Reklama

Kiedy w wieku pięćdziesięciu kilku lat człowiek zostaje sam, cisza w mieszkaniu przestaje być odpoczynkiem, a zaczyna być lustrem. Po rozwodzie dzieci szybko ułożyły sobie własne, dorosłe już życie, a ja zostałam z kalendarzem wizyt i dniami, w których nikt na mnie nie patrzył.

Wyjazd do sanatorium miał być koniecznością zdrowotną, ale w głębi serca liczyłam, że wydarzy się coś jeszcze. Coś, co przypomni mi, że wciąż jestem kobietą. Pierwsza potańcówka tylko to uwypukliła – stałam z boku, spięta, obserwując innych, czując jednocześnie wstyd i nieśmiałą ciekawość.

Poczułam się ważna

Sala była za jasna, muzyka trochę za głośna, a ja czułam się, jakbym przyszła nie w porę. Stałam przy ścianie z kubkiem herbaty, udając, że obserwuję parkiet bez żadnych oczekiwań. Wtedy podszedł do mnie mężczyzna w jasnej koszuli, z uśmiechem, który nie był nachalny, raczej spokojny, jakbyśmy znali się od dawna.

Czy mogę prosić? – zapytał, lekko pochylając głowę.

Zawahałam się. Przez sekundę chciałam odmówić, ale coś w jego głosie sprawiło, że skinęłam głową. Na parkiecie prowadził pewnie, a jednocześnie delikatnie. Nie ściskał dłoni zbyt mocno, jakby wyczuwał mój lęk.

– Jestem Roman – powiedział po chwili.

– Ewa – odpowiedziałam i sama zdziwiłam się, że mówię głośno i wyraźnie.

Rozmawialiśmy o drobiazgach: o pogodzie, o sanatoryjnych zabiegach, o tym, że muzyka kiedyś była inna. Coś we mnie się rozluźniało. Złapałam się na tym, że prostuję plecy, że się śmieję. Dawno nikt nie patrzył na mnie w taki sposób – uważnie, jakby naprawdę chciał wiedzieć, kim jestem.

Ma pani piękny uśmiech – rzucił mimochodem.

Poczułam ciepło na policzkach. Niby komplement, a jednak zabrzmiał naturalnie, bez przesady. Kiedy piosenka się skończyła, nie odprowadził mnie od razu pod ścianę. Staliśmy jeszcze chwilę, jakby żadne z nas nie chciało pierwsze odejść. Wtedy pomyślałam, że może ten wyjazd nie jest tylko dla rehabilitacji. Może to miejsce, w którym znów mogę poczuć się widoczna.

Bałam się mu zaufać

Zaczęło się na spokojnie. Najpierw krótkie rozmowy po kolacji, potem wspólne spacery po alejkach wokół sanatorium. Roman zawsze szedł pół kroku obok, nigdy przede mną. To drobiazg, ale zwróciłam na niego uwagę. Miał w sobie coś, co sprawiało, że czułam się wysłuchana. Kiedy mówiłam, nie zerkał na zegarek, nie rozglądał się za innymi. Patrzył na mnie.

Długo była pani sama? – zapytał któregoś wieczoru.

Zawahałam się, ale odpowiedziałam. Opowiedziałam o małżeństwie, które z czasem zamieniło się w ciche współistnienie. O dniach, kiedy byłam w domu, a on był gdzieś obok, ale jakby mnie nie widział. Roman nie przerywał.

– To musiało boleć – powiedział cicho. – Każdy zasługuje, żeby być ważny.

Te słowa zapadły we mnie głęboko. Złapałam się na tym, że zaczynam czekać na nasze spotkania. Kiedy go nie było, czułam niepokój. Nagle w jego opowieściach pojawiały się drobne problemy: wspominał o sprawach finansowych, o tym, że los nie zawsze był dla niego łaskawy.

– To chwilowe – mówił, jakby bardziej do siebie niż do mnie. – Trzeba się jakoś podnieść.

Kiwnęłam głową, choć w środku coś drgnęło. Zaraz jednak odsunęłam tę myśl. Nie chciałam psuć tego, co rodziło się między nami. Po raz pierwszy od lat ktoś był mi bliski, a ja czułam, że bez tej relacji znów zapadnę się w ciszę.

Wyparłam swoje wątpliwości

Irena powiedziała to mimochodem, jakby nie chciała robić sensacji. Siedziałyśmy w pokoju po zabiegach, ja składałam ubrania, ona poprawiała włosy przed lustrem.

– Fajny ten twój Roman – rzuciła. – Tylko widziałam go wczoraj na spacerze z inną. I przedwczoraj też.

Zamarłam na chwilę, ale zaraz wzruszyłam ramionami.

– To sanatorium, wszyscy ze sobą rozmawiają – odpowiedziałam zbyt szybko.

Irena spojrzała na mnie uważniej.

– Jasne. Tylko on zawsze trzyma je pod rękę. Każdą tak samo.

Poczułam ukłucie, jakby ktoś dotknął miejsca, o którym nie chciałam myśleć. Złość przyszła pierwsza.

– Przesadzasz – powiedziałam ostrzej, niż planowałam. – Nie znasz go.

Tego wieczoru jednak nie potrafiłam już tańczyć swobodnie. Obserwowałam parkiet, szukając go wzrokiem. Był tam, śmiał się, rozmawiał. Przez chwilę pomyślałam, że to tylko moja wyobraźnia, że Irena się myli. Kiedy podszedł do mnie później, znów mówił ciepło, znów słuchał.

Dobrze, że tu jesteś – powiedział, a ja pozwoliłam tym słowom zagłuszyć wątpliwości.

W nocy długo nie spałam. Przekonywałam samą siebie, że zasługuję na to uczucie. Że nie mogę zrezygnować tylko dlatego, że ktoś coś powiedział. Im więcej wątpliwości, tym mocniej trzymałam się Romana.

Przypadkiem coś odkryłam

Prawda przyszła do mnie nie wprost, tylko jak chłód, który nagle wchodzi pod ubranie. Stałam w kolejce do recepcji, kiedy usłyszałam znajomy głos za plecami. Roman rozmawiał z kobietą, której wcześniej nie widziałam. Nie chciałam podsłuchiwać, ale jego słowa same się narzucały.

Spokojnie, oddam, jak tylko dostanę przelew – mówił cicho, ale stanowczo. – Tak jak z tamtą poprzednią.

Kobieta westchnęła.

Obiecałeś, że to jednorazowe.

Odeszli w przeciwnych kierunkach, a ja zostałam z tym zdaniem, które nie chciało się odczepić. Tego samego wieczoru inna kuracjuszka podeszła do mnie w kawiarni. Usiadła bez pytania.

– Wiem, że to trudne, ale muszę ci powiedzieć – zaczęła. – Nie ufaj Romanowi. On tak robi. Od lat. Jest miły, słucha, a potem prosi o pomoc.

Serce waliło mi w piersi, kiedy później stanęłam naprzeciw Romana.

Ile nas jest? – zapytałam bez wstępu.

Zamarł. Uśmiech zniknął.

– Ewa, to nie tak…

Nie kłam – przerwałam. – Wszystko było zaplanowane?

Westchnął, jakby nagle zmęczony.

Każdy coś bierze od życia.

Te słowa zabolały najbardziej. Poczułam wstyd, gniew i pustkę. Nie krzyczałam. Odeszłam, czując, jak coś we mnie się łamie i jednocześnie się prostuje.

Straciłam już złudzenia

Ostatnie dni w sanatorium minęły mi w ciszy. Chodziłam na zabiegi, jadłam posiłki, pakowałam rzeczy, jakby to wszystko działo się obok mnie. Roman zniknął z mojego pola widzenia. Nie szukałam go. Bałam się, że jedno spojrzenie wystarczy, żebym znów zaczęła wątpić w to, co już wiedziałam.

Wracając do domu, patrzyłam przez okno autobusu na mijane miejscowości i myślałam nie o nim, ale o sobie. O tym, jak bardzo chciałam być zauważona. Jak łatwo oddałam komuś prawo do tego, by decydował, czy jestem ważna. Czułam wstyd, ale obok niego pojawiło się coś jeszcze – smutek po stracie złudzeń.

W mieszkaniu znów było cicho, ale ta cisza była inna. Wiedziałam już, że to nie sanatorium ani Roman obudziły we mnie potrzebę bliskości. Ona była we mnie od dawna. I choć zostałam z poczuciem porażki, zrobiłam pierwszy krok do tego, by spojrzeć na siebie uczciwie. Nie wiem, co będzie dalej. Wiem tylko, że na parkiecie poczułam, że jeszcze istnieję. I tej świadomości nikt mi nie odbierze.

Ewa, 58 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama