Reklama

Przez większość życia byłam „czyjaś”. Najpierw córką surowej matki, potem żoną ambitnego męża, w końcu matką zapracowanej Kamili. Kiedy zostałam sama w dużym mieszkaniu, cisza zaczęła dźwięczeć głośniej niż zegar w kuchni. Wyjazd do sanatorium miał być tylko rehabilitacją kręgosłupa. Nie przyznałam się nikomu, że bardziej niż ćwiczeń potrzebowałam czyjegoś spojrzenia, w którym znowu zobaczę siebie.

Zwrócił na mnie uwagę

Pierwsza potańcówka była dla mnie próbą odwagi. Stałam pod ścianą sali, wygładzając dłonią materiał granatowej sukienki. W lustrze przed wyjściem widziałam zmarszczki przy ustach i ramiona, które dawno przestały być jędrne. Przez chwilę miałam ochotę wrócić do pokoju i udawać ból głowy.

– Nie przesadzaj, Irena – mruknęła Bożena, poprawiając kolczyk. – Przyszłyśmy tu pożyć, a nie stać jak słupy.

Muzyka była głośna, światła przytłumione. Wtedy zobaczyłam jego. Wysoki, wyprostowany, w jasnej koszuli. Miał w sobie coś z dawnych filmowych bohaterów – pewność, która nie była nachalna, raczej spokojna. Podszedł bez wahania.

– Czy mogę prosić? – zapytał, patrząc mi prosto w oczy.

Zamarłam.

– Mnie? – wyrwało mi się głupio.

Uśmiechnął się lekko.

Nie widzę tu nikogo ciekawszego.

Tańczyliśmy powoli. Czułam jego dłoń na mojej talii, ciepłą i pewną. Nie mówił wiele, ale kiedy już się odzywał, każde zdanie brzmiało jak coś ważnego.

– Przy tobie czuję się młodszy – powiedział nagle. – Masz w sobie światło.

Zaśmiałam się nerwowo.

– Ja? Światło? Raczej cień.

– Nie zgadzam się. – Pokręcił głową. – Kobiety takie jak pani… przepraszam, jak ty… dojrzewają jak dobre wino. Wiedzą, kim są.

Nikt od lat nie mówił do mnie w ten sposób. Nawet mój mąż, kiedy jeszcze żył, rzadko patrzył na mnie z taką uwagą. Wracałam do pokoju jak w transie.

– No i? – Bożena siedziała na łóżku z książką na kolanach. – Kto to?

– Wiktor. Emerytowany wojskowy. Rozwiedziony. Ma dwoje dzieci.

Szybko się dowiedziałaś – zauważyła sucho.

– Po prostu rozmawialiśmy.

Spędzaliśmy razem czas

Od tamtej chwili zaczęliśmy spędzać ze sobą coraz więcej czasu. Czekał na mnie przed zabiegami, zajmował miejsce przy stoliku w jadalni.

– Irena, usiądź tu, obok mnie – wołał, kiedy wchodziłam.

Opowiadał o służbie, o przenosinach z miasta do miasta, o samotnych wieczorach w małym mieszkaniu po rozwodzie.

– Człowiek wraca do pustego domu i nagle wszystko przestaje mieć sens – mówił, mieszając herbatę. – Dzieci mają swoje życie. Nie chcę im się narzucać.

Słuchałam go jak zaczarowana. Gdy opowiadałam o swoim małżeństwie, o tym, że często czułam się dodatkiem do cudzych planów, kiwał głową ze zrozumieniem.

– Zasługiwałaś na więcej – powiedział pewnego popołudnia na spacerze nad morzem. – Kobieta taka jak ty powinna być noszona na rękach.

Te słowa wracały do mnie wieczorami. Zaczęłam bardziej dbać o siebie. W małym sklepie przy deptaku kupiłam jasną sukienkę w kwiaty.

Irena, ty się chyba zakochałaś – stwierdziła Bożena, kiedy przymierzałam ją w pokoju.

– Nie przesadzaj.

– Ja tylko mówię: uważaj. On za szybko mówi to, co ty chcesz usłyszeć.

Poczułam ukłucie irytacji.

– Może po prostu jest szczery?

– A może ma wprawę.

Odwróciłam się od niej. Nie chciałam, żeby ktoś odbierał mi tę nową, delikatną radość. Kiedy Wiktor następnego dnia ujął moją dłoń podczas spaceru, nie cofnęłam jej.

– Dobrze, że tu przyjechałaś – powiedział cicho. – Nie wierzyłem już, że jeszcze kogoś spotkam.

W tamtej chwili uwierzyłam, że ja też jeszcze mogę być dla kogoś kimś wyjątkowym. I że to dopiero początek.

Dużo mi obiecał

Z każdym dniem Wiktor był coraz bliżej. Siadaliśmy obok siebie w jadalni, a inni kuracjusze zaczęli żartobliwie nazywać nas „nierozłącznymi”. Kiedy wchodziłam do sali, podnosił wzrok znad gazety i uśmiechał się tak, jakby czekał tylko na mnie.

Pewnego popołudnia usiedliśmy na ławce przy promenadzie. Wiatr rozwiewał mi włosy, a on delikatnie odgarnął kosmyk z mojego policzka.

– Wiesz, Irena – zaczął spokojnie – ja już nie mam ochoty na wielkie miasta. Marzy mi się mały dom pod lasem. Cisza, ogród, kawa na tarasie. We dwoje.

Serce zabiło mi szybciej.

– We dwoje? – powtórzyłam cicho.

– A jak inaczej? – spojrzał na mnie z powagą. – Człowiek w naszym wieku nie szuka przygód. Szuka spokoju. Partnerki. Kogoś, kto usiądzie obok i powie: „Jestem”.

Słuchałam, jakby opowiadał o moich własnych marzeniach. Nikt wcześniej nie snuł ze mną wizji przyszłości. Zawsze byłam tą, która dopasowuje się do planów innych.

– Myślisz, że to jeszcze możliwe? – zapytałam niepewnie.

– Z tobą? Wszystko jest możliwe – odpowiedział bez wahania.

Coraz częściej mówił „my”. „Pojedziemy”, „zobaczymy”, „urządzimy”. Opowiadałam mu o swoim mieszkaniu, o dużym salonie, który po śmierci męża stał się zbyt przestronny.

– Sprzedałbym takie mieszkanie – rzucił lekko. – Po co ci tyle metrów? Lepiej zamienić na coś mniejszego i zacząć od nowa.

Te słowa zapadły mi w pamięć.

Chciał pożyczyć pieniądze

Któregoś wieczoru, gdy siedzieliśmy przy herbacie, jego twarz spoważniała.

– Muszę ci coś powiedzieć – zaczął. – To dla mnie trudne.

Zamarłam.

– Co się stało?

Westchnął.

– Mam chwilowe problemy z pieniędzmi. Emerytura się opóźnia. A tu jeszcze dopłata za dodatkowe zabiegi… Głupia sprawa.

Milczałam.

– Nie proszę cię o wiele – dodał szybko. – Tylko pożyczka. Oddam, jak tylko wszystko się wyjaśni. Nie chciałbym, żebyś pomyślała, że jestem nieodpowiedzialny.

W głowie zabrzmiał mi głos Bożeny: „On za szybko mówi to, co chcesz usłyszeć”. Ale patrzyłam na Wiktora – na jego zmarszczone czoło, na dłoń nerwowo obracającą filiżankę.

– O jakiej kwocie mówisz? – zapytałam cicho.

Podał sumę. Znaczną. Poczułam, jak żołądek ściska mi się ze strachu.

– Kilka tysięcy to dla mnie dużo – przyznałam.

– Rozumiem – powiedział, spuszczając wzrok. – Zapomnij, że prosiłem. Poradzę sobie.

Ta rezygnacja zabolała mnie bardziej niż sama kwota.

– Nie. – Pokręciłam głową. – Skoro mamy być razem… to przecież sobie pomagamy.

Następnego dnia zrobiłam przelew. Wiktor przytulił mnie wtedy mocno.

– Nie pożałujesz – szepnął. – Zobaczysz, jeszcze będziemy się z tego śmiać, siedząc na naszym tarasie.

Kiedy powiedziałam o tym Bożenie, jej twarz stężała.

– Irena, ty go znasz trzy tygodnie.

– Czas nie ma znaczenia – odparłam zbyt szybko. – Są ludzie, których rozumie się od razu.

– Obyś miała rację – westchnęła.

Pod koniec turnusu Wiktor mówił już o wspólnych świętach, o wyjeździe w góry, o tym, że powinien poznać moją córkę.

Chcę być częścią twojego życia – zapewniał.

Wyjeżdżałam z sanatorium z walizką pełną ubrań i sercem pełnym planów. Wierzyłam, że właśnie zaczyna się moja prawdziwa jesień życia – ciepła, spokojna i dzielona z kimś, kto wreszcie mnie wybrał.

Nasz kontakt się urywał

Mieszkanie przywitało mnie chłodem. Postawiłam walizkę w przedpokoju i przez chwilę stałam bez ruchu. Jeszcze tydzień wcześniej budziłam się, wiedząc, że za godzinę spotkam Wiktora przy śniadaniu. Teraz czekał mnie tylko dźwięk lodówki i sąsiadka przesuwająca krzesła piętro wyżej. Telefon zadzwonił tego samego wieczoru.

– Tęsknię – powiedział bez przywitania. – Bez ciebie wszystko jest jakieś puste.

Usiadłam na kanapie, jakby zabrakło mi sił w nogach.

– Ja też – odpowiedziałam szczerze.

Przez pierwsze dni rozmawialiśmy długo. Opowiadał, co robi, jak załatwia sprawę z kontem, jak bardzo nie może się doczekać naszego spotkania.

– Damy radę, Irena. Jeszcze chwila i wszystko się ułoży – powtarzał.

Zaczęłam przeglądać ogłoszenia mieszkań. Nawet powiedziałam Kamili, że myślę o sprzedaży.

– Mamo, nagle? – spojrzała na mnie podejrzliwie. – Co się stało?

– Po prostu… nie chcę tu być sama.

Nie wspomniałam o Wiktorze. Bałam się jej reakcji, jej chłodnego „zastanów się”.

Po dwóch tygodniach rozmowy stały się krótsze.

Przepraszam, mam dziś urzędowe sprawy – tłumaczył się. – Oddzwonię.

Oddzwaniał następnego dnia. Albo po dwóch. Zaczęłam sprawdzać telefon częściej, niż chciałabym przyznać. Budziłam się w nocy i patrzyłam na wygaszony ekran.

– Nie wymyślaj – mówiłam do siebie. – Ma swoje życie.

Nie chciałam w to uwierzyć

Pewnego popołudnia zadzwoniła Bożena.

– Irena, musimy porozmawiać.

W jej głosie było napięcie, którego wcześniej nie słyszałam.

– Co się stało?

– Jesteś w internecie?

– Nie bardzo.

– To posłuchaj. Jest grupa kuracjuszy. Ludzie wymieniają się wspomnieniami z turnusów. Wspomnieli nazwisko Wiktora.

Serce zabiło mi gwałtownie.

– I co z tego?

– Kilka kobiet napisało… podobne historie. Flirt. Obietnice wspólnego życia. Problemy finansowe. Pożyczki.

Zrobiło mi się zimno.

To jakieś pomówienia – powiedziałam ostro. – Zazdrosne kobiety.

– Irena, one podają te same słowa, które on mówił tobie. O domu pod lasem. O tarasie.

Zamilkłam.

– To zbieg okoliczności – wyszeptałam.

– Chciałabym, żeby tak było – odpowiedziała cicho. – Ale sprawdź sama.

Tego wieczoru weszłam na wskazaną stronę. Czytałam wpisy kobiet z różnych miejscowości. Jedna pisała: „Powiedział, że przy mnie czuje się młodszy”. Druga: „Marzył o domu pod lasem”. Trzecia wspominała o „chwilowych problemach z kontem”. Każde zdanie brzmiało znajomo. Zbyt znajomo.

Zaprzeczał wszystkiemu

Telefon zadzwonił następnego dnia.

– Kochana, nie mogłem wczoraj rozmawiać – zaczął swobodnie. – Sprawy rodzinne.

– Wiktorze – przerwałam mu. – Czy ty byłeś już wcześniej w tym sanatorium?

– Oczywiście. Kilka razy. A co?

– Czy… znasz kobietę o imieniu Teresa? Albo Halina?

Po drugiej stronie zapadła chwila ciszy.

– Skąd te pytania?

– Odpowiedz.

– Irena, to jakieś plotki. Samotne kobiety potrafią sobie dużo dopowiedzieć.

Usłyszałam dokładnie to samo uspokojenie, które czytałam w internecie. Tę samą frazę.

– Czy pożyczyły ci pieniądze? – zapytałam wprost.

– Co za absurd! – obruszył się. – Nie pozwolę, żebyś mnie oskarżała na podstawie internetowych wpisów.

Nagle jego głos wydał mi się obcy. Chłodny.

– Oddasz mi pieniądze? – spytałam cicho.

– Irena, nie teraz. Wiesz, że mam przejściowe trudności. Myślałem, że mi ufasz.

To zdanie kiedyś mnie uspokajało. Teraz brzmiało jak wyuczony fragment. Po zakończeniu rozmowy długo siedziałam w ciszy. Wzięłam do ręki zdjęcie z sanatorium – stoję na nim obok Wiktora, uśmiechnięta, z rozświetloną twarzą. Patrzyłam na tę kobietę i próbowałam zrozumieć, czy zakochała się w nim, czy w wersji siebie, którą przy nim zobaczyła.

Było mi wstyd

Przez kilka dni chodziłam po mieszkaniu jak cień samej siebie. Nie odbierałam telefonów od Kamili, nie oddzwaniałam do Bożeny. Wstyd był cięższy niż strata pieniędzy. Wstyd, że uwierzyłam. Że w wieku pięćdziesięciu ośmiu lat zachowałam się jak dziewczyna, która pierwszy raz usłyszała komplement.

Stałam w kuchni, gdy Kamila przyszła bez zapowiedzi.

Mamo, co się dzieje? – zapytała, zdejmując płaszcz. – Od tygodnia jesteś nie do poznania.

Milczałam.

– Sprzedajesz mieszkanie, jesteś rozkojarzona… Poznałaś kogoś?

Poczułam, jak policzki zaczynają mnie piec.

– Tak – odpowiedziałam w końcu. – Poznałam. W sanatorium.

Usiadła naprzeciwko mnie.

– I?

– I okazało się, że nie byłam jedyna.

Opowiedziałam jej wszystko. O tańcach, o domu pod lasem, o przelewie. Kamila słuchała w milczeniu, a jej twarz stawała się coraz bardziej napięta.

– Mamo… – zaczęła ostro. – Jak mogłaś mu przelać tyle pieniędzy? Znasz go trzy tygodnie!

Te słowa zabolały mnie bardziej, niż się spodziewałam.

– Nie potrzebuję kazania – powiedziałam cicho. – Potrzebowałam, żeby ktoś mnie dostrzegał.

– Ja cię dostrzegam – odpowiedziała szybko.

– Rzadko – wyrwało mi się. – Zawsze jesteś zajęta. Zawsze coś ważniejszego.

Zapadła cisza.

– Myślisz, że to łatwe? – odezwała się w końcu. – Praca, dom… Chcę, żebyś była bezpieczna.

– Bezpieczna czy niewidzialna? – zapytałam.

Kamila odsunęła krzesło i wstała.

– On cię wykorzystał, mamo. A ty dalej bronisz swojej naiwności.

Te słowa były jak policzek. Gdy wyszła, usiadłam na podłodze w przedpokoju i rozpłakałam się po raz pierwszy od lat. Nie po nim. Po sobie.

Straciłam zaufanie do niego

Wieczorem zadzwonił Wiktor.

Irena, musimy przestać się słuchać obcych ludzi – powiedział łagodnie. – Między nami było coś prawdziwego.

– Dla mnie tak – odpowiedziałam. – Dla ciebie to był scenariusz.

– Krzywdzisz mnie.

– Nie bardziej, niż ty mnie.

Zebrałam w sobie resztki siły.

– Nie chcę już twoich wyjaśnień. Proszę, nie dzwoń więcej.

Rozłączyłam się, zanim zdążył odpowiedzieć. Ręce mi drżały. Kilka dni później Kamila znów przyszła. Tym razem usiadła obok mnie na kanapie.

– Przepraszam – powiedziała cicho. – Byłam zła. Bałam się o ciebie.

– Ja też się bałam – przyznałam. – Tylko że bardziej samotności niż jego.

– Nie jesteś sama – odparła i ujęła moją dłoń. – Nawet jeśli czasem o tym zapominamy.

Nie odzyskałam pieniędzy. Wiktor zniknął tak samo, jak pojawił się w moim życiu – zostawiając po sobie słowa, które straciły znaczenie. Ale odzyskałam coś innego: świadomość, że moja wartość nie zależy od czyjegoś zachwytu. Zaczęłam chodzić na spotkania lokalnego klubu seniora. Tym razem bez złudzeń, że ktoś uratuje mnie przed ciszą. Uczyłam się mówić „nie” i słuchać siebie. Wiem już, że największym zagrożeniem nie był on. Była nim moja desperacja, by poczuć się wybraną. Samotność potrafi zagłuszyć rozsądek, ale nie musi odbierać godności.

Irena, 58 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama