Reklama

Do sanatorium trafiłem bardziej przez chęć ucieczki niż z potrzeby leczenia. Po śmierci żony dni zlewały się w jedną, cichą całość, a ja coraz częściej łapałem się na tym, że nie mam do kogo zadzwonić. Pierwsze wieczory mijały mi na obserwowaniu ludzi na potańcówkach – śmiech był tam głośniejszy niż moje myśli. Kiedy zobaczyłem Celinę po raz pierwszy, poczułem coś, czego się po sobie nie spodziewałem: lekkie drżenie i nadzieję, że może jeszcze mogę być dla kogoś ważny.

Lubiłem spędzać z nią czas

Pierwsze dni mijały mi według prostego schematu: zabiegi, posiłki, krótkie spacery po parku i wieczorne potańcówki, na które chodziłem bardziej z przyzwyczajenia. Stałem zwykle z boku, z kubkiem herbaty w dłoni, udając, że obserwuję parkiet z czystej ciekawości. To wtedy Celina podeszła pierwsza.

– Pan też tak stoi codziennie i liczy kafelki? – zapytała z uśmiechem, który rozbrajał.

Zaskoczyła mnie. Spojrzałem na nią i przez chwilę nie potrafiłem odpowiedzieć. Miała w sobie swobodę, jakiej mi brakowało.

– Raczej ludzi – odparłem w końcu. – Kafelki szybko się nudzą.

Zaśmiała się krótko, naturalnie, jakbyśmy znali się od dawna. Od tamtego wieczoru zaczęliśmy siadać razem przy kolacji. Rozmowy były niewinne, o drobiazgach: o porannych kolejkach, o tym, kto znowu narzekał na pogodę, o muzyce, która zawsze była trochę za głośna. Celina mówiła dużo, ja słuchałem, chłonąc jej energię. Czułem, że przy niej moje milczenie nie jest wadą.

Po kilku dniach zaproponowała spacer po parku między zabiegami. Szliśmy wolno, a ona opowiadała o swoim życiu, nie wchodząc w szczegóły, jakby chciała je zostawić dla siebie.

– Tu jest inaczej – powiedziała nagle, zatrzymując się przy ławce. – Ludzie są jacyś… bardziej wylewni.

Kiwnąłem głową. Też to czułem. Jakby wszyscy pozwalali sobie na więcej szczerości, bo wiedzieli, że to tylko na chwilę. Na potańcówkach zaczęliśmy tańczyć razem. Najpierw niepewnie, z dystansem, potem coraz bliżej. Jej dłoń na moim ramieniu była ciepła, pewna. Śmiała się, gdy myliłem kroki.

– Nic się nie stało, Julian – mówiła. – Tu nikt nie ocenia.

Chciałem jej wierzyć. Każdy taki wieczór sprawiał, że czekałem na następny dzień z niecierpliwością, jakiej dawno nie znałem. Zacząłem łapać się na tym, że planuję nasze rozmowy, że analizuję jej spojrzenia i drobne gesty. Wmawiałem sobie, że to nie jest tylko sanatoryjna znajomość. Że skoro ja czuję coraz więcej, ona musi czuć podobnie. Nie przyszło mi do głowy, że możemy patrzeć na to zupełnie inaczej.

Zależało mi na niej

Im bliżej było końca turnusu, tym częściej w naszych rozmowach pojawiało się słowo „później”. Padało lekko, jakby mimochodem, ale za każdym razem zostawało we mnie na dłużej. Siedzieliśmy przy stoliku w kawiarni, tej przy wyjściu do parku, gdzie zawsze było trochę ciszej.

– Szkoda, że to tak szybko mija – powiedziałem któregoś popołudnia, mieszając herbatę. – Człowiek się przyzwyczaja.

Celina spojrzała na mnie uważnie.

– Ale przecież to nie musi się skończyć razem z turnusem – odparła. – Świat się nie kończy za bramą sanatorium.

To zdanie wystarczyło. Od tamtej chwili zacząłem budować w głowie ciąg dalszy. Mówiłem o tym, że mógłbym przyjechać do niej na weekend, że u mnie też jest spokojnie, że lubię gotować dla kogoś, a nie tylko dla siebie. Celina słuchała, czasem ściskała moją dłoń, czasem opierała głowę na moim ramieniu. Nie zaprzeczała. To było dla mnie równoznaczne z obietnicą.

– Zobaczymy, jak to się wszystko ułoży – mówiła miękko. – Najważniejsze, że się poznaliśmy.

Wieczorami wracaliśmy razem do pawilonu. Pod drzwiami jej pokoju często stała Irena, współlokatorka, która patrzyła na nas z czymś pomiędzy uśmiechem a troską.

– Wy to chyba planujecie wspólną przyszłość – rzuciła kiedyś półżartem.

Zaśmiałem się, trochę za głośno.

– A czemu nie? – odpowiedziałem. – Na coś trzeba się odważyć.

Irena spojrzała na Celinę, a potem na mnie.

– W sanatorium łatwiej być odważnym – powiedziała cicho. – Gorzej później.

Zignorowałem to. Uznałem, że mówi z zazdrości albo przez pryzmat własnych doświadczeń, które nie muszą być nasze. Celina zmieniła temat, wyciągając mnie za rękę na parkiet. Tańczyliśmy długo, jakbyśmy chcieli zapamiętać każdy ruch. Ostatniego wieczoru usiedliśmy na ławce, owinięci chłodnym powietrzem.

– Zadzwonisz, jak dojedziesz? – zapytała.

– Oczywiście – odpowiedziałem bez wahania. – I napiszę jutro. Musimy ustalić, kiedy się zobaczymy.

Uśmiechnęła się i przytuliła mnie mocniej, niż wcześniej. Wziąłem to za znak. Nie wiedziałem jeszcze, że dla niej to było pożegnanie, a dla mnie – początek.

Wróciła do mnie samotność

Do domu wracałem z uczuciem dziwnej lekkości. Torba stała w przedpokoju jeszcze nierozpakowana, a ja już krążyłem po mieszkaniu, jakby coś miało się zaraz wydarzyć. Zadzwoniłem do Celiny tego samego wieczoru.

– Już jestem – powiedziałem. – Wszystko w porządku.

– To dobrze – odpowiedziała. – Odpocznij trochę po podróży.

Rozmawialiśmy krótko, ale to mi wystarczało. Następnego dnia napisałem wiadomość. Odpisała po kilku godzinach, ciepło, choć oszczędnie. Tłumaczyłem sobie, że pewnie ma dużo spraw do nadrobienia. Ja też miałem, tylko żadna nie była ważniejsza od sprawdzania telefonu.

Mijały dni. Telefony stawały się rzadsze, odpowiedzi krótsze. Zaczynałem liczyć godziny, potem całe wieczory bez znaku od niej. Wymyślałem usprawiedliwienia: zmęczenie, obowiązki, brak czasu. Za każdym razem, gdy telefon milczał, czułem znajome ukłucie w żołądku.

Któregoś popołudnia spotkałem się z Tomaszem. Znał mnie od lat, widział mnie w lepszych i gorszych momentach.

– Wyglądasz, jakbyś znowu czekał – powiedział, kiedy usiedliśmy przy stoliku. – Na coś albo na kogoś.

Opowiedziałem mu o Celinie, o sanatorium, o planach. Słuchał uważnie, nie przerywając.

– A ona? – zapytał w końcu. – Też dzwoni?

Wzruszyłem ramionami.

– Rzadziej. Ale to normalne, prawda? Po powrocie każdy ma swoje życie.

Tomasz nie odpowiedział od razu. Popatrzył na mnie tak, jak patrzy się na kogoś, kto bardzo chce w coś wierzyć.

– Julian, jeśli komuś zależy, to się odzywa – powiedział spokojnie. – Nawet jak jest zmęczony.

Te słowa siedziały we mnie długo po powrocie do domu. Wieczorem napisałem kolejną wiadomość. Tym razem nie było odpowiedzi. Telefon leżał obok mnie na kanapie, a ja wpatrywałem się w ekra. Samotność wróciła szybciej, niż się spodziewałem. Tyle że teraz była głośniejsza. Bo miała jej imię.

Rozdział 4: Prawda, której nie chciał usłyszeć

Milczenie ma różne odcienie. Z początku jest nieśmiałe, daje jeszcze nadzieję, że zaraz ustąpi miejsca słowom. Później staje się ciężkie, lepki jak powietrze przed burzą. Wtedy już wiedziałem, że coś się kończy, choć nikt nie miał odwagi tego nazwać.

Przestałem dzwonić. Nie z powodu dumy, raczej ze zmęczenia. Telefon leżał na stole, a ja próbowałem zająć ręce czymkolwiek, byle nie myśleć. Wieczorami wracały obrazy z sanatorium: jej śmiech, taniec, obietnice zawieszone w pół zdania. Zacząłem je rozkładać na części, jakby to była zagadka, którą da się jeszcze rozwiązać.

Przypomniałem sobie, jak unikała konkretów. Jak mówiła „zobaczymy”, „nie wybiegajmy w przyszłość”, „teraz jest dobrze”. Wtedy brałem to za ostrożność. Teraz widziałem w tym granice, których nie chciałem zauważyć. Sanatorium było dla niej przystankiem, nie początkiem drogi. Spotkałem Tomasza ponownie po kilku dniach. Tym razem nie musiałem nic mówić.

– Już wiesz, prawda? – zapytał.

Skinąłem głową.

Myślałem, że to było prawdziwe – powiedziałem cicho. – Że oboje chcieliśmy tego samego.

– Było prawdziwe – odpowiedział. – Tylko nie na tych samych zasadach.

Te słowa bolały najbardziej, bo były uczciwe. Zrozumiałem, że dla Celiny byłem kimś ważnym, ale na chwilę. Kimś, kto wypełnił ciszę, kiedy była nie do zniesienia. Nie zrobiła tego z premedytacją. Po prostu wróciła do swojego świata, a ja zostałem jeszcze w tamtym.

Nie żałuję, że uwierzyłem

Nie czułem już złości. Raczej wstyd, że tak łatwo oddałem swoje nadzieje w cudze ręce. I dziwną ulgę, że nie muszę już czekać na sygnał, który nie nadejdzie. Prawda przyszła bez wyjaśnień i bez pożegnania, ale przyszła. A ja musiałem się z nią zmierzyć sam.

Zostałem sam z historią, która nie miała wyraźnego końca. Nie było ostatniej rozmowy ani zdania, które można by zamknąć w pamięci jak klamrę. Była tylko cisza, w której musiałem nauczyć się oddychać na nowo. Przez długi czas łapałem się na tym, że wciąż mam w głowie tamto „my”, choć nie miałem już do kogo wracać.

Pewnego wieczoru skasowałem niewysłaną wiadomość. Tę, w której chciałem zapytać, czy wszystko u niej w porządku. Zrozumiałem, że nie chodziło o odpowiedź, tylko o strach przed postawieniem kropki. Sanatorium było dla nas azylem, miejscem, gdzie łatwiej było być blisko, bo rzeczywistość została za bramą. Ja uwierzyłem, że ta bliskość wytrzyma próbę codzienności. Ona najwyraźniej wiedziała, że nie.

Nie mam do niej pretensji. Każdy ratuje się, jak potrafi. Ja też wtedy szukałem ratunku, tylko nazwałem go przyszłością. Dziś widzę, że odwaga to nie tylko otwieranie się na drugiego człowieka, ale też umiejętność przyjęcia milczenia bez próby jego zagłuszania.

Cisza, która po niej została, nie jest już tak pusta jak na początku. Uczę się być w niej sam, bez obietnic, które nie należały do mnie. I choć wciąż boli świadomość, że nasze „razem” znaczyło coś innego dla każdego z nas, wiem jedno: nie żałuję, że uwierzyłem. Żałowałbym bardziej, gdybym nie spróbował.

Julian, 69 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama