„W sanatorium miałam odpocząć od męża, dzieci i wnuków. Znalazłam tam adoratora i rodzina nie poznała mnie po powrocie”
„Rozmawialiśmy o drobiazgach, ale między słowami pojawiało się coś więcej. Wiedziałam, że ta bliskość nie jest niewinna. Że coś się we mnie przesuwa, pęka, zmienia. Sanatorium miało być przerwą. Tymczasem stawało się początkiem czegoś, czego nie potrafiłam jeszcze nazwać”.

- Redakcja
Sądziłam, że wyjazd do sanatorium będzie tylko chwilą ciszy. Bez ciągłych telefonów od męża, bez próśb dzieci, bez opieki nad wnukami. Chciałam wreszcie skupić się na sobie i swoich myślach. Nie przypuszczałam wtedy, że właśnie tam spotkam kogoś, kto zburzy ten plan i wywróci mój spokojny świat do góry nogami.
Poczułam coś niepokojącego
Przyjazd do sanatorium nie był dla mnie ekscytujący. Stałam z walizką na żwirowym parkingu i czułam raczej ulgę niż radość. Budynek był duży, jasny, trochę staromodny. Pomyślałam, że to dobre miejsce, żeby uciec przed obowiązkami, przed cudzymi oczekiwaniami, a może przede wszystkim przed samą sobą. Pokój dzieliłam z Krystyną, drobną kobietą o bystrym spojrzeniu. Już pierwszego dnia wiedziałam, że będzie rozmowna.
– Pierwszy raz? – zapytała, zanim zdążyłam rozpakować kosmetyczkę.
– Pierwszy i pewnie ostatni – odpowiedziałam, wzruszając ramionami.
– Wszystkie tak mówią – uśmiechnęła się znacząco.
Zabiegi zaczęły się od następnego poranka. Gimnastyka, masaże, inhalacje. Wszystko uporządkowane, zaplanowane co do minuty. Po raz pierwszy od lat nikt nie pytał mnie, co będzie na obiad ani czy mogę odebrać wnuka z przedszkola. Ta cisza była początkowo dziwna, niemal niewygodna. Po obiedzie zeszłam do kawiarni. Usiadłam przy stoliku pod oknem, z książką, której nawet nie otworzyłam. Wtedy ktoś zapytał:
– Czy to miejsce wolne?
Podniosłam wzrok. Stał przede mną mężczyzna w jasnym swetrze, z lekko siwymi włosami i uśmiechem, który nie był nachalny, raczej nieśmiały.
– Tak, proszę – odpowiedziałam automatycznie.
Usiadł, zamówił herbatę. Przez chwilę milczeliśmy, aż w końcu sam przerwał ciszę.
– Jestem Marek. Też uciekłem tu przed światem.
– Halina – przedstawiłam się. – Ja raczej przed rodziną.
Zaśmiał się cicho, jakby doskonale rozumiał, co mam na myśli. Rozmowa potoczyła się naturalnie, bez wysiłku. O pogodzie, o zabiegach, o tym, jak dziwnie jest mieć czas tylko dla siebie. Kiedy wstałam, żeby wrócić do pokoju, poczułam coś niepokojącego. Lekki żal, że to spotkanie się kończy. Zganiłam się w myślach. Przecież przyjechałam tu odpocząć, a nie szukać emocji.
Wieczorem długo nie mogłam zasnąć. W głowie wracał obraz jego uśmiechu i spokoju w głosie. Powtarzałam sobie, że to tylko miła rozmowa. Nic więcej.
Miałam poczucie winy
Następnego dnia spotkaliśmy się zupełnie przypadkiem. A przynajmniej ja tak to sobie tłumaczyłam. Stałam w kolejce na zabiegi, kiedy usłyszałam za sobą znajomy głos.
– Widzę, że grafik mamy podobny.
Odwróciłam się i znów zobaczyłam Marka. Tym razem bez swetra, w zwykłej koszuli, wyglądał bardziej codziennie, mniej „sanatoryjnie”. Uśmiechnęłam się, zanim zdążyłam pomyśleć, czy powinnam.
– Widocznie los uznał, że powinniśmy się często mijać – odpowiedziałam półżartem.
Po ćwiczeniach zaproponował spacer po parku. Chciałam odmówić, naprawdę. W głowie miałam listę powodów: mąż w domu, przyzwyczajenia, wiek, rozsądek. A jednak skinęłam głową. Park był cichy, gęsto porośnięty drzewami. Szliśmy obok siebie, nie spiesząc się. Rozmawialiśmy o drobiazgach, ale między słowami pojawiało się coś więcej. Zrozumienie i uważność.
– Dawno nikt mnie tak nie słuchał – powiedział nagle, zatrzymując się.
– Ja mam wrażenie, że od lat mówię, a nikt nie słyszy – odpowiedziałam, zaskoczona własną szczerością.
Od tamtej pory zaczęliśmy spotykać się codziennie. Kawa po obiedzie, wspólne spacery, czasem wieczorne rozmowy w holu, gdy inni już szli do pokoi. Krystyna patrzyła na mnie z uśmiechem, który mówił wszystko.
– Rumieńce masz jak nastolatka – skomentowała pewnego wieczoru.
– Przestań – burknęłam, ale w środku czułam ciepło.
Jednocześnie rosło we mnie napięcie. Każda rozmowa z Markiem sprawiała radość, ale i poczucie winy. Mąż dzwonił codziennie, opowiadał o wnukach, o sprawach domowych. Odpowiadałam grzecznie, coraz bardziej nieobecna. Pewnego popołudnia Marek usiadł obok mnie na ławce.
– Halina… ja nie planowałem niczego. Ale dobrze mi z tobą.
Zamilkłam. Serce biło mi szybciej.
– Mnie też – wyszeptałam. – I właśnie to mnie przeraża.
Wiedziałam, że ta bliskość nie jest niewinna. Że coś się we mnie przesuwa, pęka, zmienia. Sanatorium miało być przerwą. Tymczasem stawało się początkiem czegoś, czego nie potrafiłam jeszcze nazwać.
To było coś wiecej niż znajomość
Plotki w sanatorium rozchodziły się szybciej niż zapach świeżo parzonej kawy. Zaczęłam to zauważać po spojrzeniach, po nagłych ciszej prowadzonych rozmowach, gdy wchodziłam do jadalni z Markiem. Przestało mnie to bawić, a zaczęło ciążyć. Pewnego dnia, tuż po kolacji, Marek zapukał do drzwi mojego pokoju. Krystyna, jakby wyczuwając napięcie, akurat wyszła do znajomych.
– Powinniśmy porozmawiać o tym... co jest między nami – powiedział cicho.
Usiedliśmy naprzeciw siebie. Pierwszy raz nie wiedziałam, co powiedzieć.
– Za tydzień wyjeżdżam – zaczął. – Wcześniej niż planowałem.
– Dlaczego? – zapytałam, choć przeczuwałam odpowiedź.
– Bo to, co się między nami dzieje, nie jest tylko sanatoryjną znajomością. A ja nie chcę udawać, że jest inaczej.
Poczułam, jak ściska mnie w gardle.
– Ja mam dom. Rodzinę. Życie, które trwa od lat – powiedziałam mechanicznie.
– Wiem – odpowiedział spokojnie. – I nie chcę ci niczego odbierać. Chcę tylko wiedzieć, czy to dla ciebie coś znaczy.
Milczałam długo. W głowie miałam obraz męża siedzącego w fotelu, wnuków biegających po salonie, schemat dni, które znałam na pamięć. I drugie życie, to tutaj, lżejsze, uważniejsze, prawdziwsze.
– Znaczy – przyznałam w końcu. – Więcej, niż się spodziewałam.
Nie przytulił mnie, nie zrobił nic gwałtownego. Po prostu ujął moją dłoń. Ten gest był bardziej przejmujący niż wszystko inne. Wieczorem zadzwonił mąż. Słuchałam go, a potem pierwszy raz powiedziałam na głos, że nie wiem, czy po powrocie wszystko będzie takie jak wcześniej. Zapadła cisza. Długa, trudna.
Kiedy odłożyłam telefon, zrozumiałam, że nie da się już cofnąć tego, co się we mnie obudziło. Sanatorium przestało być ucieczką. Stało się czymś więcej.
Bałam się powrotu do domu
Ostatnie dni w sanatorium ciągnęły się jakby wolniej, ciężej. Wiedzieliśmy już oboje, że czas się kończy, a każde spotkanie może być tym ostatnim „normalnym”. Staraliśmy się zachowywać zwyczajnie, ale zwyczajność nie chciała z nami współpracować. Siedzieliśmy w kawiarni, tej samej, gdzie wszystko się zaczęło. Tym razem nie było w nas lekkości.
– Boję się powrotu – przyznałam, mieszając herbatę, choć dawno wystygła.
– Ja też – odpowiedział Marek. – Ale nie chcę, żebyś podejmowała decyzje pod wpływem lęku.
Popatrzyłam na niego uważnie. Na zmarszczki przy oczach, na spokój, który nie znikał nawet wtedy, gdy mówił o trudnych rzeczach.
– A jeśli wrócę i okaże się, że nie potrafię już być tą samą osobą? – zapytałam.
– To znaczy, że tej wcześniejszej wersji ciebie czegoś brakowało – odparł cicho.
Te słowa bolały, bo były prawdziwe. Wieczorem spakowałam część rzeczy. Krystyna usiadła na łóżku i przyglądała mi się uważnie.
– Zmienisz coś po powrocie, prawda? – zapytała bez ogródek.
– Nie wiem jeszcze co – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. – Ale wiem, że nie mogę udawać, że nic się nie stało.
– To już dużo – skinęła głową.
Ostatni spacer z Markiem odbyliśmy bez planu. Szliśmy w ciszy, zatrzymując się co jakiś czas, jakbyśmy chcieli zapamiętać każdy fragment alei.
– Niezależnie od tego, co zdecydujesz – powiedział – to, co było między nami, było dla mnie ważne.
– Dla mnie też – odpowiedziałam. – I właśnie dlatego tak trudno będzie wrócić.
Na pożegnanie objął mnie krótko, z wyczuciem. Bez obietnic, bez nacisków. Zostawił mi numer telefonu zapisany na kartce.
– Na wypadek, gdybyś chciała być sobą – dodał.
Kiedy wróciłam do pokoju, długo siedziałam w ciszy. Wiedziałam, że następny rozdział mojego życia zacznie się już poza murami sanatorium. I że tym razem to ja będę musiała napisać jego treść.
Wróciłam stamtąd inna
Powrót do domu był cichy. Mąż przywitał mnie uprzejmie, trochę niepewnie, jakby wyczuwał zmianę, której nie umiał nazwać. Przez pierwsze dni funkcjonowaliśmy obok siebie, rozmawiając o sprawach codziennych, unikając tego, co wisiało w powietrzu. Aż w końcu usiedliśmy naprzeciwko siebie przy kuchennym stole.
– W sanatorium zrozumiałam, że od dawna żyję nie swoim życiem – powiedziałam spokojnie, choć serce waliło mi jak młot. – Nie obwiniam cię. Sama na to pozwoliłam. Ale nie potrafię już tak dalej.
Nie było krzyków. Był smutek, zaskoczenie, długie milczenie. I zgoda, że oboje od lat trzymaliśmy się czegoś, co przestało nas łączyć. Rozstanie było trudne, ale uczciwe. Dzieci przyjęły to lepiej, niż się bałam. Każde na swój sposób widziało, że wróciłam inna. Długo nosiłam w torebce kartkę z numerem Marka. Wyjęłam ją dopiero po kilku tygodniach. Zadzwoniłam z drżącą ręką.
– Myślałem, że już nie zadzwonisz – powiedział.
– Ja też tak myślałam – odpowiedziałam.
Nie zaczęliśmy od wielkich deklaracji. Zaczęliśmy od spacerów, rozmów, od uczenia się siebie w zwykłym świecie, bez sanatoryjnych ram. Było inaczej niż tam, ale prawdziwie. Sanatorium miało być przerwą. Stało się początkiem odwagi. Nie dlatego, że ktoś pojawił się w moim życiu, ale dlatego, że wreszcie pojawiłam się w nim ja.
Halina, 62 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W tłusty czwartek robiłem remont kuchni u teściowej. Zamiast słodkich pączków dostałem gorzkie żale i pretensje”
- „Mąż żałował na serwis okien i wciąż odkręcał kaloryfery. W końcu pozbyłam się darmozjada i uszczelniłam domowy budżet”
- „Byłam taka szczęśliwa, gdy w walentynki mąż zaskoczył mnie różami. Szkoda, że nie tylko dla mnie był taki słodziutki”

