„W Środę Popielcową podałam postny obiad rodzinie. Teściowa jak zwykle urządziła cyrk przy stole”
„– W moim domu post był świętością – zaczęła tonem, który znałam aż za dobrze. – Nie było miejsca na ustępstwa. Roman i Wiktor wiedzieli, że w Środę Popielcową obowiązują jasne zasady”.

Przez cztery lata małżeństwa nauczyłam się jednego – w domu teściów nic nie było zwyczajne. Każda niedziela miała swój rytuał, każde święto – własny scenariusz, a nad wszystkim czuwała Halina. Patrzyła, oceniałа, poprawiała. Nigdy wprost nie powiedziała, że jestem niewystarczająca, ale czułam to w każdym jej westchnieniu. Gdy zaprosiłam ich na pierwszy postny obiad w naszym nowym mieszkaniu, chciałam wreszcie przestać być „tą nową”.
Teściowa od razu miała fochy
Od rana chodziłam jak w zegarku. Barszcz pyrkał spokojnie, pierogi z kapustą i grzybami przykryłam lnianą ściereczką, żeby nie obeschły. Śledzie ułożyłam na trzech półmiskach – z cebulką, z jabłkiem i w delikatnym sosie musztardowym. Wszystko miało być skromne, ale dopracowane.
Kiedy teściowa Halina przekroczyła próg, nawet nie zdjęła od razu płaszcza.
– Pachnie intensywnie – powiedziała, wchodząc do kuchni bez zaproszenia. – W poście nie trzeba aż tylu aromatów.
Podniosła pokrywkę z garnka i zamieszała łyżką, jakby sprawdzała, czy na pewno wiem, co robię.
– Dodałam więcej zakwasu, żeby barszcz nie był mdły – wyjaśniłam.
– Mdły? – uniosła brwi. – Post nie jest od tego, żeby rozpieszczać podniebienie.
Zrobiło mi się gorąco. Wiktor udawał, że ustawia talerze, Roman stał przy oknie i patrzył na podwórko.
Przy stole Halina usiadła prosto, niemal uroczyście. Wzięła do ręki pieroga, obejrzała go uważnie.
– Ciasto bardzo cienkie – stwierdziła. – Kiedyś robiło się solidniej. Teraz wszystko takie delikatne.
– Chciałam, żeby były lekkie – odpowiedziałam.
– Post nie polega na lekkości – odparła. – Polega na powściągliwości.
Każde jej zdanie brzmiało jak pouczenie. Czułam, że nie ocenia smaku, tylko mnie. Że sprawdza, czy dorosłam do ich zasad.
– Mamo, naprawdę jest dobre – odezwał się w końcu Wiktor, ale bez przekonania.
Halina westchnęła.
– Ja tylko mówię, jak było u nas. Czterdzieści lat przestrzegałam ścisłego postu. Bez kombinowania, bez popisów. Dziś młodzi wszystko muszą ulepszać.
Roman jadł w ciszy, małymi kęsami. Nie podnosił wzroku znad talerza.
– To nie są popisy – powiedziałam, czując, że głos zaczyna mi drżeć. – Chciałam, żeby było tradycyjnie.
– Tradycja to nie dekoracja stołu – odparła chłodno. – To dyscyplina.
Wtedy zrozumiałam, że choć zmienił się adres i mieszkanie było nasze, zasady wciąż należały do niej. Przy własnym stole poczułam się jak uczennica, która czeka na ocenę. Wiktor milczał. Najbardziej bolało mnie to jego wycofanie, jakby znów miał dziesięć lat i wolał nie wchodzić w drogę matce. A ja siedziałam między nimi, zastanawiając się, czy kiedykolwiek usłyszę od Haliny zwykłe: „Dobrze to zrobiłaś”.
Zaczęła się wymądrzać
Halina odstawiła widelec z cichym stukiem, jakby chciała nadać swoim słowom większą wagę.
– W moim domu post był świętością – zaczęła tonem, który znałam aż za dobrze. – Nie było miejsca na ustępstwa. Roman i Wiktor wiedzieli, że w Środę Popielcową obowiązują jasne zasady.
Spojrzała na męża, jakby oczekiwała potwierdzenia. Roman skinął głową, ale zrobił to powoli, bez przekonania.
– Pamiętam, jak pilnowałam, żeby w lodówce nie było niczego, co mogłoby kusić – ciągnęła. – Człowiek musi umieć sobie odmówić. Inaczej traci charakter.
Wiktor poprawił serwetkę, unikając jej wzroku.
– Mamo, może wystarczy już o tym poście – powiedział cicho. – Zjedzmy spokojnie.
– Spokojnie? – Halina zmarszczyła brwi. – To są sprawy ważne. Wartości. Nie chcę, żeby w tej rodzinie wszystko się rozmyło.
Poczułam, że mówi to wprost do mnie. Jakby moje pierogi były symbolem jakiegoś większego zagrożenia. Roman nagle przestał jeść. Patrzył w talerz, ale widziałam, że jego szczęka jest napięta.
– Zawsze pilnowałam was dla waszego dobra – mówiła dalej Halina. – Nie było miejsca na słabość.
„Nie było miejsca na słabość” – powtórzyłam w myślach. A może nie było miejsca na sprzeciw?
Złapałam spojrzenie Romana. Było w nim coś, czego wcześniej nie dostrzegałam – zmęczenie, może nawet cień buntu. Jakby od dawna dusił w sobie słowa.
– U nas w domu nie było udawania – podkreśliła Halina, prostując się jeszcze bardziej.
Teść się zdenerwował
Roman odłożył sztućce. Tym razem głośniej. Metal uderzył o porcelanę, przerywając jej wywód.
– Halina… – zaczął.
– Co? – odparła ostro.
Wiktor spojrzał na ojca z zaskoczeniem. Ja poczułam, że coś się zaraz wydarzy. Jakby powietrze zgęstniało.
– Może nie mówmy o tym przy obiedzie – spróbowałam załagodzić sytuację, choć sama nie wiedziałam, czy bardziej boję się jej dalszych słów, czy tego, co może powiedzieć Roman.
Roman podniósł wzrok. Nie był już wycofany. Był zdecydowany.
– Skoro mówimy o zasadach i o udawaniu, to może powiedzmy wszystko – powiedział spokojnie, ale stanowczo.
Halina zamarła.
– Nie zaczynaj – syknęła.
Wiktor odsunął talerz.
– Tato?
Czułam, jak serce bije mi szybciej. Co on chce powiedzieć? Czy to tylko kolejna drobna sprzeczka, czy coś, co naprawdę wstrząśnie tym stołem? Roman wziął głęboki oddech.
– Przez lata w Środę Popielcową wychodziłem z domu pod pretekstem załatwienia spraw na mieście – zaczął.
Halina pobladła.
– Roman, przestań – powiedziała ostrzegawczo.
Ale on już nie zamierzał milczeć.
Tego nikt się nie spodziewał
– Wychodziłem i jadłem zwyczajny obiad – powiedział spokojnie. – Taki, na jaki miałem ochotę. Co roku. Od kilkunastu lat.
W pokoju zapadła cisza. Zegar w kuchni wybijał kolejne sekundy, jakby specjalnie podkreślał wagę tych słów.
– Jak możesz… – wyszeptała Halina. – Po tylu latach?
– Mogę, bo mam dość udawania – odpowiedział. – Miałem dość kontroli nad każdym kęsem, nad każdym gestem. W domu mówiłaś o żelaznych zasadach, a kiedy przychodzili goście, powtarzałaś, że u nas post jest wzorowy.
– Bo był! – podniosła głos. – Dbałam o was. O wasze sumienia.
Roman pokręcił głową.
– Dbałaś o obraz. O to, co powiedzą sąsiedzi. O to, jak wypadniemy. A ja czułem się jak chłopiec, którego sprawdza się z każdej decyzji.
Wiktor patrzył na ojca tak, jakby widział go po raz pierwszy.
– Tato… naprawdę? – zapytał cicho.
– Naprawdę – odpowiedział Roman. – I nie chodzi tylko o jedzenie. Chodzi o to, że przez lata nie było miejsca na sprzeciw. Wszystko musiało wyglądać idealnie.
Halina wstała gwałtownie.
– Ośmieszasz mnie przed własnym synem! – jej głos drżał. – Poświęciłam życie, żeby w tym domu były zasady!
– A ja poświęciłem swoje zdanie – odparł Roman. – Za każdym razem, gdy milczałem.
Poczułam, jak coś ściska mnie w gardle. Nagle zrozumiałam, że nie tylko ja czułam się oceniana. Oni wszyscy żyli w cieniu jej oczekiwań.
– To nieprawda – powiedziała Halina ciszej. – Robiłam wyjątki, kiedy było trzeba.
Roman spojrzał na nią uważnie.
– Właśnie. Wyjątki były, tylko nie wolno było o nich mówić. Oficjalnie wszystko musiało być nieskazitelne.
Wiktor odsunął krzesło.
– Pamiętam, jak bałem się powiedzieć, że nie rozumiem sensu postu – wyznał nagle. – Bałem się twojej reakcji bardziej niż tego, że zrobię coś nie tak.
Halina opadła na krzesło. Jej twarz straciła kolor. Siedziałam naprzeciwko niej i widziałam, jak jej pewność siebie rozsypuje się kawałek po kawałku. Nie było już surowej strażniczki tradycji. Była kobieta, która nagle straciła kontrolę nad opowieścią o własnym życiu.
Też byłam szczera
Słuchałam ich i czułam, jak coś we mnie pęka. Przez lata myślałam, że to ja jestem zbyt wrażliwa. Że może rzeczywiście przesadzam, że jej uwagi to tylko troska o tradycję. Teraz zobaczyłam, że każdy z nas na swój sposób próbował sprostać jej wyobrażeniu o idealnej rodzinie. Zebrałam się na odwagę.
– Chciałam dziś tylko dobrze wypaść – powiedziałam, patrząc Halinie w oczy. – Gotowałam od rana, bo zależało mi, żebyś zobaczyła, że szanuję to, co dla was ważne. A kiedy słyszałam kolejne uwagi, miałam wrażenie, że niezależnie od tego, co zrobię, zawsze będę za mało.
Nie odpowiedziała od razu. Jej twarz była napięta, ale w oczach pojawiło się coś, czego wcześniej u niej nie widziałam – niepewność.
– Może… za bardzo przyzwyczaiłam się do tego, że wszystko musi być po mojemu – przyznała w końcu, bardzo cicho. – Bałam się, że jeśli odpuszczę, wszystko się rozpadnie.
Roman westchnął.
– A właśnie to trzymanie wszystkiego w garści sprawiło, że zaczęło pękać.
Zapadła długa cisza. Nikt nie sięgał po jedzenie. Za oknem ktoś przechodził chodnikiem, dzieci śmiały się na podwórku. Świat toczył się normalnie, a u nas kończyła się pewna epoka. Halina wstała powoli.
– Muszę to przemyśleć – powiedziała. Tym razem bez tonu wyższości.
Nie przeprosiła. Nie padły wielkie słowa. Ale nie było też kolejnej uwagi. Roman wyszedł po chwili na spacer. Wiktor podszedł do mnie i po raz pierwszy przy rodzicach objął mnie ramieniem.
– Dziękuję, że to powiedziałaś – szepnął.
Gdy drzwi się zamknęły, usiadłam przy stole i spojrzałam na zimne potrawy. Myślałam, że ten postny obiad będzie sprawdzianem z tradycji. Okazał się sprawdzianem ze szczerości.
Relacje w naszej rodzinie już nigdy nie wróciły do dawnego kształtu. Halina przestała moralizować przy każdym spotkaniu. Stała się bardziej powściągliwa, czasem wręcz wycofana. Między nami pozostał chłód.
Lidia, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wysłałam dzieci na ferie zimowe do teściowej. Zasiała w nich ziarenko buntu, a ze mnie zrobiła złą matkę”
- „Po 30 latach wrócił do mnie marnotrawny mąż. Chciał na starość remontować nasze małżeństwo, ale nie jestem naiwna”
- „Na czas remontu mieszkania zamieszkaliśmy u teściów. Szybko wystawili nam słony rachunek za gościnę”

