Julka mnie wmanewrowała, tylko ja sama dałam się ponieść jakiejś iluzji.

Wyciągnęłam telefon i zadzwoniłam do Beaty, przyjaciółki jeszcze z liceum.

– Ewa? Co się dzieje? – zapytała, słysząc mój głos.

– Muszę z kimś pogadać. Inaczej zwariuję – powiedziałam i nie powstrzymałam łez. – Zrobiliśmy wszystko dla tej studniówki. A teraz nie mamy za co żyć. Julka obrażona, Marek rozczarowany, a ja... ja nie wiem, po co to wszystko było.

– Przytuliłabym cię teraz, naprawdę – odpowiedziała cicho. – Ale wiesz co? To nie jest tylko twoja wina. Po prostu chciałaś dobrze. Czasem my, matki, chcemy tak bardzo, że aż się gubimy.

– Tylko że w tym wszystkim nikt już nie chce mnie słuchać. Julka rzuca mi w twarz, że inni rodzice dają wszystko bez pytania. A Marek mówi o mnie na klatce, jakbym była lekkomyślna jak dziecko...

– Bo on też się boi, Ewa. Każdy boi się na swój sposób. Nie masz się co katować. Wzięliście na siebie za dużo. Ale to nie znaczy, że jesteś złą matką.

To trudny czas

Minęły trzy dni. W domu panowała cisza, której nie dało się już zagłuszyć radiem ani stukotem naczyń. Julka wychodziła rano do szkoły, nie patrząc mi w oczy. Marek wracał później niż zwykle. A ja żyłam między kuchnią a sypialnią, starając się nie robić za dużo hałasu, jakby od tego zależało, czy coś jeszcze się między nami uratuje.

Tego wieczoru, kiedy usiadłam przy stole z herbatą, Julka przyszła do kuchni. Bez telefonu, bez słuchawek, bez tego swojego „zaraz”. Usiadła naprzeciwko mnie.

– Mamo – zaczęła, nie patrząc mi w oczy. – Wiem, że coś jest nie tak. Nie mówisz, ale czuję. Wszyscy coś czują.

Spojrzałam na nią, zaskoczona. Jej głos był inny — miękki, jakby trochę mniej pewny.

– Bo jest nie tak, Julka – powiedziałam spokojnie. – Nie chodzi o to, że miałaś sukienkę, makijaż, zdjęcia. Chodzi o to, że... my się pogubiliśmy. Wydaliśmy pieniądze, których nie mieliśmy. I teraz próbujemy łatać dziury, ale one są większe, niż myśleliśmy.

– Czemu mi nie powiedzieliście wcześniej?

– Bo nie chcieliśmy ci zabierać tego wieczoru. Chcieliśmy, żebyś zapamiętała go jako coś pięknego, nie jako wyrzuty sumienia.

Milczała chwilę. Potem wzięła łyk herbaty i westchnęła.

– Myślałam, że wszyscy tak mają. Że to normalne, że rodzice się starają. I że jak się chce coś wyjątkowego, to po prostu się to dostaje.

– To nie twoja wina – szepnęłam. – Ale… nie wszystko przychodzi łatwo. I nie zawsze można mieć wszystko. Nawet jeśli się bardzo chce.

Spojrzała na mnie. W jej oczach nie było już buntu, ale i nie było jeszcze zrozumienia. Coś między. Coś, co może z czasem się ułoży.

– Przepraszam, mamo – powiedziała cicho. – Nie wiedziałam, że aż tak.

Skinęłam głową. Nie miałam siły ani ochoty moralizować. To nie był dzień na wielkie przemowy. Ale może był to pierwszy krok. Nie do pełnego pojednania — jeszcze nie — ale do tego, żeby znów zacząć ze sobą rozmawiać.

Ewa, 45 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama