Reklama

Po rozwodzie nauczyłam się funkcjonować w ciszy. Duże mieszkanie przestało być symbolem stabilizacji, a stało się moją samotnią. Córka wyjechała na studia za granicę, a ja wypełniałam dni pracą i zmęczeniem, które nie mijało nawet po przespanej nocy. Kiedy lekarz zasugerował wyjazd do sanatorium, potraktowałam to jak konieczność, nie jak początek czegokolwiek nowego.

Rozumieliśmy się bez słów

Ludzie w sanatorium już drugiego dnia mówili do siebie po imieniu, jakby znali się od lat. Patrzyłam na nich z dystansem. Tańczyli wieczorami w sali z widokiem na park, żartowali przy stolikach, wymieniali się numerami pokoi. Czułam się obco. Szymona poznałam w kolejce na zabieg. Stał przede mną, przeglądał kartkę z zaleceniami i kręcił głową.

– Jeśli jeszcze raz zobaczę gotowaną marchewkę, to zacznę ją podejrzewać o prześladowanie – mruknął pod nosem.

Uśmiechnęłam się mimowolnie.

– Marchewka nie jest najgorsza. Najgorsze są te mdłe kluski.

Odwrócił się i spojrzał na mnie tak, jakbyśmy właśnie zawarli sojusz.

– Czyli mamy wspólnego wroga.

Rozmowa potoczyła się lekko. O złamanym sercu mówił z ironią, jakby chciał odsunąć od siebie powagę sytuacji. Ja byłam bardziej ostrożna. Mimo to, kiedy zaproponował spacer po parku po kolacji, zgodziłam się bez większego wahania. Szliśmy długo, aż zrobiło się chłodno. Opowiadałam o pracy, o córce, o tym, jak trudno przyzwyczaić się do pustego mieszkania.

– Cisza potrafi być głośniejsza niż kłótnia – powiedział cicho.

Zatrzymałam się. Niewielu ludzi potrafiło nazwać to tak trafnie. Od tamtej pory zaczęliśmy siadać razem przy śniadaniu. Czekałam, aż pojawi się w drzwiach stołówki. Wystarczało jedno spojrzenie i wiedziałam, że dzień będzie lżejszy.

Straciłam dla niego głowę

Pewnego wieczoru usiedliśmy na ławce przy fontannie. Światła odbijały się w wodzie.

– Muszę być z tobą szczery – zaczął nagle. – Mam żonę. I dwoje dzieci.

Serce zabiło mi szybciej, jakby przypominało o swoim istnieniu.

– Rozumiem – odpowiedziałam, choć wcale nie rozumiałam.

– Od dawna między nami jest… poprawnie, ale bez bliskości. Jesteśmy jak współlokatorzy. Przy tobie czuję coś, czego nie czułem od lat.

Słuchałam go i wiedziałam, że powinnam wstać. Powinnam powiedzieć, że to nie w porządku. Ale jego dłoń musnęła moją i nagle całe moje rozsądne życie wydało się odległe.

– To tylko dwa tygodnie – wyszeptałam bardziej do siebie niż do niego. – Potem każdy wróci do swojego świata.

– Może nie musi być tak, jak było – odpowiedział.

Te słowa wnikały we mnie jak obietnica. Wiedziałam, że słyszę to, co chcę usłyszeć. A jednak pozwoliłam sobie uwierzyć. Sanatorium stało się bańką. W niej byłam nie rozwódką po czterdziestce, nie zmęczoną kobietą z problemami zdrowotnymi, lecz kimś, na kogo ktoś patrzył z zachwytem. Zatańczyliśmy raz, choć twierdziłam, że nie lubię tańczyć.

– Kłamiesz – śmiał się. – Po prostu zapomniałaś, że potrafisz.

Może miał rację. Może zapomniałam, jak to jest być czyjąś pierwszą myślą o poranku. Kiedy wracałam do pokoju, patrzyłam na swoje odbicie w lustrze i próbowałam dostrzec w nim ostrzeżenie. Zamiast tego widziałam rumieńce i błysk w oczach. W głowie toczyła się cicha walka. „Nie rób tego. To nie dla ciebie”. „A jeśli właśnie jest?”.

Każdego dnia granice przesuwały się odrobinę. Wspólne kawy zamieniały się w długie rozmowy do późna. Coraz trudniej było udawać, że to tylko przelotna znajomość. A jednak powtarzałam sobie jak mantrę: to chwilowe, bez konsekwencji, bez przyszłości. Bańka, która pęknie, gdy tylko wyjedziemy. Ale gdy pewnego wieczoru zapukał do moich drzwi, kompletnie straciłam dla niego głowę.

Chciałam mu wierzyć

Ostatnie dni turnusu miały smak pożegnania, którego nikt nie chciał nazwać wprost. Spacerowaliśmy wolniej, jakby od tempa kroków zależało to, czy czas się zatrzyma. W altanie przy parku zdrojowym poprosiłam przypadkową kobietę, by zrobiła nam zdjęcie.

– Jeszcze bliżej siebie – uśmiechnęła się, ustawiając telefon.

Szymon objął mnie ramieniem. Oparłam głowę o jego ramię, czując znajome ciepło. W chwili, gdy migawka kliknęła, pomyślałam, że to dowód, że to wszystko było prawdziwe.

To nie koniec – powiedział, kiedy oddawał mi telefon. – Zadzwonię, jak tylko wrócę.

W drodze do domu trzymałam komórkę w dłoni, jakby miała za chwilę zadzwonić. Zadzwoniła jeszcze tego samego wieczoru.

– Tęsknię już teraz – usłyszałam.

Rozmowy stały się codziennością. Pisał rano, pisał w pracy, dzwonił późno, gdy w jego domu – jak mówił – wszyscy już spali. Szeptał plany.

– Znajdę sposób. Nie chcę wracać do tego, co było.

Słuchałam i tworzyłam w głowie scenariusze. Nie mówiłam o nich głośno, żeby ich nie spłoszyć, ale zaczęłam przestawiać swoje życie w myślach. Wyobrażałam sobie wspólne mieszkanie, weekendy poza miastem, zwykłą codzienność. Kamila patrzyła na mnie z uwagą, kiedy opowiadałam jej o nim przy kawie.

– Daria, on ma rodzinę – powiedziała ostrożnie.

– Wiem. Ale to już dawno przestało działać. Mówił, że żyją obok siebie.

– A ty chcesz wierzyć, że odejdzie?

– Nie chcę wierzyć. Ja to czuję.

W tamtym momencie naprawdę tak było.

Moje życie zmieniło kierunek

Kilka tygodni później zaczęłam się źle czuć. Zrzucałam to na stres i zmęczenie. Kiedy jednak zobaczyłam wynik testu ciążowego, który w końcu zrobiłam, usiadłam na podłodze w łazience i długo patrzyłam w jeden punkt. W moim wieku? Teraz? Serce biło mi jak oszalałe, choć przecież powinno już być spokojne.

Pierwsza myśl: „Muszę mu powiedzieć”. Wybrałam numer i usłyszałam sygnał. Jeden, drugi, trzeci. Cisza. Napisałam wiadomość: „Musimy pilnie porozmawiać”. Odczytana, ale bez odpowiedzi. Zadzwoniłam następnego dnia. Automat poinformował, że podany numer nie istnieje.

Poczułam chłód w palcach. Weszłam na jego profil w mediach społecznościowych. Strona była niedostępna. Wpisałam jego imię i nazwisko w wyszukiwarkę. Kilka podobnych twarzy, żadna nie należałado niego. Przez chwilę próbowałam sobie wmówić, że to zbieg okoliczności. Może jakaś awaria telefonu. Usunięte konto z innych powodów. Każde wyjaśnienie było lepsze niż to jedno.

Napisałam jeszcze raz. „Szymon, to ważne. Proszę, odezwij się do mnie”. Wiadomość nie została nawet dostarczona. Usiadłam na kanapie ze zdjęciem z altany w dłoni. Patrzyłam na kobietę opartą o jego ramię. Wyglądała na szczęśliwą. Naiwną.

– Odbierz – wyszeptałam do milczącego telefonu. – To nie jest coś, co można wyciszyć jednym kliknięciem.

Minęły dni. Potem tygodnie. Cisza stała się jedyną odpowiedzią. Zostało mi tylko imię, wspomnienie głosu i rosnąca świadomość, że moje życie znowu zmieniło kierunek – tym razem bez ostrzeżenia.

Byłam taka naiwna

Do Kamili pojechałam bez zapowiedzi. Otworzyła drzwi w dresie, z włosami związanymi w niedbały kok.

– Daria? Co się stało? – zapytała, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć.

Usiadłam przy jej kuchennym stole i przez chwilę patrzyłam na swoje dłonie.

Jestem w ciąży.

Zamilkła. Nie z oburzenia, nie z oceny. Z troski.

– A on? – zapytała cicho.

Pokręciłam głową.

– Zniknął. Numer nie działa, profil usunięty. Jakby ktoś wymazał go z mojego życia.

Kamila wciągnęła powietrze.

– Daria… Czy ty na pewno znasz jego nazwisko? Takie prawdziwe?

To pytanie bolało najbardziej. Powtarzałam je sobie od kilku dni. W sanatorium wypełniał dokumenty przy mnie, widziałam jego dane na identyfikatorze. A jednak teraz miałam wrażenie, że pamięć płata mi figle.

– Myślałam, że znam – odpowiedziałam szeptem.

Wróciłam do domu z ciężarem, który nie mieścił się w słowach. Wstyd przychodził falami. Miałam czterdzieści cztery lata, dorosłą córkę, doświadczenie życiowe. A jednak uwierzyłam w obietnice jak nastolatka.

Prawda była bolesna

Jednego wieczoru wyciągnęłam kartkę, na której kiedyś zapisałam adres, który podał mimochodem. „Jeśli kiedyś będziesz w okolicy, wpadnij na kawę” – powiedział wtedy lekko. Wyszukałam miejscowość. Była realna, ulica też. Serce waliło mi w piersi, gdy wsiadałam do pociągu. Przez całą drogę powtarzałam sobie, że potrzebuję tylko jednej rozmowy. Jednego spojrzenia w oczy.

Dom znalazłam bez trudu. Niewysoki płot, ogród z przyciętymi krzewami. W oknie paliło się światło. Stanęłam naprzeciwko i poczułam, jak drżą mi kolana. W salonie widziałam kobietę nakrywającą do stołu. Dwoje dzieci biegało między kanapą a stołem. Po chwili dołączył on. Szymon. W zwykłym swetrze, z uśmiechem, który znałam aż za dobrze. Podniósł młodszą dziewczynkę, coś jej powiedział, a ona objęła go za szyję.

Wyglądał na szczęśliwego. Nie rozdartego, nie zagubionego. Ścisnęłam w dłoni wydrukowane zdjęcie z altany. Na nim byliśmy tylko my, oderwani od świata. Tutaj był inny świat. Pełny, kompletny. Zrobiłam krok w stronę furtki, potem drugi i zatrzymałam się. Co miałabym powiedzieć? „Dzień dobry, jestem epizodem z życia pani męża”? „Spodziewam się dziecka”?

Wyobraziłam sobie twarz tej kobiety przy stole. Jej dzieci. Chaos, który wywołałoby moje wejście. Poczułam, jak gniew miesza się z bezsilnością. Chciałam, żeby wyszedł, żeby mnie zobaczył, żeby musiał stanąć twarzą w twarz z konsekwencją swoich słów. Ale stał tam, nalewając herbatę, jakby nic nigdy się nie wydarzyło.

Odwróciłam się. Szłam szybko, prawie biegiem, aż dotarłam do przystanku. Dopiero tam pozwoliłam sobie na łzy. Zrozumiałam wtedy coś bolesnego: dla niego to była historia do zamknięcia jednym ruchem. Dla mnie – początek nowego życia, którego nie dało się wymazać.

Dałam się oszukać

Powrót do domu był cichy jak nigdy wcześniej. Zdjęcie z altany włożyłam do szuflady, jakby sam jego widok mógł rozdrapać coś, co i tak bolało. Przez kilka dni chodziłam po mieszkaniu bez celu. Płakałam w łazience, żeby nikt nie słyszał, choć nie było nikogo, kto mógłby usłyszeć. Noce ciągnęły się bez końca. Najtrudniejsze było nie to, że zostałam sama. Najtrudniejsze było przyznać przed sobą, że dałam się oszukać. W końcu zadzwoniłam do córki. Odebrała od razu.

– Mamo? Wszystko w porządku?

Milczałam chwilę za długo.

– Muszę ci coś powiedzieć.

Opowiedziałam jej wszystko. O sanatorium, o Szymonie, o ciszy, która zapadła po jego zniknięciu. Kiedy dotarłam do słowa „ciąża”, głos mi się załamał. Po drugiej stronie panowała cisza. Bałam się jej reakcji bardziej niż czegokolwiek.

– To już wszystko? – zapytała w końcu.

– Tak.

Nie jesteś sama – poprawiła mnie stanowczo. – Masz mnie.

Łzy popłynęły mi po policzkach, ale tym razem przyniosły ulgę.

– Nie jestem na ciebie zła – dodała. – Tylko się martwię. Ale jeśli zdecydowałaś, że urodzisz, to damy radę.

„Damy radę.” Te dwa słowa stały się dla mnie kotwicą.

Wszystko się ułożyło

Zaczęłam patrzeć na rosnący brzuch inaczej. Nie jak na dowód mojej naiwności, lecz jak na czyjąś obecność. Kogoś, kto nie wybierał okoliczności swojego pojawienia się. Kogoś, kto nie był winny kłamstwom dorosłych. Kamila towarzyszyła mi podczas wizyt, pomagała kompletować drobiazgi. Śmiałyśmy się czasem z absurdalności sytuacji.

– Zawsze mówiłaś, że po czterdziestce chcesz zacząć coś od nowa – żartowała. – No to zaczęłaś z rozmachem.

Nie było łatwo. Strach wracał falami: o zdrowie, o przyszłość, o to, jak poradzę sobie finansowo i emocjonalnie. Ale obok strachu pojawiała się determinacja. Skoro już życie postawiło mnie w tym miejscu, nie chciałam dłużej uciekać.

Kilka miesięcy później trzymałam w ramionach synka. Był drobny, spokojny, z poważnym spojrzeniem, jakby od początku chciał mi powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Patrzyłam na niego i czułam, że wszystko się ułoży. Historia z Szymonem skończyła się tam, pod jego domem. A ja przestałam żyć w mylnym przekonaniu, że potrzebuję czyjejś obietnicy, by czuć się ważna.

Zdjęcie z altany wyjęłam jeszcze raz. Przyjrzałam się kobiecie z rumieńcami na twarzy. Nie gardziłam nią. Była spragniona bliskości, uwierzyła w słowa, które chciała usłyszeć. Zapłaciła za to wysoką cenę, ale dzięki temu zrozumiała, że jej wartość nie zależy od czyjejś odwagi lub jej braku. Podarłam fotografię na drobne kawałki i wyrzuciłam do kosza.

Szymon nie wrócił. Nie zadzwonił, nie wyjaśnił niczego. Zostało tylko imię, które z czasem przestało wywoływać dreszcz. Kiedy nocą wstawałam do łóżeczka syna, czułam zmęczenie, ale też coś, czego dawno nie zaznałam – sens. Moje życie nie było już zawieszone w ciszy. Było pełne oddechów, płaczu, drobnych dłoni zaciskających się na moim palcu. Nie tak wyobrażałam sobie przyszłość, ale była moja. Prawdziwa i bez iluzji.

Daria, 44 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama