Reklama

Sanatorium było miejscem, w którym ludzie uczyli się cierpliwości szybciej niż nowych nawyków. Przyjechałem tam z przekonaniem, że wiem o sobie wystarczająco dużo i że nic mnie już nie zaskoczy, zwłaszcza w grupie obcych osób w podobnym wieku. Dni układały się w przewidywalny rytm posiłków, zabiegów i obowiązkowych zajęć ruchowych, które traktowałem raczej jak formalność niż realną pomoc.

Obserwowałem innych z dystansem, czasem z lekką złośliwością, bo łatwiej było oceniać cudze przyzwyczajenia niż przyznać się do własnych ograniczeń. Uważałem, że przyjechałem tu wyłącznie po to, żeby mieć święty spokój i wrócić do domu z pieczątką potwierdzającą, że zrobiłem to, co należało. Nie zakładałem, że zwykła codzienność sanatoryjna może tak bardzo mnie zaskoczyć.

Byłem przekonany, że każdy dzień będzie tylko kolejną wersją poprzedniego, różniącą się co najwyżej pogodą i stopniem zmęczenia. Właśnie w takim nastawieniu wszedłem na salę ćwiczeń po raz pierwszy. A potem sprawy potoczyły się bardzo szybko.

To miała być zwykła pomyłka

Sala do ćwiczeń była większa, niż się spodziewałem, i zdecydowanie jaśniejsza, niż bym sobie życzył. Lustra na ścianach bezlitośnie odbijały sylwetki ludzi, którzy najwyraźniej liczyli na to, że nikt nie będzie patrzył. Instruktor mówił coś o rozgrzewce, a ja rozglądałem się za wolnym miejscem, udając skupienie. Maty leżały równo, oznaczone drobnymi karteczkami, ale nie zwracałem na to uwagi. Chciałem po prostu mieć to za sobą.

Podszedłem do najbliższej maty, rozłożyłem ją i zacząłem ćwiczyć, zanim ktoś zdążył mnie zatrzymać. Kilka ruchów później poczułem na sobie czyjś wzrok. Uniosłem głowę i zobaczyłem kobietę stojącą obok z rękami skrzyżowanymi na piersi.

– Przepraszam, ale to jest moja mata – powiedziała spokojnie.

– Wszystkie wyglądają tak samo – odpowiedziałem, nie przerywając ćwiczenia.

– Ta akurat zna moje plecy – dodała.

Rozejrzałem się nerwowo i zauważyłem kartkę z numerem, której wcześniej nie widziałem. Poczułem się jak uczeń przyłapany na oczywistej pomyłce.

– W takim razie oddaję, zanim się przywiążę – mruknąłem.

Przenosząc się na inną matę, potknąłem się, co wywołało kilka stłumionych śmiechów. Instruktor spojrzał na mnie ostrzegawczo, a ona uniosła brwi.

– Proszę się nie przejmować – powiedziała. – To było nawet zabawne.

– Staram się wprowadzać element rozrywki – odparłem.

– Widzę, że ma pan doświadczenie.

Ćwiczenia trwały dalej, a ja czułem, że ta jedna pomyłka nie poszła w zapomnienie. Co jakiś czas słyszałem jej cichy śmiech, który działał mi na nerwy i jednocześnie sprawiał, że łatwiej było znieść resztę zajęć. Gdy instruktor zakończył ćwiczenia, zacząłem zwijać matę.

– Następnym razem proszę sprawdzić numer – rzuciła na pożegnanie.

– Następnym razem postaram się pomylić mniej efektownie – odpowiedziałem.

Nie wiedziałem jeszcze, że ten drobny wstyd wróci do mnie szybciej, niż się spodziewałem.

Rozmawialiśmy coraz więcej

Następnego dnia przyszedłem na salę wcześniej. Sprawdziłem numery na matach z przesadną dokładnością i stanąłem na właściwej, czując nieuzasadnioną dumę. Instruktor jeszcze nie zaczął, więc ludzie kręcili się bez celu, rozciągając ramiona i wymieniając półsłówka. Udawałem obojętność, choć zerkałem w stronę wejścia. Pojawiła się chwilę później i od razu zauważyła moje skupienie.

– Widzę, że dzisiaj bez przygód – powiedziała.

– Postanowiłem ćwiczyć zgodnie z regulaminem – odpowiedziałem.

– Szkoda, wczoraj było ciekawiej.

– Ciekawość to pierwszy stopień do kontuzji.

Ustawiła się obok mnie, na swojej macie, i zaczęliśmy ćwiczyć równolegle. Instruktor mówił o oddechu i postawie, a ja starałem się nie powtarzać wczorajszych błędów. Po kilku minutach zauważyłem, że ona poruszała się spokojniej, jakby znała ten zestaw od dawna.

– Za szybko pan oddycha – szepnęła.

– To nerwy – mruknąłem.

– Sanatorium to nie egzamin.

– Dla kolan bywa.

Pomyliłem kolejność ruchów i zatrzymałem się w pół gestu.

– Teraz skręt – podpowiedziała.

– Wiem, tylko sprawdzam cierpliwość instruktora.

– On ma większą, niż pan myśli.

Po zajęciach wyszliśmy razem na korytarz. Czułem lekki ból w plecach, ale był do zniesienia.

Długo pan tu zostaje? – zapytała.

– Jeszcze dwa tygodnie, jeśli mnie wcześniej nie wyrzucą.

– To wystarczająco długo, żeby się przyzwyczaić.

– Do czego?

– Do ćwiczeń. Albo do pomyłek.

Zawahałem się chwilę, po czym skinąłem głową.

– Może następnym razem spróbujemy ćwiczyć razem – zaproponowałem.

– To zależy, czy znowu pomyli pan maty.

– Obiecuję sprawdzać dwa razy.

Uśmiechnęła się lekko, a ja uznałem to za nieoczekiwany sukces, choć nie byłem pewien, w jakiej konkurencji.

Śmiałem się razem z nią

Trzeciego dnia na sali czułem się już bardziej jak u siebie, choć nadal traktowałem to miejsce z rezerwą. Rozłożyliśmy jedną matę pomiędzy sobą, co wymagało więcej precyzji niż wszystkie wcześniejsze ćwiczenia razem wzięte. Instruktor zerknął na nas podejrzliwie, lecz nic nie powiedział, jakby uznał, że odpowiedzialność spada wyłącznie na nas. Stanęliśmy naprzeciw siebie, próbując ustalić tempo.

– Proszę nie przesuwać się tak w lewo – powiedziała.

– To mata mnie ciągnie – odpowiedziałem.

– Mata nie może pana ciągnąć.

– Widzę, że ktoś tu nie ma wiary w sprzęt.

Zaczęliśmy ćwiczyć wolniej, uważniej. Każdy ruch wymagał synchronizacji, co przychodziło nam z trudem. Kilka razy pomyliliśmy kolejność i musieliśmy zaczynać od nowa.

– Kolana szerzej – zauważyła.

– To jedyne, na co mnie stać – mruknąłem.

– W sanatorium wszyscy mówią, że nie mogą, a potem mogą.

– Ja jestem wyjątkiem.

Instruktor podszedł bliżej, poprawił mi postawę i odszedł bez słowa. Poczułem lekkie zakłopotanie, które próbowałem rozładować komentarzem.

– Widzi pani, mam oficjalne potwierdzenie.

– Proszę się nie cieszyć za wcześnie.

Po zajęciach usiedliśmy na ławce przy wyjściu. Sala powoli pustoszała, a echo rozmów cichło.

– Zawsze pan tak narzeka? – zapytała.

– To mój sposób na koncentrację.

– Działa?

– Czasem.

– Dlaczego pan tu przyjechał? – dodała po chwili.

– Lekarz uznał, że powinienem zwolnić.

– A pan?

– Ja uznałem, że lekarz lubi wydawać polecenia.

– A mimo to pan przyjechał.

I nie żałuję.

Uśmiechnęła się i wstała.

– Jutro też razem? – zapytała.

– Jeśli mata wyrazi zgodę – odpowiedziałem.

Tym razem śmiałem się razem z nią, a nie z siebie.

Czekałem na te spotkania

Czwartego dnia przestałem udawać, że przychodzę na ćwiczenia wyłącznie z obowiązku. Pojawiłem się wcześniej i rozłożyłem matę, pilnując, żeby leżała równo, jakby od tego zależał cały porządek świata. Gdy weszła na salę, skinęła głową w moją stronę, co odebrałem jako dobry znak. Instruktor rozpoczął zajęcia bez wstępu, a my ustawiliśmy się obok siebie niemal automatycznie.

– Dzisiaj wygląda pan na bardziej przytomnego – zauważyła.

– To zasługa snu... albo rezygnacji – odpowiedziałem.

– Jedno i drugie bywa pomocne.

Ćwiczyliśmy w ciszy dłużej niż zwykle. Zauważyłem, że ruchy przychodziły mi łatwiej, choć niechętnie się do tego przyznawałem. W pewnym momencie straciłem równowagę i zrobiłem krok w bok.

– Uważaj – powiedziała, chwytając mnie za ramię.

– Jeszcze chwila i będę potrzebował dodatkowego turnusu.

– Proszę nie dramatyzować, to tylko małe zachwianie.

– Dla kolana każda taka chwila jest podejrzana.

Instruktor rzucił w naszą stronę krótkie spojrzenie, po czym wrócił do reszty grupy. Dokończyliśmy ćwiczenia bez kolejnych incydentów. Po zajęciach wyszliśmy na zewnątrz, gdzie powietrze było chłodniejsze.

Lepiej ćwiczy się we dwoje – powiedziałem.

– Łatwiej się pilnować – odpowiedziała.

– I łatwiej zauważyć błędy.

– Własne czy cudze?

– Cudze są bardziej widoczne.

– W takim razie ma pan dużo materiału do obserwacji.

Usiedliśmy na ławce w ogrodzie. Przez chwilę patrzyliśmy na ludzi spacerujących między alejkami.

Będzie mi brakowało tych zajęć – przyznałem.

– Jeszcze się nie kończą.

– Lubię się przygotować na rozczarowanie.

– To bardzo dojrzałe.

– Staram się.

Wstała pierwsza, poprawiając kurtkę.

Jutro też tu będę – powiedziała.

– W takim razie nie mogę sobie pozwolić na nieobecność.

Zauważyłem, że po raz pierwszy od dawna myślałem o ćwiczeniach bez niechęci.

Nie chciałem, żeby to się skończyło

Ostatni tydzień turnusu przyniósł wyraźną zmianę tempa, jakby wszyscy nagle przypomnieli sobie o świecie poza sanatorium. Na sali ćwiczeń było ciszej, mniej nerwowo, choć ruchy pozostawały te same. Rozkładaliśmy matę bez słów, z wprawą, która jeszcze kilka dni wcześniej wydawałaby mi się podejrzana. Instruktor skracał komentarze, jakby ufał, że reszta wydarzy się sama.

– Dzisiaj jakoś szybciej mija czas – powiedziała.

To zły znak, zwykle oznacza koniec – odpowiedziałem.

– Lubi pan czarne scenariusze.

– Są bardziej realistyczne.

Ćwiczyliśmy uważniej, bez żartów przez kilka minut. Każdy ruch miał swoją kolejność, a ja pilnowałem oddechu, choć wcześniej traktowałem to jak fanaberię.

– Dobrze pan trzyma tempo – zauważyła.

– Proszę nie przesadzać z pochwałami.

– Czasem warto.

– Jeszcze się przyzwyczaję.

Po zajęciach usiedliśmy na tej samej ławce przy wyjściu. Ludzie rozchodzili się szybciej niż zwykle.

Niedługo wyjazd – powiedziała.

– Widzę to po walizkach.

– Będzie pan ćwiczył dalej?

– Jeśli znajdę matę, która mnie zaakceptuje.

– Każda mata się przyzwyczaja.

– To pocieszające.

Przez chwilę milczeliśmy, co nie było niezręczne. Raczej konieczne.

Dziękuję za wspólne ćwiczenia – powiedziałem w końcu.

– To była dobra odmiana.

– Od czego?

– Od ćwiczenia w pojedynkę.

– Samemu łatwiej się poddać.

– Właśnie.

Wstała i spojrzała na salę, jakby chciała ją zapamiętać.

– Może jeszcze jutro? – zapytała.

– Jeśli się nie spóźnię.

– Postaram się pilnować czasu.

– To już brzmi jak współpraca.

Uśmiechnęła się lekko i ruszyła w stronę wyjścia. Zostałem chwilę dłużej, zwijając matę powoli, z myślą, że koniec turnusu nie musi oznaczać końca tego rytmu.

Czasem warto zaryzykować

Dzień wyjazdu miał w sobie coś z porządku i pośpiechu jednocześnie. Korytarze były pełne walizek, a rozmowy urywały się w pół zdania. Przyszedłem na salę ćwiczeń wcześniej niż zwykle, bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby. Mata leżała zwinięta pod ścianą, a ja przez chwilę zastanawiałem się, czy w ogóle ją rozkładać. Zanim zdążyłem podjąć decyzję, weszła na salę i zatrzymała się obok mnie.

– Myślałam, że już pan wyjechał – powiedziała.

– Jeszcze nie. Nie lubię niedokończonych spraw.

– To dobre podejście.

Rozłożyliśmy matę po raz ostatni, bez instrukcji, bez pośpiechu. Ćwiczenia były krótkie i uproszczone. Instruktor tylko skinął głową, jakby rozumiał, że to nie jest zwykły poranek.

– Dobrze, że pan przyszedł – powiedziała po chwili.

– Sam się sobie dziwię.

Sanatorium sprzyja niespodziankom.

– Niektórym.

Po ćwiczeniach usiedliśmy na ławce przy wyjściu. W powietrzu unosił się zapach kawy z automatu i świeżo umytej podłogi.

– Proszę uważać na siebie po powrocie – powiedziała.

– Postaram się.

– Może teraz będzie pan miał motywację.

– Ćwiczenia?

Wspólne ćwiczenia, nawet jeśli tylko w myślach.

Wstała pierwsza i podała mi rękę.

– Bez pomyłek na koniec – dodała.

– Jedna wystarczy na cały turnus.

– To było zabawne.

– Teraz mogę się zgodzić.

Pożegnaliśmy się krótko, bez wielkich deklaracji. Wyjeżdżając z sanatorium, miałem wrażenie, że zostawiam tam coś więcej niż matę. Zyskałem dowód na to, że czase warto zaryzykować.

Leon, 63 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama