Reklama

Nie przypuszczałam, że jedna odmowa może wywołać lawinę, która przewróci całe moje małżeństwo. Środa Popielcowa zawsze była w domu Tymona wydarzeniem niemal świątecznym – wspólne wyjście do kościoła, potem obiad u jego mamy. Dla mnie od trzech lat oznaczała to samo: uśmiech przyklejony do twarzy i kolejne uwagi Haliny, wypowiadane miękkim głosem, ale z ostrzem pod spodem.

Mąż mnie namawiał

Kuchnia była w częściach. Szafki stały pod ścianą, podłoga przykryta folią, a ja z wałkiem w ręku walczyłam z jasnoszarą farbą. Kurz unosił się w powietrzu, radio grało w tle. W tym bałaganie czułam się paradoksalnie spokojniej niż przy stole u teściowej.

– O której wychodzimy? – zapytał Tymon z przedpokoju, poprawiając kołnierz koszuli.

Nie odwróciłam się od ściany.

– Ja nie idę.

Zapadła cisza. Słyszałam tylko szelest jego płaszcza.

– Jak to nie wychodzisz? Mama już przygotowała obiad. Wiesz, że to dla niej ważne.

Odłożyłam wałek na tackę i spojrzałam na niego.

– Dla niej zawsze wszystko jest ważne. A dla mnie ważne jest to, żebyśmy skończyli kuchnię. Mieszkamy w kurzu od tygodnia.

Tymon westchnął.

– To tylko godzina w kościele. Nie możemy zrobić jej tej przyjemności?

– Zrobiliśmy już setki przyjemności – odpowiedziałam ciszej. – Chciałabym choć raz wybrać po swojemu.

W jego oczach zobaczyłam coś, co zabolało bardziej niż złość. Rozczarowanie.

– Jagoda, to tradycja. Mama poczuje się urażona.

– A ja czuję się pomijana – wyrwało mi się. – Zawsze stajesz między nami, ale nigdy po mojej stronie.

Milczał chwilę, jakby ważył słowa.

– Nie chodzi o strony. Chodzi o spokój.

– Właśnie o to chodzi. O spokój za wszelką cenę.

Odwrócił się i bez słowa wyszedł. Drzwi zamknęły się cicho, ale dla mnie ten dźwięk był jak trzask. Zostałam sama z farbą i z myślą, że przekroczyłam peweną granicę. Malowałam kolejne fragmenty ściany, jakbym próbowała przykryć nimi narastający niepokój. Powtarzałam sobie, że to tylko jeden dzień. Jedna decyzja. A jednak ręce drżały mi bardziej niż zwykle.

Teściowa miała pretensje

Nie minęła godzina, gdy zadzwonił domofon.

– Jagódko, otwórz – usłyszałam w słuchawce głos Haliny.

Serce podeszło mi do gardła. Otworzyłam. Weszła energicznie, w ciemnym płaszczu, z torebką przyciśniętą do boku. Rozejrzała się po rozgrzebanej kuchni.

– Czyli to jest ważniejsze – powiedziała chłodno.

– Remont trzeba skończyć – odpowiedziałam, starając się brzmieć spokojnie.

A wiary nie trzeba pielęgnować? Rodziny też nie?

Zdjęła rękawiczki powolnym ruchem.

– Nie chodzi o wiarę – zaczęłam. – Chodzi o to, że chcę czasem decydować sama.

– Sama? – uniosła brwi. – W małżeństwie nie ma „sama”. Jest „razem”. A razem dziś powinniście być w kościele.

Jej słowa brzmiały jak lekcja, której nie zdałam.

– To tylko jeden dzień – powiedziałam, czując, jak policzki mi płoną. – Nie robię nic złego.

– Robisz – przerwała mi. – Oddalasz mojego syna od tego, co dla niego ważne. Odkąd się pojawiłaś, wszystko musi być po twojemu.

Pokłóciłyśmy się

Te zdania uderzyły mnie mocniej, niż się spodziewałam.

– Zawsze jest po twojemu – odpowiedziałam drżącym głosem. – Każda niedziela, każde święto. Nawet kolor zasłon w naszej sypialni potrafisz skomentować.

Przez chwilę patrzyłyśmy na siebie w milczeniu.

– Chcę dla niego dobrze – powiedziała ciszej. – A ty go zmieniasz.

Może on sam chce się zmienić? – zapytałam.

Jej twarz stężała.

– Nie poznaję go przy tobie.

Te słowa zabolały mnie najbardziej. Jakby sugerowała, że jestem zagrożeniem.

Rozmowa przerodziła się w wymianę pretensji. Ja wypominałam lata drobnych uszczypliwości, ona – mój brak szacunku dla tradycji. W pewnym momencie zorientowałam się, że mówię rzeczy, które długo tłumiłam.

– Mam dość bycia tą gorszą – powiedziałam w końcu. – Nigdy nie byłam dla ciebie wystarczająca.

Halina zacisnęła usta.

– Bo nigdy nie próbowałaś być częścią tej rodziny.

Wyszła bez pożegnania. Drzwi zamknęły się mocniej niż wcześniej Tymona. Stałam pośrodku kuchni, wśród wiader i folii, i czułam, że coś się właśnie skończyło.

Mąż nie potrafił wybrać

Tymon wrócił późnym popołudniem. Zobaczył moją zapuchniętą twarz i rozsypane narzędzia.

– Mama była – powiedziałam od razu.

Skinął głową.

– Wiem. Dzwoniła.

Czekałam, aż zapyta, co się stało. Nie zapytał.

Powiedziała, że ją upokorzyłaś – dodał.

Poczułam, jak ogarnia mnie bezsilność.

– A mnie kto upokarza od trzech lat?

– Jagoda, ona jest jaka jest. Nie zmienisz jej.

– A ty? – spojrzałam mu w oczy. – Ty możesz się zmienić?

Milczał długo.

– Boję się jej sprzeciwić – przyznał w końcu cicho. – Zawsze tak było. W domu wszystko kręciło się wokół niej.

Te słowa były jak uchylone drzwi do jego świata, do którego wcześniej nie miałam dostępu.

– A ja? – zapytałam. – Gdzie w tym wszystkim jestem ja?

Usiadł na krześle, które stało pośrodku pokoju.

– Jestem między wami i nie umiem wybrać.

Nie chodzi o wybór między nami – powiedziałam. – Chodzi o to, żebyś traktował nasze małżeństwo poważnie.

Spojrzał na ścianę, świeżo pomalowaną, jeszcze wilgotną.

– Myślałem ostatnio… – zaczął niepewnie. – Może powinniśmy przeprowadzić się bliżej mamy. Byłbym pod ręką.

Świat zawirował.

– Rozważałeś to beze mnie?

Nie odpowiedział. Cisza była wystarczającą odpowiedzią.

Wtedy coś we mnie pękło.

– Jeśli nie nauczysz się stawiać granic, ja odejdę – powiedziałam spokojnie, choć w środku wszystko drżało.

Patrzył na mnie długo, ale nie zaprzeczył.

Musiał podjąć decyzję

Spakowałam walizkę dwa dni później i pojechałam do siostry. W jej mieszkaniu było cicho, zwyczajnie. Bez ocen, bez napięcia. Miałam czas myśleć. Zrozumiałam, że Środa Popielcowa była tylko iskrą. Prawdziwy ogień tlił się od dawna. Przez trzy lata zgadzałam się na półśrodki, na bycie dodatkiem do relacji matki z synem.

Tymon dzwonił. Rozmawialiśmy ostrożnie, jakby każde słowo mogło coś zniszczyć. Powiedział, że nie przeprowadzi się bliżej matki. Że pierwszy raz powiedział jej „nie”. Nie uwierzyła, obraziła się.

Po tygodniu wróciłam do mieszkania. Kuchnia była skończona. Tymon dokończył ją sam.

– Nie chcę już żyć między wami – powiedział, gdy stanęłam w drzwiach. – Chcę żyć z tobą, ale muszę nauczyć się odwagi.

Nie było wielkich deklaracji. Była za to szczerość. Teściowa przestała przychodzić bez zapowiedzi. Rozmowy z nią były chłodne, ale krótsze. Środa Popielcowa stała się dla mnie początkiem czegoś nowego. Nie oczyszczeniem z win, ale z lęku. Zrozumiałam, że postawienie granicy nie jest brakiem szacunku. Jest szacunkiem do samej siebie. Dziś wiem, że cena była wysoka, ale konieczna. Gdy patrzę na naszą kuchnię, widzę nie tylko równe ściany. Widzę dowód, że można coś zburzyć, żeby zbudować trwalszego.

Jagoda, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama