„W sanatorium uwierzyłam, że jeszcze mogę zacząć wszystko od nowa. Nie przewidziałam, że dzieci uznają to za zdradę”
„Przez pierwsze dni po powrocie było spokojnie. Rozpakowałam się, podlałam kwiaty, zrobiłam porządki w szafkach, jakbym chciała udowodnić samej sobie, że nic się nie zmieniło. A jednak wszystko było inne. Czekałam na telefon od Stefana jak nastolatka”.

- Redakcja
Przez lata byłam przede wszystkim mamą. Najpierw pieluchy, potem wywiadówki, obiady, telefony z pytaniem, czy koszula jest wyprasowana. A kiedy dom nagle ucichł, bo dzieci się wyprowadziły na swoje, zostałam sama z ciszą, która bolała bardziej niż zmęczenie po nieprzespanej nocy. Wyjazd do sanatorium miał mnie oderwać od samotności. Nie przypuszczałam, że wywróci moje życie do góry nogami.
Oczarował mnie
Do sanatorium jechałam z przekonaniem, że to będą to trzy tygodnie spacerów i rozmów o pogodzie. W recepcji pachniało kawą z automatu i świeżo umytą podłogą. Wokół kręcili się ludzie w szlafrokach, niektórzy z kijkami, inni z książkami pod pachą. Czułam się nieswojo, jakbym trafiła do innego świata. Pierwszego dnia, podczas gimnastyki w sali z lustrami, stanęłam obok wysokiego mężczyzny o siwych włosach. Uśmiechnął się, gdy próbowałam utrzymać równowagę na jednej nodze.
– Trudne, prawda? – zagadnął półgłosem.
– Dla mnie bardzo – odpowiedziałam, czując, że rumieniec wpełza mi na policzki. – Zawsze byłam dobra w staniu twardo na ziemi, ale na jednej nodze już niekoniecznie.
– To może poćwiczymy razem. W duecie trudniej jest się przewrócić – zażartował.
Miał na imię Stefan. Okazało się, że był wdowcem od czterech lat. Mówił spokojnie, a kiedy opowiadałam o swoich dzieciach – o Marcie, która robiła karierę w banku, i o Pawle, wiecznie zabieganym informatyku – słuchał tak, jakby to była najważniejsza historia na świecie.
– A ty? – zapytał któregoś popołudnia w pijalni wód. – Kiedy ostatni raz zrobiła pani coś tylko dla siebie?
Zawahałam się.
– Nie pamiętam. Chyba nigdy nie było takiej potrzeby.
– Zawsze jest – odpowiedział cicho.
Pewnego dnia spotkaliśmy się w parku. Zaczęliśmy spacerować i śmialiśmy się z drobiazgów, wspominaliśmy młodość. Przy nim poczułam się jak kobieta, która wciąż potrafi się wzruszyć i zarumienić. Pewnego wieczoru usiedliśmy na ławce przy fontannie. Lampy rzucały ciepłe światło.
– Wie pani, że masz bardzo młode spojrzenie? – powiedział nagle Stefan.
– Młode? Mam sześćdziesiąt pięć lat.
– Wiek to tylko liczba. Spojrzenie ma się albo zmęczone, albo ciekawe świata.
Nie pamiętam, kiedy ostatni raz ktoś powiedział mi coś takiego. W domu byłam potrzebna, ale nikt nie patrzył na mnie w ten sposób. Tego wieczoru wróciłam do pokoju z drżącymi dłońmi. Po raz pierwszy od dawna pomyślałam, że może moje życie jeszcze się nie skończyło. Że przede mną coś czeka. Nie wiedziałam wtedy, że ta myśl stanie się początkiem burzy.
Bałam się
Wieść o Stefanie nie była czymś, co planowałam ogłaszać uroczyście. Po prostu któregoś wieczoru, siedząc w pokoju z telefonem przy uchu, poczułam, że nie chcę już ukrywać swojego uśmiechu.
– Mamo, brzmisz jakoś… inaczej – zauważyła Marta. – Co tam u ciebie?
– Dobrze. Nawet bardzo dobrze – odpowiedziałam, patrząc przez okno na park. – Poznałam kogoś.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
– Kogoś? – powtórzyła powoli.
– Tak. Stefana. Też jest tutaj na turnusie. Razem miło spędzamy czas.
Usłyszałam ciężkie westchnienie.
– Mamo, przyjechałaś tam się leczyć, a nie… szukać wrażeń.
– Ja niczego nie szukałam – odparłam spokojnie. – To się po prostu wydarzyło.
Rozmowa zakończyła się chłodnym „porozmawiamy, jak wrócisz”. Próbowałam zignorować niepokój, który zaczął ściskać mnie w środku. Może była zaskoczona. Może potrzebowała czasu. Kilka dni później zadzwonił syn.
– Słyszałem, że masz jakiegoś adoratora – zaczął bez wstępów.
– Adoratora? – uśmiechnęłam się nerwowo. – Jesteśmy przyjaciółmi.
– Mamo, nie jesteś już nastolatką. Ludzie w tym wieku często… wykorzystują sytuację. Uważaj.
Zabolało mnie to bardziej, niż chciałam przyznać.
– Myślisz, że nie potrafię ocenić człowieka?
– Po prostu martwimy się o ciebie – odpowiedział chłodno. – Tata nie żyje od dziesięciu lat. To dziwnie wygląda.
„Dziwnie wygląda”. Te słowa brzmiały w mojej głowie jeszcze długo po zakończeniu rozmowy. Czy naprawdę robiłam coś niewłaściwego? Czy radość była zdradą pamięci o mężu? Tego wieczoru spotkałam się ze Stefanem w kawiarni.
– Coś się stało – zauważył od razu. – Masz oczy pełne chmur.
Opowiedziałam mu o rozmowach z dziećmi. O ich tonie, o nieufności.
– Może mają rację – wyszeptałam. – Może to śmieszne w moim wieku.
Stefan pokręcił głową.
– Śmieszne jest tylko to, że ktoś próbuje decydować, czy wolno pani być szczęśliwą.
– Oni się boją.
– A ty czego się boisz?
Nie odpowiedziałam od razu. Bałam się, że jeśli pozwolę sobie na tę relację, stracę coś, co budowałam całe życie – bliskość z dziećmi. Że uznają mnie za egoistkę. Kilka dni przed wyjazdem Stefan zaproponował:
– Po turnusie mógłbym przyjechać do ciebie. Poszlibyśmy na spacer. Na kawę. Bez zobowiązań.
Spojrzałam na niego długo.
– Chciałabym – powiedziałam w końcu. – Ale muszę najpierw porozmawiać z dziećmi.
W jego oczach zobaczyłam cień niepokoju.
– Nie odkładaj swojego życia na później – powiedział cicho. – Bo to później często nie nadchodzi.
Wracałam do pokoju z ciężarem w sercu. Wiedziałam, że prawdziwa próba dopiero przede mną. Sanatorium było enklawą, miejscem poza codziennością. W domu czekały oczekiwania, przyzwyczajenia i przekonanie, że matka powinna być niezmienna jak mebel w salonie. A ja pierwszy raz od lat chciałam coś zmienić w swoim życiu.
Nie zamierzałam się wycofać
Przez pierwsze dni po powrocie było spokojnie. Rozpakowałam się, podlałam kwiaty, zrobiłam porządki w szafkach, jakbym chciała udowodnić samej sobie, że nic się nie zmieniło. A jednak wszystko było inne. Czekałam na telefon od Stefana jak nastolatka.
– Dojechałaś bezpiecznie? – zapytał tego samego wieczoru.
– Tak. Dom stoi, kot sąsiadki wciąż zagląda na balkon – odpowiedziałam z uśmiechem.
– A twoje serce?
Zamilkłam na chwilę.
– Jeszcze nie wiem.
Umówiliśmy się, że przyjedzie za tydzień. Uznałam, że zanim to nastąpi, powinnam porozmawiać z dziećmi twarzą w twarz. Zaprosiłam Martę i Pawła na niedzielny obiad – rosół, pieczone ziemniaki, sernik. Jak dawniej. Usiedliśmy przy stole. Na początku rozmowa toczyła się wokół pracy, kredytów, planów wakacyjnych. W końcu odłożyłam widelec.
– Chcę wam coś powiedzieć – zaczęłam spokojnie. – Stefan przyjedzie do mnie w sobotę. Chcę, żebyście o tym wiedzieli.
Marta spojrzała na mnie tak, jakby ktoś nagle zgasił światło.
– Czyli to na poważnie? – zapytała.
– Chcę dać temu szansę.
Paweł odchrząknął.
– Mamo, nie znasz go. Trzy tygodnie to niewiele.
– Wystarczająco, żeby wiedzieć, że czuję się przy nim dobrze.
Marta oparła dłonie o stół.
– A tata? – wyrzuciła z siebie. – Myślisz, że jemu byłoby z tym dobrze?
– Wasz ojciec nie żyje – odpowiedziałam cicho. – I zawsze będzie ważną częścią mojego życia.
– Brzmi, jakbyś chciała go zastąpić – powiedziała Marta drżącym głosem.
– Nikt nikogo nie zastępuje – wtrącił Paweł, choć w jego tonie było więcej napięcia niż zgody. – Po prostu… to za szybko. I dziwnie.
Poczułam, jak wzbiera we mnie coś, czego zwykle pilnowałam – stanowczość.
– Dziesięć lat to nie jest szybko – powiedziałam wyraźnie. – Przez dekadę byłam sama. Dla was zawsze dostępna. O każdej porze. A teraz, kiedy chcę mieć coś z życia, słyszę, że to zdrada.
W kuchni zapadła cisza. Zegar tykał głośniej niż zwykle.
– Nie chcemy cię stracić – wyszeptała w końcu Marta. – Boję się, że on cię nam zabierze.
Te słowa zmieniły wszystko. Zobaczyłam nie złość, lecz lęk.
– Nikt mnie wam nie zabierze – podeszłam i położyłam dłoń na jej ramieniu. – Ale ja też nie chcę już być tylko waszą mamą. Chcę być kobietą.
Obiad skończył się w napięciu, choć bez krzyków. Gdy zamknęły się za nimi drzwi, usiadłam przy stole i długo patrzyłam na puste talerze. Wiedziałam, że sobota będzie próbą nie tylko dla mnie, ale dla nas wszystkich. I że tym razem nie zamierzałam się wycofać.
Uśmiechnęłam się przez łzy
W sobotę od rana krzątałam się po mieszkaniu, choć wszystko było już przygotowane. Stefan miał przyjechać o piętnastej. Dłonie drżały mi bardziej niż wtedy, gdy pierwszy raz szłam na wywiadówkę jako młoda matka. O czternastej zadzwoniła Marta.
– Mamo… możemy przyjść dziś do ciebie? – zapytała niepewnie.
– Dziś? – serce zabiło mi szybciej. – Dziś przyjeżdża Stefan.
– Właśnie dlatego.
Zrozumiałam, że to moment, którego nie da się przełożyć. Kiedy Stefan stanął w progu z bukietem tulipanów, w mieszkaniu byli już Marta z mężem i Paweł. Powietrze było gęste od napięcia.
– Dzień dobry – powiedział spokojnie, podając mi kwiaty. – To dla ciebie.
Potem spojrzał na moje dzieci.
– Państwo pewnie są najważniejszymi osobami w życiu Alicji. Miło mi was poznać.
Nie było w nim ani cienia sztuczności. Marta odpowiedziała uprzejmie, choć chłodno. Paweł skinął głową. Usiedliśmy przy stole. Rozmowa toczyła się sztywno – o drodze, o pogodzie, o mieście, z którego pochodził Stefan. W pewnym momencie Paweł zapytał wprost:
– Jakie ma pan plany wobec naszej mamy?
Zamarłam. Stefan jednak się nie speszył.
– Chciałbym spędzać z nią czas. Rozmawiać, śmiać się – odpowiedział. – Nie zamierzam nikogo zastępować ani niczego burzyć. Wiem, że macie wspólną historię. Ja chcę być częścią jej przyszłości, jeśli ona tego zechce.
Patrzyłam na niego z wdzięcznością. Mówił prosto, bez wielkich słów. Marta odłożyła filiżankę.
– Boimy się, że mama się zmieni – przyznała cicho. – Że przestanie być… nasza.
– Zmieniam się od dnia, w którym się urodziłam – odpowiedziałam spokojnie. – Kiedy poszliście do szkoły, kiedy wyprowadziliście się z domu. Jednak zawsze byłam waszą mamą. To się nie zmieni.
Stefan spojrzał na mnie i lekko ścisnął moją dłoń pod stołem. Ten gest dodał mi odwagi. Rozmowa trwała jeszcze długo. Były trudne pytania i niezręczne chwile, ale z każdą minutą napięcie słabło. W końcu Marta westchnęła.
– Jeśli mama jest szczęśliwa… to nie możemy stawać wam na drodze do szczęścia.
Paweł skinął głową.
– Tylko nie znikaj nam, dobrze?
Wtedy coś we mnie pękło, ale nie z bólu – z ulgi.
– Nigdzie nie znikam – odpowiedziałam. – Po prostu idę dalej.
Kiedy dzieci wyszły, w mieszkaniu zrobiło się cicho. Stefan spojrzał na mnie pytająco.
– I jak? – zapytał.
Uśmiechnęłam się przez łzy.
– Chyba właśnie zaczęłam nowe życie. Bez uciekania przed starym.
Nie wszystko stało się idealne z dnia na dzień. Były jeszcze rozmowy pełne wątpliwości, drobne spięcia, chwile niepewności. Jednak przy stole zawsze było już jedno krzesło więcej. Dla Stefana. A ja pierwszy raz od wielu lat czułam, że mam prawo do własnego życia.
Alicja, 65 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wierzyłam, że teściowa pokaże klasę i w końcu się dogadamy. 1 zdanie przy rosole pogrzebało moje nadzieje”
- „Ojciec traktował mnie jak służącą, a nie córkę. Kiedy byłam zajęta swoimi sprawami, obrażał się jak dziecko”
- „Dla ojca byłem zakałą rodziny. Kiedy odniosłem sukces i zacząłem zarabiać, nagle stałem się oczkiem w głowie tatusia”

