Reklama

Jadąc do Ciechocinka, byłam przekonana, że moje życie uczuciowe skończyło się wraz z ostatnią garścią ziemi rzuconą na trumnę mojego męża. Nie szukałam przygód, nie szukałam miłości, a już na pewno nie szukałam kłopotów. Chciałam tylko podreperować kręgosłup i odpocząć od ciszy pustego mieszkania.

Kiedy on stanął na mojej drodze, uwierzyłam, że los daje mi drugą szansę. Był jak ziszczenie snów o jesieni życia – elegancki, szarmancki, wpatrzony we mnie jak w obrazek. Prawie oddałam mu nie tylko serce, ale i oszczędności całego życia. To miała być piękna historia o późnej miłości, a okazała się bolesną lekcją, której nie zapomnę do końca moich dni.

Zobaczyłam go po raz pierwszy

Wszystko zaczęło się w duszny, sierpniowy wtorek. Kiedy weszłam do pokoju numer 204, uderzył mnie specyficzny zapach sanatorium, który zna chyba każdy kuracjusz. Moja współlokatorka, energiczna blondynka o imieniu Mariola, zajęła już łóżko przy oknie i właśnie rozpakowywała walizkę pełną kolorowych sukienek.

– Halinko, mówię ci, tu się dopiero żyje! – zakrzyknęła, gdy tylko się przedstawiłam. – Mąż został w domu z psem, a ja zamierzam przetańczyć każdą noc. Ty też wyglądasz na taką, co to jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa.

Uśmiechnęłam się blado. Mariola była moim przeciwieństwem. Ja, całe życie pracująca w księgowości, wolałam porządek i ciszę. Po śmierci Tadeusza, mojego męża, zamknęłam się w skorupie rutyny. To dzieci namówiły mnie na ten wyjazd. „Mamo, musisz wyjść do ludzi, zrób to dla siebie” – powtarzała moja córka, pakując mi do walizki nowe bluzki.

Pierwsze dni mijały mi na zabiegach i unikająniu wieczornych dancingów, które Mariola nazywała „polowaniem”. Wolałam spacery po parku zdrojowym z książką w ręku. I właśnie tam, na ławeczce pod rozłożystym dębem, zobaczyłam go po raz pierwszy.

Siedział naprzeciwko, karmiąc gołębie. Nie wyglądał jak większość kuracjuszy przemierzających alejki w dresach i sandałach. Miał na sobie lnianą marynarkę, wyprasowaną koszulę i czytał tomik poezji. W pewnym momencie podniósł wzrok. Uśmiechnął się łagodnie, zdejmując okulary.

– Czy nie przeszkadzam pani w lekturze tym moim ptasim towarzystwem? – zapytał głosem tak ciepłym, że aż przeszły mnie dreszcze.

– Ależ skąd – odpowiedziałam, odkładając książkę. – To miła odmiana.

I tak poznałam Jerzego.

Przy nim czułam się wyjątkowa

Jerzy był inny. Nie narzekał na emeryturę, nie opowiadał o chorobach ani o wnukach, które nie dzwonią. Rozmawialiśmy o literaturze i marzeniach. Okazało się, że jest emerytowanym architektem, człowiekiem światowym, ale – jak sam twierdził – potwornie samotnym.

– Moja żona odeszła pięć lat temu – wyznał trzeciego dnia, gdy spacerowaliśmy wzdłuż Wisły. – Został mi duży dom pod Warszawą i pustka, której nie potrafię wypełnić.

Czułam, jak moje serce mięknie. Opowiedziałam mu o Tadeuszu, o powrotach do pustego mieszkania i gotowaniu dla jednej osoby. Jerzy słuchał z uwagą, trzymając mnie delikatnie pod rękę. Jego dotyk był elektryzujący, a zarazem dawał poczucie bezpieczeństwa. Zaczęliśmy spędzać ze sobą każdą wolną chwilę. Nawet sceptyczna początkowo Mariola zaczęła mi kibicować.

– No, Halinka, trafił ci się rodzynek! – szeptała przed moim wieczornym wyjściem. – Taki facet to skarb. Uważaj tylko, żeby ci go jakaś inna nie sprzątnęła sprzed nosa, bo te baby tutaj to hieny.

Ale Jerzy nie widział nikogo poza mną. Przynosił mi kwiaty, zapraszał na kawę do najlepszej kawiarni w mieście. Prawił komplementy, które sprawiały, że czułam się znów jak dwudziestolatka.

– Masz oczy koloru jesiennego nieba – powiedział pewnego wieczoru przy fontannie „Grzybek”. – Nigdy nie sądziłem, że jeszcze kogoś takiego spotkam. Jesteś moją przystanią, Halinko.

Wierzyłam mu. Bo dlaczego miałabym nie wierzyć? Byłam zwyczajną kobietą, a on sprawiał, że czułam się wyjątkowa. Nie zauważałam wtedy drobnych sygnałów, które powinny zapalić w mojej głowie czerwoną lampkę.

Czułam się potrzebna

Był to początek trzeciego tygodnia turnusu. Jerzy stał się milczący, zamyślony. Kiedy pytałam, co się dzieje, zbywał mnie uśmiechem, ale w jego oczach widziałam smutek.

– To nic takiego, kochanie – mówił. – Po prostu sprawy przyziemne, nie chcę cię nimi obarczać. Jesteśmy tu, żeby się cieszyć sobą.

Nie ustępowałam. W końcu, podczas kolacji, pękł.

– Chodzi o ten mój dom – westchnął ciężko, odkładając widelec. – To piękna willa, ale wymaga remontu dachu. Wykonawca mnie oszukał, wziął zaliczkę i zniknął. Teraz mam dziurę w dachu i w budżecie, a zima idzie. Zablokowali mi konto przez jakieś błędy urzędowe, sprawa jest w toku, ale wiesz, jak działają nasze sądy.

– To straszne – przejęłam się. – Czy mogę ci jakoś pomóc?

– Nie, skądże – obruszył się, ale zaraz potem chwycił mnie za rękę. – Chociaż... Wiesz, Halinko, myślałem o nas. O przyszłości. Chciałbym, żebyś tam ze mną zamieszkała. Żeby ten dom znów tętnił życiem. Ale nie mogę cię zaprosić do ruiny.

Moje serce zabiło mocniej. On planował wspólną przyszłość! Wizja życia w domu pod Warszawą była kusząca.

– Ile potrzebujesz? – zapytałam cicho.

– To tylko chwilowe – zapewnił gorąco. – Jak tylko odblokują mi konta, oddam ci z nawiązką. Potrzebuję około dwudziestu tysięcy na materiały, żeby zabezpieczyć dach przed zimą. Ale nie mogę od ciebie tego wziąć, to niehonorowe.

– Jerzy, przestań – przerwałam mu stanowczo. – Jesteśmy dorośli. Mam oszczędności. Jeśli planujemy być razem, to twoje problemy są moimi problemami.

Opierał się jeszcze przez chwilę, grając rolę dumnego mężczyzny, ale w końcu się zgodził. Umówiliśmy się, że pieniądze wypłacę z bankomatu w miasteczku, w kilku transzach, bo nalegał, że musi zamówić materiały już teraz. Czułam się potrzebna. Czułam, że ratuję nasze wspólne szczęście.

Nie chciałam w to uwierzyć

Dwa dni przed wyjazdem Mariola wróciła do pokoju dziwnie wzburzona.

– Halina, muszę ci coś powiedzieć, ale pewnie mi nie uwierzysz – zaczęła, siadając na brzegu łóżka.

– O co chodzi? – zapytałam.

– Widziałam Jerzego. Siedział w kawiarni „Zdrojowa” z jakąś kobietą. I to nie była zwykła kawa. Trzymał ją za rękę tak samo, jak trzyma ciebie.

– Przesadzasz – machnęłam ręką, choć w żołądku poczułam nieprzyjemny ucisk. – Może to jakaś znajoma? Albo kuzynka?

– Halina, on ją głaskał po policzku! – Mariola była nieustępliwa. – I wiesz co? Ta kobieta miała na szyi taką samą apaszkę, jak ta, którą oglądałyśmy wczoraj na straganie. Tą drogą, jedwabną.

Poczułam ukłucie zazdrości, ale szybko je zdusiłam. Jerzy mnie kochał. Mariola po prostu zazdrościła mi szczęścia. Jednak ziarno niepewności zostało zasiane.

Następnego dnia, w przeddzień wyjazdu, Jerzy powiedział, że musi pojechać do mechanika. Miał wrócić na pożegnalną kolację. Postanowiłam zrobić mu niespodziankę. Kupiłam piękne spinki do mankietów jako symbol mojego oddania. Ponieważ miałam wolne popołudnie, poszłam na spacer w stronę starego parku – miejsca rzadziej uczęszczanego i cichego. Gdy zbliżałam się do gęstego żywopłotu, usłyszałam znajomy głos. To był Jerzy. Zatrzymałam się, a serce podeszło mi do gardła.

– ...mówię ci, Krysiu, łatwo poszło – mówił do telefonu tonem zupełnie innym niż ten, który znałam. Był cyniczny i oschły. – Tak, ta księgowa. Jutro ma mi dać kasę na dach. Tak, zgodziła się.

Zamarłam. Świat zaczął wirować. Oparłam się o pień drzewa.

– Nie, nie martw się – kontynuował. – Jest zakochana po uszy. Słuchaj, muszę kończyć. Do zobaczenia w domu.

Rozłączył się. W jednej sekundzie cały mój świat runął. Willa pod Warszawą, wspólna jesień życia – wszystko to było kłamstwem. Byłam dla niego tylko „tą księgową”, kolejnym celem w jego perfidnym planie.

Nie dam się oszukać

Chciałam uciec, spakować się i wyjechać natychmiast, byle nie patrzeć mu w oczy. Ale potem przyszła wściekłość. Nie, nie ucieknę. Nie dam mu tej satysfakcji. Wróciłam do pokoju i opowiedziałam wszystko Marioli.

– A nie mówiłam?! Co za gnida! – wybuchnęła przyjaciółka.

– Nie wszystko stracone, Mariola – odparłam spokojnie, choć w środku się trzęsłam. – Nie dałam mu jeszcze pieniędzy. Ale zamierzam to zakończyć tak, żeby zapamiętał mnie na długo.

Wieczorem spotkaliśmy się na kolacji. Jerzy był jak zwykle czarujący, przyniósł czerwoną różę.

– Dla najpiękniejszej kobiety w Ciechocinku – powiedział, całując mnie w rękę. – Tęskniłem za tobą cały dzień, kochanie. Mechanik to była droga przez mękę, ale auto gotowe na naszą podróż w przyszłość.

Patrzyłam na niego i nie widziałam już architekta, lecz oszusta żerującego na samotności.

– Jerzy – zaczęłam, starając się opanować drżenie głosu. – Myślałam dużo o tym dachu.

Jego oczy błysnęły chciwością.

– Tak? Halinko, naprawdę nie chcę ci robić kłopotu...

– Nie robisz – przerwałam mu, wyciągając z torebki kopertę.

Jerzy wyprostował się, niemal oblizując wargi. Sięgnął ręką po kopertę, ale ja przykryłam ją dłonią.

– Zanim ci to dam, muszę ci coś powiedzieć. Słyszałam pewną rozmowę w parku.

– Jaką rozmowę? – zapytał, wpatrzony w kopertę.

Twoją rozmowę.

Twarz Jerzego zmieniła się w ułamku sekundy. Uśmiech zniknął, zastąpiony przez wyraz czystego przerażenia. Zbladł, a na jego czole pojawiły się kropelki potu.

– Co... o co chodzi? – wydukał niepewnie.

– O to, że chciałeś mnie oszukać – powiedziałam powoli, delektując się każdą sylabą. – Że wcale mnie nie kochasz. Że chciałeś się ze mną spotykać tylko dla pieniędzy.

Jerzy zerwał się z krzesła. Rozglądał się nerwowo, jakby szukał drogi ucieczki. Ludzie przy sąsiednich stolikach zaczęli na nas patrzeć.

– Nie wiem, o czym mówisz. Jesteś histeryczką – syknął, już bez grama elegancji. – Oddaj mi to, co obiecałaś, za mój zmarnowany czas.

– Twój czas? – zaśmiałam się gorzko. – W tej kopercie nie ma pieniędzy, Jerzy. Jest rachunek.

Otworzyłam kopertę i wysypałam na stół pocięte kawałki papieru – kserokopie ulotek reklamowych zebranych w recepcji.

– To za kawę, za moje złudzenia i za te wszystkie kłamstwa. A teraz wynoś się stąd.

Jerzy nie czekał. Odwrócił się na pięcie i szybkim krokiem wyszedł z restauracji, potrącając kelnera. Nigdy nie widziałam, żeby ktoś tak szybko tracił fason. Zostałam przy stoliku sama, z czerwoną różą, która nagle wydała mi się tandetna i żałosna.

Droga powrotna do samej siebie

Wyjazd z sanatorium był słodko-gorzki. Nie wróciłam z miłością swojego życia ani z planami na remont willi. Wróciłam z poczuciem, że otarłam się o coś okrutnego, ale też z dziwną dumą. Nie dałam się okraść. Moja intuicja, choć uśpiona przez samotność, zadziałała w ostatniej chwili. Mariola odprowadziła mnie do taksówki.

Jesteś twarda babka, Halina – powiedziała, ściskając mnie mocno. – Inna by się załamała, a ty go załatwiłaś koncertowo. Ale wiesz co? Następnym razem pojedziemy nad morze. Tam są lepsi faceci.

Roześmiałam się szczerze pierwszy raz od kilku dni.

W drodze powrotnej w pociągu dużo myślałam. O samotności, która popycha nas do naiwności. O tym, jak bardzo pragniemy ciepła. Jerzy był bezwzględnym manipulatorem, ale dzięki niemu zrozumiałam coś ważnego. Zrozumiałam, że wciąż żyję. Że wciąż mam w sobie zdolność do kochania, do marzeń, do odczuwania emocji. On był fałszywy, ale moje uczucia były prawdziwe. I nikt mi ich nie zabierze.

Gdy weszłam do mojego pustego mieszkania, nie wydawało mi się już tak przytłaczające. Otworzyłam okna, wpuszczając świeże powietrze. Następnego dnia zapisałam się na Uniwersytet Trzeciego Wieku. Nie po to, żeby kogoś poznać, ale żeby się rozwijać. Życie toczy się dalej, a ja zamierzam brać z niego to, co najlepsze, ale już nigdy więcej nie pozwolę, by ktoś traktował moje serce jak bankomat.

Jerzego – czy jakkolwiek miał naprawdę na imię – nigdy więcej nie widziałam. Słyszałam tylko plotki od Marioli, że widziano go w Krynicy. Mam nadzieję, że tamte kobiety będą równie czujne jak ja. Bo my, kobiety po przejściach, może i jesteśmy spragnione miłości, ale nie jesteśmy głupie. I to jest nasza największa siła.

Halina, 64 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama