Reklama

Trzydziestka – niby tylko liczba, ale dla mnie brzmiała jak termin końcowy. Jakby ktoś postawił przede mną zegar z wielkimi cyframi i co chwilę przypominał: „czas mija, Ewa, zdecyduj się – będziesz tak żyć dalej, czy zawalczysz o coś więcej?”. A ja... ja już byłam zmęczona tym czekaniem. Trzy lata związku z Pawłem. Wspólne mieszkanie, wspólne zakupy, wspólne śniadania. Nawet kot był wspólny. Wszystko wspólne, oprócz planów na przyszłość. On je miał – swoje. Ja swoje. Tylko że o moich nie chciał rozmawiać.

Wyjazd do Egiptu miał być przełomem. On go zaproponował w grudniu – „przyda nam się słońce” – powiedział. Uznałam to za znak. Paweł nie był spontaniczny. Jeśli sam z siebie zaproponował wyjazd, może naprawdę coś planuje. Może to właśnie tam się oświadczy. A ja wreszcie poczuję, że to wszystko miało sens.

Zadzwoniłam do Magdy wieczorem, dzień przed wylotem.

Jeśli się nie oświadczy, to koniec. Serio. Trzy lata. Ile można czekać?

– Ewa… jesteś pewna? – zapytała ostrożnie.

– Tak. Mam dość życia w zawieszeniu. Jeśli on nie chce, to ja już nie będę prosić.

Potem wyciszyłam telefon i spojrzałam na walizkę. Może to właśnie będzie podróż mojego życia.

Czekałam na tę jedną chwilę

Hotel był piękny, luksusowy, jak z katalogu. Widok na basen, palmy, biały piasek i turkusowa woda. Idealne miejsce na miłość, na decyzje, na początek czegoś nowego. A jednak ja od pierwszego dnia czułam, że noszę pod skórą napięcie, którego nie potrafię z siebie zrzucić.

Paweł był wyluzowany. Założył okulary przeciwsłoneczne, rzucił się na leżak i od razu zamówił drinka z palemką. Śmiał się w głos, opowiadał żarty, robił selfie na tle palm. Czasem mnie obejmował, całował w czoło. Był sobą. A ja… no właśnie. Każda jego miła uwaga wydawała mi się zapowiedzią. Każda romantyczna chwila – potencjalnym momentem na „to pytanie”. Ale ono nie padło. Mijały kolejne dni, a pierścionka nie było.

Na trzeciego dnia na wieczór zarezerwowaliśmy kolację przy plaży. Świece, wino, lekki wiatr od morza. „To musi być teraz” – pomyślałam, kiedy kelner postawił przed nami owoce morza na dużej, wspólnej paterze.

– Pięknie tu, prawda? Trochę jak z bajki – powiedziałam, patrząc na niego z nadzieją.

– No, idealnie żeby odpocząć… Wiesz, mogę tu kiedyś wrócić – rzucił beztrosko i wsunął sobie krewetkę do ust.

Zamarłam. Mogę wrócić? Sam? Czyli... bez mnie? Uśmiechnęłam się sztucznie, ale w środku coś zaczęło mi się kruszyć. Wracaliśmy w milczeniu. On niczego nie zauważył. A ja pomyślałam: „Może ten pierścionek nigdy nie istniał. Może on po prostu nie chce mnie tak naprawdę”.

Już nie miałam wątpliwości

To był przedostatni dzień. Zamiast iść razem na wycieczkę na targ, stwierdziłam, że wolę zostać – „trochę źle się czuję”, skłamałam. Paweł poszedł sam. Miał wrócić po południu. Ja wzięłam prysznic, przebrałam się w kostium i zeszłam na basen, żeby zająć leżak, poczytać.

Zatrzymałam się na schodkach przy barze i zobaczyłam go, zanim on zauważył mnie. Paweł już wrócił, ale nie poszedł do pokoju. Siedział przy basenie z jakąś kobietą. Blondynka, może kilka lat młodsza ode mnie. Śmiali się, pili drinki. Miała okulary przeciwsłoneczne, opalone nogi, turkusową sukienkę. Pochyliła się do niego, coś mu powiedziała, a on się zaśmiał i… dotknął jej ramienia. Tak naturalnie. Tak swobodnie. Jakby byli starymi znajomymi albo czymś więcej.

Poczułam zimno na skórze mimo słońca. Stałam tam jak idiotka z książką w ręku, w tych samych okularach, które noszę od dwóch lat, z nadzieją, że jeszcze coś z tego będzie. Nie zrobiłam sceny. Nie podeszłam. Po prostu odwróciłam się i wróciłam do pokoju. Po drodze minęłam jakieś pary, rodziny z dziećmi. Z zazdrością patrzyłam na ich beztroskę. Zamknęłam drzwi, usiadłam na łóżku i patrzyłam w pustkę. W głowie huczało tylko jedno: „To z nią chcesz wracać? Dlaczego mnie zabrałeś? Po co ta gra?”. Nie miałam dowodu zdrady. Może to była tylko rozmowa, ale coś we mnie zgasło. Już wiedziałam, że ten wyjazd nas nie uratuje. On go tylko nas dobił.

Poczekałam do powrotu

Podróż do Polski była cicha. Aż nienaturalnie. Paweł coś tam mruczał pod nosem o pogodzie, o tym, że trzeba będzie znowu wpaść do Egiptu „na wiosnę, zanim zrobi się tłoczno”. Kiwałam głową, ale nie słuchałam. Każde jego słowo odbijało się ode mnie jak od ściany. Miałam już wszystko poukładane. Dojrzałam w samolocie. Czułam, że mam siłę. Nie na rozmowę. Na działanie.

Z lotniska do mieszkania pojechaliśmy jedną taksówką, ale każde z nas w milczeniu gapiło się w inne okno. Gdy weszliśmy do środka i chwilę odpoczęłam, pierwsze, co zrobiłam, to sięgnęłam po walizkę, którą zostawiłam w korytarzu.

– Wiesz, co jest najlepsze? – zapytałam, nie patrząc na niego.

– Co? – Paweł zdjął kurtkę, zdezorientowany.

– Że już mam spakowaną walizkę i nie muszę tego robić od nowa – odpowiedziałam spokojnie.

– Żartujesz sobie? O co ci chodzi? – podniósł brwi, podchodząc do mnie.

– Myślałam, że ten wyjazd coś między nami zmieni na lepsze. Ale nie ma pierścionka, za to była tamta blondynka przy basenie. Mnie już wystarczy. Nie chcę cię znać.

– Ewa, to nie tak. Przysięgam, że…

– Nie chcę wiedzieć, jak jest. Nie musisz się tłumaczyć – przerwałam mu. – Możesz zostać albo nie. Ja wychodzę. A ty lepiej zastanów się, dlaczego ktoś, kto cię kochał przez trzy lata, odchodzi bez łez.

Nie patrzyłam wstecz. Nie dlatego, że nie bolało. To bolało aż do kości. Ale ten chłód we mnie to nie była obojętność. To była nowa siła.

Miałam tego dość

Nocowałam u mojej siostry. Miała małe mieszkanie z kuchnią otwartą na salon, sofę z narzutą w kwiaty i pachnące ręczniki. Wszystko było inne niż u mnie. Wszystko bolało. Jej dom był pełen życia. A moje mieszkanie – już nie. Zostawiłam tam wszystko – kubki, zdjęcia, kota. Nawet moją ulubioną bluzę.

W nocy długo nie mogłam zasnąć. Leżałam w ciemności i słuchałam oddechów siostry z pokoju obok. A potem... zaczęłam płakać. Cicho, do poduszki. Nie dlatego, że za nim tęskniłam. Tylko dlatego, że znów musiałam zacząć wszystko od zera. Nie chciałam być kobietą, która całe życie na coś czeka. A byłam nią przez trzy lata.

Rano zjadłam śniadanie z siostrą. Milczenie wisiało w powietrzu jak gruby koc.

– Może powinniście jeszcze porozmawiać? – zapytała ostrożnie, kiedy wzięłam do ręki kubek z herbatą.

– Nie. Ja już rozmawiałam z nim przez trzy lata. Teraz czas, żeby posłuchał mojego milczenia – odpowiedziałam spokojnie.

Nie chciałam, żeby ktoś mnie pocieszał. Nie potrzebowałam słów, tylko spokoju. Usiadłam potem na balkonie i przez godzinę gapiłam się w ludzi na ulicy. Każdy gdzieś szedł. Coś załatwiał. A ja zaczynałam budować obraz przyszłości. Inny. Bez niego.

To spotkanie to był znak

Trzy dni później wyszłam z domu siostry bez konkretnego celu. Chciałam po prostu iść. Zobaczyć ludzi, ulicę, sklepy, wszystko, co przez ostatnie miesiące mijaliśmy razem, jakby było tylko tłem. Teraz patrzyłam inaczej. Wolniej. Uważniej.

Szłam przed siebie, aż znalazłam się pod starym jubilerem przy placu. Tym samym, w którego witrynie nie raz zatrzymywałam wzrok. Obrączki. Pierścionki. Wszystko błyszczało jak nadzieja. Westchnęłam i odwróciłam się, gotowa ruszyć dalej. Ale wtedy usłyszałam znajomy głos:

– Ewa?

Odwróciłam się. Przede mną stała Marta, znajoma z liceum. Zawsze śliczna, wygadana, taka, którą zapamiętujesz. Nie widziałyśmy się od lat. Uściskałyśmy się na środku chodnika.

– Co u ciebie? – zapytała.

Zakończyłam właśnie trzyletnią wycieczkę donikąd – powiedziałam z wymuszonym uśmiechem. – Czas wrócić do siebie.

Marta spojrzała na mnie przez chwilę uważnie, potem się uśmiechnęła.

– Wiesz co? Może pójdziemy na kawę? Mam teraz trochę wolnego czasu. Pogadamy. Też niedawno przeszłam przez coś ciężkiego. Może nie będzie źle się posłuchać nawzajem.

Poszłam. Wymieniłyśmy numery. Może to był przypadek. Może nie. Nie wiedziałam, czy z tej rozmowy coś wyniknie. Dzięki temu pierwszy raz od dawna pomyślałam, że coś się jednak zaczyna. Coś, co nie ma nic wspólnego z czekaniem.

Przestałam na coś czekać

Nie wiem, czy jeszcze kiedyś kogoś pokocham. Już nie obiecuję sobie niczego. Nie zaklinam dat. Nie ustawiam sobie terminu na szczęście. Jedno wiem na pewno – kocham siebie bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej. Nie dlatego, że jestem silna. Dlatego, że przestałam się łudzić.

Ta walizka, od której zaczęła się moja decyzja, nie była końcem. Była początkiem. Spakowałam do niej nie tylko sukienki i kostiumy. Spakowałam wszystkie moje rozczarowania. Wszystkie niespełnione obietnice, wszystkie zmarnowane wieczory, w których udawałam, że wszystko jest dobrze.

Trzydzieste urodziny spędziłam sama. Z butelką wina i serialem, który oglądałam już trzy razy. Nie płakałam. Nie robiłam bilansu strat. Po prostu pozwoliłam sobie... odpocząć. Bez presji. Bez planu. Bez Pawła.

Nie potrzebuję pierścionka, żeby wiedzieć, że zasługuję na więcej. Mam trzydzieści lat. I całe życie przed sobą. Może będzie trudne. Może piękne. A jeśli ktoś kiedyś zechce do niego wejść – będzie musiał wejść z decyzją. Nie z wymijającym „zobaczymy”. Już nie godzę się na półśrodki.

Ewa, 30 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama