Reklama

Mróz malował misterne wzory na szybach mojego okna, jakby chciał przypomnieć, że i tak nie mam po co wychodzić z domu. Siedziałam na kanapie, owinięta w koc, z kubkiem herbaty, który już dawno przestał parzyć dłonie. Kolejny dzień pracy zdalnej, kolejne spotkania online z ludźmi, którzy nie zauważyliby, gdybym jutro zniknęła. Niby miałam wszystko – dach nad głową, internet, ciepłą wodę – ale samotność zżerała mnie od środka.

Sąsiad mnie intrygował

Po rozwodzie z Tomaszem przestałam liczyć na cokolwiek. Nie chodziłam już do fryzjera, nie kupowałam nowych ubrań. Gdy mama dzwoniła i zaczynała swoje „czy ty w ogóle coś ze sobą robisz?”, włączałam tryb przetrwania – odpowiadałam grzecznie, że tak, wszystko dobrze. Przecież nikt nie chce słuchać prawdy, kiedy ona jest niewygodna.

Tylko on mnie intrygował. Marek z naprzeciwka. Zawsze cichy, zamknięty w sobie, ale jego obecność – ta cicha, prawie niezauważalna – dawała mi dziwne poczucie, że nie jestem aż tak sama. Miał w sobie coś... nieuchwytnego. Rzadko się uśmiechał, ale kiedy już to robił, miałam ochotę patrzeć tylko na niego.

Bywały wieczory, kiedy gasiłam światło tylko po to, by wyglądać przez okno i zobaczyć, czy zapalił się ten ciepły, żółty blask w jego mieszkaniu. Gdy się zapalał, czułam spokój. A kiedy nie – czułam się porzucona. I głupia, że tak reaguję.

Wczoraj znów go widziałam. Wracał z zakupami. I znów spojrzał w moją stronę. Przysięgam – ten jego wzrok trafił mnie jak ciepły kompres w serce. Nie wiem, czy to był przypadek. Ale wiem, że od tamtej chwili nie potrafię przestać o nim myśleć.

Pomógł mi z zakupami

– Przepraszam... – usłyszałam zza pleców, akurat kiedy próbowałam donieść ciężki zakupy do mieszkania.

Odwróciłam się gwałtownie i zamarłam. To był on – Marek. Stał dwa schody wyżej, z kubkiem termicznym w ręku, ubrany w granatową kurtkę i czarną czapkę. Śnieg osiadł na jego ramieniu.

– Pomóc? – zapytał cicho.

– Nie... znaczy, tak. Trochę ciężkie – przyznałam, odsuwając się na bok.

Złapał za torby i po prostu poszedł pod moje drzwi.

– Dziękuję... – rzuciłam za nim. Odwrócił się tylko na chwilę, uśmiechnął się nieznacznie. Ten uśmiech. Jakby coś w nim pękło.

Wróciłam do mieszkania roztrzęsiona jak nastolatka. Zadzwoniłam do Agnieszki, potrzebowałam kogoś, kto sprowadzi mnie na ziemię.

– No nie wierzę! Marek się odezwał? Ten Marek z naprzeciwka? – pisnęła. – I co, rozmawialiście?

Raczej wymieniliśmy pół zdania...

– Natalia, błagam cię, przestań się ukrywać. Życie to nie kara, żebyś spędzała je sama. Zrób coś. Cokolwiek.

Po rozłączeniu długo jeszcze patrzyłam w sufit. Może Agnieszka ma rację. Może to ja sobie wszystko wmawiam. A może... po prostu zaczynam znowu coś czuć?

Zaprosiłam go na herbatę

Zapukał krótko, dwa razy. Serce mi przyspieszyło, chociaż próbowałam zachować spokój.

– Dzień dobry... Przyszła do mnie twoja paczka, chyba przez pomyłkę – powiedział, trzymając w rękach karton z moim nazwiskiem.

– O, rzeczywiście... – uśmiechnęłam się niezręcznie. – Przepraszam za kłopot.

– Żaden kłopot – odparł spokojnie, ale nie odchodził. – Pachnie herbatą. Z imbirem?

– Tak. Chcesz... wejść na chwilę? Jest gorąca.

Zawahał się. Ale po sekundzie skinął głową. Usiadł przy kuchennym stole, delikatnie zdejmując kurtkę. Pachniał rosołem i czymś jeszcze...

– Mam jeszcze cytrynę i goździki – rzuciłam, żeby zająć czymś ręce.

– Idealnie.

Nie mówił wiele. Ja też nie. Ale w tej ciszy było coś dobrego. Czułego. Prawdziwego.

– Długo tu pani mieszka? – zapytał w końcu.

– Natalia jestem. I tak, od siedmiu lat. A pan?

– Marek. Trzy. Po... różnych przejściach – urwał, wpatrzony w parę unoszącą się z kubka.

– Ja też. Mój mąż... już nim nie jest – powiedziałam cicho.

Spojrzał na mnie ze zrozumieniem. Jego wzrok był ciepły, ale ostrożny. Jakby też bał się dotknąć czegoś, co może się rozsypać. Podałam mu talerzyk z ciastkami. Przez przypadek nasze dłonie się spotkały. Krótkie muśnięcie. Ale poczułam je w całym ciele. Zamarł. I ja też.

Przepraszam – szepnęłam, cofając rękę.

– Nie szkodzi – odpowiedział. Ale nie uśmiechnął się tym razem.

A kiedy wyszedł, przez chwilę jeszcze czułam ciepło jego dotyku. I pustkę po nim.

To było silniejsze od nas

Dzwonek do drzwi rozległ się tydzień później tuż po dwudziestej pierwszej. Siedziałam na kanapie w dresie, z włosami związanymi w niedbały koczek. Myślałam, że to pomyłka. Ale to był on.

– Przepraszam, że tak późno... – Marek wyglądał na zakłopotanego. – Skończyła mi się sól. Pomyślałem...

– Że mam? – uśmiechnęłam się, czując, jak krew uderza mi do policzków. – Jasne, wejdź. Znów herbaty?

Kiwnął głową, a ja już szłam do kuchni. Tym razem włączyłam cicho muzykę – jazz, spokojny, leniwy. Usiedliśmy jak ostatnio. Trochę bliżej.

Czasem człowiek potrzebuje tylko trochę ciepła – powiedział nagle, obracając kubek w dłoniach. – Nawet jeśli wie, że później... może się sparzyć.

Spojrzałam na niego. Mówił to do siebie czy do mnie?

– Ja się już raz sparzyłam – powiedziałam. – Ale w zimie człowiek i tak marznie.

Przez chwilę nic nie mówiliśmy. W powietrzu unosił się zapach cytrusów i napięcia.

– Nie sądziłem, że jeszcze z kimś tak... zwyczajnie porozmawiam – odezwał się w końcu. – Że będzie tak spokojnie.

– Spokój potrafi bardziej przerażać niż burza – odparłam. – Bo wtedy naprawdę słyszysz siebie.

Zamilkł. A potem wstał. Podeszłam, żeby mu otworzyć, ale się nie ruszał. Stał tuż obok mnie. Blisko. Za blisko.

– Marek...

– Ciii...

Dotknął mojej twarzy delikatnie, a potem mnie pocałował. Bez ostrzeżenia. Bez pytania. Usta miał chłodne, ale ten pocałunek był jak ogień. Nie protestowałam. Oddałam mu wszystko – strach, tęsknotę, potrzebę. A potem zgasiliśmy światło.

Zrobiłam rachunek sumienia

– No, słucham, co ty taka cicha? – Agnieszka nie dawała za wygraną. – Coś się wydarzyło?

– Nie wiem – powiedziałam niepewnie. – Może... nie powinno.

– Natalia, błagam cię, nie zaczynaj. W twoim głosie słychać, że nie żałujesz, tylko się boisz. A to różnica.

Nie odpowiedziałam. Patrzyłam na kubek z zimną kawą. Od rana chodziłam w jednej bluzie. Głowę miałam pełną pytań. Gdzie on teraz jest? Czy to też dla niego coś znaczyło? Czy po prostu... chciał się zabawić?

Bo nie napisał. Nie przyszedł. Nie odezwał się ani słowem od wczoraj. Wieczorem nie wytrzymałam. Napisałam wiadomość: „Jesteś?” Wyświetlono. Ale nie było odpowiedzi.

Następnego dnia wciąż go nie widziałam. Trzeciego – zaczęłam błąkać się po klatce schodowej pod pretekstem wyrzucania śmieci. Nic. Cisza. Tylko echo moich kroków.

Czwartego dnia zadzwonił Tomasz.

– Cześć... długo nie dzwoniłem, wiem. Ale chciałem zapytać, czy... może się spotkamy?

Zamarłam.

– Po co?

– Chciałem pogadać. Po prostu.

– Nie chcę.

– Natalia... tęsknię. I nie wiem, jak ci to powiedzieć inaczej.

Odłożyłam telefon i znowu zostałam sama. Marek zniknął. Tomasz powrócił. A ja nie wiedziałam, co czuję. Czułam za to jedno, że mam mętlik w głowie.

Poszłam do niego

Zapukałam. Raz. Drugi. Potem mocniej. W końcu otworzył.

– Natalia... nie powinienem... – zaczął, ale uciszyłam go uniesieniem dłoni.

Nie bawi mnie cisza po czymś takim – powiedziałam ostro. – Nie jestem nastolatką, żeby domyślać się, czy coś znaczyło, czy nie.

Westchnął. Oparł się o futrynę, jakby ten ciężar był dla niego za duży.

– To nie o ciebie chodzi – powiedział cicho.

– Nie znoszę tego zdania – prychnęłam. – Zawsze chodzi o mnie. O to, że nie jestem tą, którą chcesz. Albo nie w porę.

Zamilkł.

– Byłem żonaty – powiedział w końcu. – Długo. Bardzo długo. I... ona zginęła w wypadku. W samochodowym.

Zatkało mnie.

– Od tamtej pory nikogo nie dopuściłem tak blisko. Aż do teraz. I się przestraszyłem.

Przestraszyłeś się mnie?

– Przestraszyłem się uczuć i że znowu kogoś stracę.

Patrzyliśmy na siebie przez chwilę. W moim gardle rosła gula.

– A ja myślałam, że coś między nami będzie... – powiedziałam cicho.

Uniósł wzrok.

– A ty czego chciałaś? Miłości w tydzień?

Uderzyło mnie to mocniej niż powinno.

– Wiesz co? Wal się – warknęłam i odwróciłam się na pięcie.

Zamknął drzwi. Nie próbował mnie zatrzymać. Wracając do siebie, poczułam, jak coś we mnie pęka. Nie chciałam się zakochiwać. A jednak to zrobiłam. I znów zostałam sama.

Natalia, 40 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama