Reklama

Środa Popielcowa zawsze była dla mnie początkiem czegoś cichego i poważnego. Tego roku podeszłam do niej szczególnie uroczyście. Wstałam wcześniej, przygotowałam prosty obiad, wyjęłam z szafy ciemniejszy płaszcz. Chciałam wejść w czas wyciszenia z czystą głową. Nie spodziewałam się, że właśnie wtedy zacznie się rozpad mojego małżeństwa.

Popielec miał coś zmienić

Do kościoła poszliśmy razem. Stał obok mnie w ławce, skupiony, z pochyloną głową. Kiedy kapłan posypywał nam czoła popiołem, poczułam nagłą wdzięczność, że mamy siebie. Od czternastu lat byliśmy małżeństwem. Bywało różnie, ale zawsze wracaliśmy do wspólnego stołu.

– Może w tym roku naprawdę coś zmienimy? – szepnęłam do niego w drodze powrotnej.

– A co niby mamy zmieniać? – odpowiedział z lekkim uśmiechem. – Jest dobrze.

Nie drążyłam. Uznałam, że to jego sposób na unikanie poważnych rozmów. Po południu gotowałam zupę jarzynową, gdy zadzwonił jego telefon. Leżał na blacie w kuchni. Nie zaglądam do cudzych wiadomości, ale ekran się rozświetlił. Zobaczyłam tylko imię: „Kamila” i serduszko obok. Serduszko. Serce zaczęło mi bić szybciej. Stałam chwilę nieruchomo, z łyżką w ręku.

– Odbierzesz? – zapytałam, kiedy wszedł do kuchni.

– Nie muszę – odpowiedział zbyt szybko. – To sprawy z pracy.

Wziął telefon i wyszedł na balkon. Przez uchylone drzwi słyszałam przyciszony śmiech. Nie taki, jakim obdarzał mnie od dawna. Lżejszy, swobodny. Wieczorem usiedliśmy do kolacji. Ja jadłam w milczeniu, on przeglądał coś w telefonie.

– Postanowiłam, że przez cały Wielki Post nie będę jeść słodyczy – powiedziałam, próbując wrócić do zwykłej rozmowy. – I może ograniczę telewizję.

– To ambitnie – rzucił, nie podnosząc wzroku.

Wtedy znów zawibrował telefon. Tym razem nie zdążył go odwrócić ekranem do dołu. Zobaczyłam fragment wiadomości: „Tęsknię za wczoraj…”.

Za czym ona tęskni? – zapytałam spokojnie.

Podniósł na mnie wzrok. W jego oczach nie było skruchy. Było zniecierpliwienie.

– Nie przesadzaj. To koleżanka.

– Z pracy?

– Tak.

– I koleżanki z pracy piszą, że tęsknią?

Milczał chwilę, po czym wstał od stołu.

– Nie mam siły na takie sceny. Naprawdę.

Sceny. To słowo zabolało mnie bardziej niż wiadomość. W Środę Popielcową myślałam o wyrzeczeniach, o pracy nad sobą. On najwyraźniej planował zupełnie inny rodzaj intensywnych przeżyć. Tamtej nocy długo leżałam z otwartymi oczami. Zastanawiałam się, czy to ja przesadzam, czy intuicja próbuje mnie obudzić. Czułam, że to dopiero początek czegoś, co zmieni nasze życie.

Wiedziałam, że coś ukrywa

Przez kolejne dni próbowałam udawać, że wszystko jest w porządku. W pracy uśmiechałam się do klientów, w domu gotowałam skromne obiady zgodnie z postanowieniem. On natomiast jakby nabrał energii. Wychodził częściej, wracał później, a telefon nosił nawet do łazienki. W piątek zaproponowałam wspólną kolację.

– Może usiądziemy razem, bez telefonów? Dawno tak nie było – powiedziałam, stawiając na stole talerze z ryżem i warzywami.

– Dzisiaj nie mogę. Umówiłem się – odpowiedział, poprawiając koszulę przed lustrem.

– Z kim?

– Z ludźmi z pracy.

Popatrzyłam na niego uważnie.

– Z Kamilą też?

Zatrzymał się w pół ruchu.

– Iwona, naprawdę zaczynasz być męcząca.

To było pierwsze zdanie, które wypowiedział do mnie w taki sposób. Męcząca. Jakbym była ciężarem, a nie jego żoną.

– Chcę tylko wiedzieć, czy jest ktoś, o kim powinnam wiedzieć – powiedziałam cicho.

Westchnął, jakby tłumaczył coś dziecku.

Poznałem kogoś, ale to nic wielkiego. Po prostu dobrze nam się rozmawia.

Dobrze się rozmawia. Powtarzałam w myślach te słowa, gdy zamykały się za nim drzwi. Stałam w przedpokoju, słuchając ciszy. Czternastu lat nie da się zamknąć w jednym westchnieniu. Wrócił po północy. Nie spałam.

Byłeś z nią? – zapytałam wprost.

Nie zaprzeczył.

– Iwona, daj spokój. Tak się nie da żyć. Ciągle tylko obowiązki, powaga, plany. Z nią jest... inaczej. Lżej.

Usiadłam na łóżku.

– A ze mną nie było lekko?

– Było. Ale zmieniłaś się.

Poczułam, jak coś we mnie pęka.

Nie było już o co walczyć

Przez chwilę siedziałam w milczeniu, próbując przetrawić to, co właśnie powiedział.

– Zmieniłam się, bo budowaliśmy dom, spłacaliśmy kredyt, opiekowałam się twoją mamą, gdy była chora. Myślałam, że to jest wspólne życie.

Oparł się o ścianę i milczał. W jego milczeniu nie było walki. Była decyzja.

– Nie wiem, czego chcę – powiedział w końcu. – Potrzebuję przestrzeni.

A ja potrzebuję prawdy – odpowiedziałam.

Nazajutrz spakował kilka rzeczy i przeniósł się do wynajętego mieszkania. „Na jakiś czas” – tak to ujął. Sąsiadka z naprzeciwka patrzyła na mnie ze współczuciem, gdy wynosił walizkę. Udawałam, że tego nie widzę.

W kolejnych dniach docierały do mnie strzępy informacji. Ktoś widział ich razem w kawiarni. Ktoś inny wspomniał, że trzymał ją za rękę. Każda taka wiadomość była jak małe ukłucie. Nie krzyczałam, nie robiłam scen. Zamiast tego zaczęłam porządkować dokumenty, sprawdzać rachunki, przeglądać nasze wspólne zobowiązania. Pewnego wieczoru zadzwonił.

– Wpadnę po resztę rzeczy – oznajmił.

Kiedy wszedł do mieszkania, rozejrzał się, jakby był gościem.

– Zostawiłem kilka koszul w sypialni – powiedział.

– Spakowałam je. Są w torbie przy drzwiach.

Podszedł, wziął torbę, ale nie wyszedł od razu.

– Nie chcesz wiedzieć, co dalej? – zapytał.

Spojrzałam na niego spokojnie.

– Chcę wiedzieć tylko jedno. Czy wybierasz ją?

Wahał się chwilę, a potem skinął głową. Wtedy zrozumiałam, że nie walczę już o męża. Walczę o siebie.

– W takim razie musimy ustalić formalności – powiedziałam. – Nie będę czekać w nieskończoność.

W jego oczach pojawiło się zdziwienie. Chyba spodziewał się łez, błagania, dramatów. Zamiast tego dostał konkrety. Kiedy drzwi zamknęły się za nim po raz drugi, poczułam, że Wielki Post nabrał zupełnie innego znaczenia. To nie były już drobne wyrzeczenia. To było odcinanie się od kogoś, kto wybrał inną drogę.

Wrócił z podkulonym ogonem

Pierwsze dni samotności były najtrudniejsze. W mieszkaniu wszystko stało na swoim miejscu, a jednak miałam wrażenie, że przestrzeń się powiększyła. Cisza była głośna, zwłaszcza wieczorami. Nakrywałam do stołu dla jednej osoby i łapałam się na tym, że gotuję za dużo. W trzecią niedzielę Wielkiego Postu zadzwoniła moja siostra, Marta.

– Przyjedź do mnie na obiad – powiedziała bez wstępów. – Nie chcę, żebyś siedziała sama.

Siedziałyśmy przy jej kuchennym stole, gdy w końcu powiedziałam na głos to, co od tygodni krążyło mi po głowie.

On wybrał ją.

Marta odstawiła filiżankę.

– A ty? Co wybierasz?

To pytanie mnie zaskoczyło.

– Nie wiem. Chyba… spokój.

Skinęła głową.

– To dobry wybór.

Tego samego wieczoru dostałam wiadomość od niego. „Możemy porozmawiać?”. Przez chwilę wpatrywałam się w ekran. Odpisałam krótko: „Przyjdź jutro”. Przyszedł punktualnie. Wyglądał na zmęczonego, jakby nagle zniknęła ta lekkość, o której mówił.

To nie jest takie proste, jak myślałem – zaczął, stojąc w progu salonu.

– Co nie jest proste? – zapytałam.

– Ona chce, żebym od razu podjął decyzję o przyszłości. O wspólnym mieszkaniu, planach…

Patrzyłam na niego uważnie.

– Myślałam, że właśnie tego chciałeś. Nowego początku.

Usiadł i przetarł twarz dłonią.

– Chyba pomyliłem ekscytację z uczuciem.

Zrobiło mi się dziwnie lekko. Nie dlatego, że cierpiał. Raczej dlatego, że zobaczyłam w nim zwykłego, zagubionego człowieka, a nie kogoś, kto odkrył lepszy świat.

Nie bałam się już przyszłości

– I co teraz? – zapytałam.

– Nie wiem. Może za szybko wszystko przekreśliliśmy?

Te słowa zawisły między nami. Jeszcze miesiąc temu rzuciłabym mu się w ramiona, wdzięczna za cień nadziei. Teraz poczułam w sobie spokój, który dojrzewał przez ostatnie tygodnie.

– To ty wszystko przekreśliłeś – powiedziałam łagodnie. – Ja tylko przyjęłam twoją decyzję.

Podniósł wzrok.

– Czyli nie ma już dla nas szansy?

Zastanowiłam się chwilę. W głowie przewinęły się wspólne wakacje, remont kuchni, śmiech przy planszówkach. Ale też jego obojętność, sekretne rozmowy, chłód.

Nie chcę być zapasową opcją – odpowiedziałam w końcu. – Jeśli wrócisz, bo tam nie jest tak kolorowo, zawsze będę się zastanawiać, czy znów nie zatęsknisz za lekkością.

Milczał długo.

– Myślałem, że będziesz walczyć – powiedział cicho.

– Walczyłam. O nas. Codziennie, przez lata. Teraz walczę o siebie.

Wstał powoli. W jego oczach zobaczyłam coś, czego wcześniej nie dostrzegałam – respekt.

– Nie spodziewałem się tego po tobie – przyznał.

Uśmiechnęłam się słabo.

– Ja też nie.

Kiedy wyszedł, nie rozpłakałam się. Usiadłam przy stole i spojrzałam na kalendarz. Do Wielkanocy zostały dwa tygodnie. Zamiast myśleć o pustym miejscu przy stole, zaczęłam planować wyjazd do siostry. Po raz pierwszy od dawna poczułam, że nie muszę się bać przyszłości. Kilka dni później dowiedziałam się od wspólnej znajomej, że jego nowa relacja rozpadła się równie szybko, jak się zaczęła. Nie odczułam satysfakcji. Raczej ulgę, że nie muszę już uczestniczyć w tym chaosie. W Niedzielę Palmową zapukał jeszcze raz.

– Chciałem powiedzieć, że wyprowadzam się na stałe. Znalazłem mniejsze mieszkanie – oznajmił. – Ułożę sobie wszystko od nowa.

Skinęłam głową.

– Życzę ci, żebyś odkrył, czego naprawdę chcesz.

Tym razem nie było niedopowiedzeń. Tylko dwójka ludzi, którzy przestali iść w tym samym kierunku.

Zaczynałam wszystko od nowa

Wielki Tydzień minął szybciej, niż się spodziewałam. W pracy wszyscy mówili o świątecznych porządkach, o pieczeniu mazurków, o rodzinnych spotkaniach. Ja spakowałam niewielką walizkę i w Wielką Sobotę pojechałam do Marty.

– Cieszę się, że jesteś – powiedziała, przytulając mnie mocno w progu. – W tym roku będzie inaczej, ale może wcale nie gorzej.

Pomagałam jej w kuchni, kroiłam warzywa do sałatki, układałam pisanki w koszyku. Było zwyczajnie. Bez napięcia, bez oczekiwania, że ktoś zaraz wyjdzie, trzaskając drzwiami. W Niedzielę Wielkanocną usiedliśmy do stołu: Marta, jej mąż, dzieci i ja. Spojrzałam na puste miejsce przy stole i poczułam ukłucie, ale nie było w nim rozpaczy. Raczej świadomość, że coś się skończyło.

Po śniadaniu wyszłam na chwilę do ogrodu. Powietrze było chłodne, ale słońce świeciło jasno. Zadzwonił telefon. Jego imię na ekranie nie wywołało już dreszczu.

– Wszystkiego dobrego na święta – powiedział. W tle słyszałam ciszę. – Jestem sam. Trochę… inaczej to sobie wyobrażałem.

Oparłam się o drewniane ogrodzenie.

– Święta są takie, jakie sami sobie przygotujemy – odpowiedziałam spokojnie.

– Myślisz o mnie czasem? – zapytał nagle.

Zastanowiłam się chwilę. Nie chciałam kłamać.

– Myślę. Ale już nie w ten sposób co kiedyś.

Po drugiej stronie zapadło milczenie.

– Rozumiem – powiedział w końcu. – Chyba dopiero teraz widzę, co straciłem.

Nie poczułam triumfu. Tylko zamknięcie pewnego rozdziału.

– Życzę ci, żebyś to kiedyś dobrze wykorzystał – odparłam.

Rozłączyliśmy się bez dalszych słów. Wróciłam do domu siostry. Dzieci biegały po salonie, szukając czekoladowych jajek, Marta śmiała się głośno z czegoś, co powiedział jej mąż. Usiadłam przy stole i nalałam sobie herbaty. Zrozumiałam, że samotna Wielkanoc nie musi oznaczać pustki. On planował święta z kimś innym, wierząc, że znajdzie tam lekkość. Został sam, z konsekwencjami swoich wyborów. Ja zaczynałam od nowa – może spokojniej, może ostrożniej, ale uczciwie wobec siebie.

Kiedy wieczorem pakowałam się do powrotu, spojrzałam w lustro. Widziałam w nim kobietę zmęczoną, ale silniejszą niż kilka tygodni wcześniej. Post, który miał być drobnym wyrzeczeniem, stał się czasem oczyszczenia z iluzji. Nie czekałam już, aż ktoś przekroczy próg. Czekałam na własne decyzje, na nowe plany, które tym razem nie będą od nikogo uzależnione. A on? Musiał zaplanować samotną Wielkanoc i zmierzyć się z ciszą, którą sam sobie wybrał.

Iwona, 39 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama