„W rocznicę ślubu liczyłam na drogie perfumy, a mąż kupił mi orbitrek. Zrozumiałam, że zrobił prezent sobie, a nie mi”
„To nie był tylko nietrafiony prezent. To był symbol, zimny i twardy dowód na to, że człowiek, z którym dzielę życie od dekady, patrzy na mnie, ale widzi kogoś zupełnie innego. Kogoś, kim chciałby, żebym była. Miałam ochotę płakać, ale zamiast łez pojawiła się wściekłość, jakiej nie czułam od lat”.

- Redakcja
Stałam na środku salonu, patrząc na ten lśniący, metalowy potwór, który kosztował tyle, co nasze zeszłoroczne wakacje, i czułam, jak w gardle rośnie mi wielka, dławiąca gula. To nie był tylko nietrafiony prezent. To był symbol, zimny i twardy dowód na to, że człowiek, z którym dzielę życie od dekady, patrzy na mnie, ale widzi kogoś zupełnie innego. Kogoś, kim chciałby, żebym była. Miałam ochotę płakać, ale zamiast łez pojawiła się wściekłość, jakiej nie czułam od lat.
Przecież słuchał, prawda?
W naszym domu od zawsze panował podział, który wydawał się nam naturalny, a przynajmniej tak sobie wmawiałam przez lata. Jacek był wulkanem energii. Wstawał o piątej rano, żeby zrobić trening interwałowy jeszcze przed pierwszą kawą. A ja? Ja byłam tą drugą stroną medalu. Moją siłownią był fotel w rogu sypialni, a ciężarami, które podnosiłam, były opasłe tomy książek historycznych, które pochłaniałam w tempie ekspresowym.
Nie byłam leniwa. Po prostu ceniłam inne formy spędzania czasu. Praca w archiwum miejskim wymagała ode mnie skupienia i ciszy, co przekładało się na moje życie prywatne. Kochałam spokój. Kochałam zapach starego papieru, ciepło herbaty z goździkami i długie spacery z naszym psem, podczas których nie liczyliśmy kroków ani spalonych kalorii, tylko po prostu szliśmy przed siebie. Jacek to akceptował. Albo tak mi się wydawało.
Zbliżały się moje okrągłe, czterdzieste urodziny. To taki moment w życiu kobiety, kiedy podświadomie oczekuje się czegoś wyjątkowego. Nie chodziło mi o diamenty czy wycieczki dookoła świata. Od miesięcy wzdychałam do pewnej witryny antykwarycznej, którą mijałam w drodze do pracy. Była piękna, dębowa, z delikatnymi rzeźbieniami. Idealna na moją kolekcję porcelanowych filiżanek, które obecnie kurzyły się w kartonach na strychu, bo w nowoczesnej kuchni Jacka nie było na nie miejsca.
Kilka razy zaciągnęłam go pod wystawę. Pokazywałam palcem, mówiłam, jak bardzo by pasowała do naszego salonu, jak zmieniłaby jego charakter z laboratoryjnego na bardziej domowy. Jacek kiwał głową, mruczał coś pod nosem i sprawdzał tętno na swoim smartwatchu. Uznałam to za dobrą monetę. Przecież słuchał, prawda? Tydzień przed urodzinami zauważyłam, że jest dziwnie podekscytowany. Szeptał przez telefon, zamykał drzwi od gabinetu, gdy wchodziłam. Moja przyjaciółka, Dorota, z którą spotkałam się na kawę, stwierdziła, że na pewno szykuje niespodziankę życia.
– Zobaczysz, Paulina – mówiła, mieszając latte. – On cię kocha. Może czasem jest trochę zafiksowany na punkcie tych swoich maratonów, ale pamięta, co lubisz. Ta witryna na pewno już na ciebie czeka.
Uwierzyłam jej. Pozwoliłam sobie na nadzieję, że ten prezent będzie mostem, gestem zrozumienia mojej wrażliwości. Że Jacek w końcu doceni to, co mnie cieszy, a nie tylko to, co jest efektywne i zdrowe.
Zadbanie o siebie to podstawa
Dzień urodzin przypadł w sobotę. Jacek zarządził, że świętujemy w domu, tylko we dwoje, co bardzo mi odpowiadało. Przygotował kolację – oczywiście zbalansowaną, z dużą ilością warzyw, ale doceniłam gest. Było miło. Świece, cicha muzyka w tle. Czułam, jak napięcie z całego tygodnia ze mnie schodzi.
– Kochanie – zaczął, gdy skończyliśmy jeść. Jego oczy błyszczały. – Wiem, że ta czterdziestka to dla ciebie ważny moment. Nowy rozdział.
Uśmiechnęłam się, czując motyle w brzuchu.
– To prawda. Czuję, że to czas na zmiany, na zadbanie o swoją przestrzeń – powiedziałam, mając na myśli ten nieszczęsny kąt w salonie, gdzie widziałam witrynę.
– Dokładnie! – Jacek aż podskoczył na krześle. – Zadbanie o siebie to podstawa. Dlatego twój prezent nie zmieścił się pod stołem. Czeka w garażu, ale zaraz go wniesiemy. Zamknij oczy.
Serce biło mi jak szalone. Wniesiemy? Witryna była ciężka, to miało sens. Posłusznie zamknęłam oczy. Słyszałam, jak Jacek otwiera drzwi tarasowe, potem jakieś szuranie, metaliczny dźwięk uderzający o futrynę.
– Jeszcze chwila... okej, już! Możesz otworzyć! – zawołał tryumfalnie.
Otworzyłam oczy i zamarłam. Na środku naszego salonu, w miejscu, gdzie wyobrażałam sobie dębowy mebel z duszą, stała maszyna. Była ogromna. Czarna, z czerwonymi akcentami, wielkim wyświetlaczem LCD i kołem zamachowym, które wyglądało jak część silnika odrzutowca. To był profesjonalny orbitrek. Najwyższa półka. Sprzęt, jaki widuje się w drogich klubach fitness, do których bałam się wchodzić.
– Niespodzianka! – krzyknął Jacek, rozkładając ręce. – To najnowszy model.
Stałam tam, a uśmiech powoli spływał z mojej twarzy jak wosk ze świecy. Czułam się, jakby ktoś zrobił sobie ze mnie żart. Nie chodziło o to, że nie dostałam witryny. Chodziło o to, co dostałam w zamian.
– Orbitrek? – wydusiłam z siebie cicho.
– Nie byle jaki orbitrek! – poprawił mnie, podchodząc do maszyny i głaszcząc ją czule po kierownicy. – Mówiłaś o zmianach, prawda? Czterdziestka to ostatni dzwonek, żeby wziąć się za siebie.
Patrzyłam na niego i nie wierzyłam. On naprawdę uważał, że to jest to, o czym marzę.
– Jacek... ja nienawidzę biegać. Nienawidzę się pocić w zamkniętych pomieszczeniach – powiedziałam, starając się zachować spokój, choć w środku wszystko we mnie krzyczało.
– Bo nigdy nie miałaś porządnego sprzętu! – zbagatelizował moje słowa machnięciem ręki. – Na tym to sama przyjemność. Włączysz sobie serial i nawet nie zauważysz, kiedy spalisz pięćset kalorii. Pomyśl, będziemy razem trenować. Ja na bieżni w piwnicy, ty tutaj. Będziemy fit małżeństwem.
To jest próba naprawienia mnie
W tym momencie coś we mnie pękło. Przez lata akceptowałam jego uwagi o tym, że moje menu pozostawia wiele do życzenia. Że powinnam więcej się ruszać. Że moje hobby są "statyczne". Zawsze ubierał to w słowa troski. Ale teraz, patrząc na ten zimny, techniczny obiekt w moim przytulnym salonie, zrozumiałam, że to nie jest troska. To jest próba naprawienia mnie. Ulepszenia. Jakbym była starą wersją oprogramowania, która wymaga aktualizacji.
– Czy ty mnie w ogóle znasz? – zapytałam, a mój głos stał się twardy.
Jacek przestał majstrować przy wyświetlaczu i spojrzał na mnie zdziwiony.
– O co ci chodzi? Kupiłem ci sprzęt za osiem tysięcy złotych, a tobie źle? Inni ludzie marzą o czymś takim.
– Ja jestem twoją żoną – podeszłam bliżej, omijając szerokim łukiem maszynę. – Od miesięcy mówiłam ci o tej witrynie z antykwariatu. Zaciągnęłam cię tam trzy razy. Pokazywałam palcem. Mówiłam: "Jacek, to jest moje marzenie". A ty kupiłeś mi... to.
– Witryna? – prychnął, a w jego głosie pojawiła się nuta irytacji. – Kolejny mebel do zbierania kurzu? Paulina, bądź poważna. Chcę, żebyś zadbała o siebie. Patrzę, jak wracasz z pracy i siadasz z książką, i martwię się o ciebie. To dla twojego dobra.
– Dla mojego dobra czy dla twojego ? – nie wytrzymałam. – Boisz się, że masz żonę, która nie pasuje do twojego idealnego obrazka? Że kiedy spotykasz się z kolegami z klubu biegacza i ich wysportowanymi żonami, to ja wyglądam przy nich blado?
Jacek poczerwieniał. Trafiłam w czuły punkt.
– Nie przesadzaj. Po prostu widzę, że marnujesz potencjał. Mogłabyś wyglądać świetnie, czuć się świetnie...
– Ja czuję się świetnie! – przerwałam mu, czując łzy napływające do oczu. – Lubię swoje życie. Lubię czytać. Lubię swoje spacery. Lubię to, jak wyglądam. To ty masz z tym problem. Kupiłeś ten sprzęt dla siebie, Jacek. Żebyś mógł patrzeć na mnie i widzieć swoje odbicie. Żebyś mógł odhaczyć w swoim kalendarzu: "żona zoptymalizowana".
Zapadła cisza. Tylko wentylator w laptopie szumiał cicho w kącie. Jacek stał oparty o orbitrek. Wyglądał na urażonego, ale w jego oczach widziałam też cień niepewności.
– To niesprawiedliwe – mruknął w końcu. – Chciałem ci dać coś, co da ci energię. Mówiłaś ostatnio, że jesteś zmęczona.
– Jestem zmęczona pracą i tempem życia, a nie brakiem cardio! – krzyknęłam. – Odpoczywam, czytając. Odpoczywam, patrząc na piękne rzeczy. Ten sprzęt... on mi przypomina o tym, czego ode mnie wymagasz, a czego ja nie chcę ci dać.
Wyszłam z salonu. Nie mogłam tam dłużej stać. Zamknęłam się w sypialni i usiadłam na moim starym fotelu. Drżałam. To nie była zwykła kłótnia o prezent. To była konfrontacja dwóch wizji życia, które od dawna się rozjeżdżały, ale udawaliśmy, że biegną równolegle. Jacek kochał wyzwania, pokonywanie granic. Ja kochałam akceptację, spokój i pielęgnowanie tego, co jest.
Nie możesz narzucać mi swojego stylu życia
Siedziałam tam godzinę, może dwie. Słyszałam, jak Jacek krząta się po domu. Potem zapadła cisza. W końcu drzwi do sypialni uchyliły się cicho. Wszedł z dwoma kubkami herbaty. Nie z szejkiem proteinowym, ale ze zwykłą herbatą z cytryną. Usiadł na brzegu łóżka. Wyglądał na zmęczonego, cała ta jego pewność siebie gdzieś wyparowała.
– Przepraszam – powiedział cicho, patrząc w podłogę. – Chyba... chyba faktycznie trochę odleciałem.
Milczałam, czekając na ciąg dalszy.
– Zadzwoniłem do Marka, wiesz, tego kumpla od triathlonu. Opowiedziałem mu o prezencie, myśląc, że mnie poprze – zaśmiał się gorzko. – A on mnie wyśmiał. Powiedział: "Stary, kupiłeś żonie odkurzacz, tylko że droższy i bardziej męczący". Zapytał, czy kiedykolwiek widziałem cię w stroju sportowym z własnej woli.
– I co mu odpowiedziałeś? – zapytałam, biorąc od niego kubek.
– Że nie. Że zawsze cię do tego namawiałem.
Spojrzał mi w oczy.
– Paulina, to naprawdę było z troski. Nie pomyślałem, że ty możesz chcieć żyć inaczej. Że unieszczęśliwiam cię, próbując cię "ratować" na siłę.
To wyznanie mnie zaskoczyło.
– Doceniam twoją troskę, Jacek – powiedziałam łagodniej, kładąc dłoń na jego ręce. – Ale nie możesz narzucać mi swojego stylu życia. Dla mnie relaksem jest książka, a nie interwały. Jeśli będziesz mnie zmuszał do bycia kimś, kim nie jestem, to stracisz mnie szybciej przez rozwód.
Skrzywił się na słowo "rozwód", ale pokiwał głową.
– Masz rację. To było głupie. I egoistyczne. Byłem tak zafascynowany tymi funkcjami w orbitreku, że zapomniałem o tobie. O prawdziwej tobie.
Każde z nas ma swój świat
Następnego dnia rano, kiedy wstałam, orbitreka nie było już w salonie. Znalazłam go w garażu, przykrytego folią. Jacek siedział w kuchni przy laptopie.
– Wystawiłem go na sprzedaż – powiedział, nie podnosząc wzroku. – Jako "nietrafiony prezent". Stracę na tym parę stówek, ale trudno. Należy mi się kara.
Podeszłam do niego i pocałowałam go w czubek głowy.
– A co z witryną? – zapytałam z lekkim uśmiechem.
– Witryna... – westchnął ciężko. – Dzwoniłem tam rano. Jest zarezerwowana do poniedziałku, ale jeśli tamten klient nie odbierze, to jest twoja. A jak nie ta, to znajdziemy inną. Obiecuję.
Dwa tygodnie później w naszym salonie stanęła dębowa witryna. Nie ta sama, tamta niestety się sprzedała, ale znaleźliśmy inną, jeszcze piękniejszą, z podświetlanymi półkami. Jacek sam ją przywiózł i, klnąc pod nosem, wniósł na pierwsze piętro. Kiedy układałam w niej swoje filiżanki, widziałam, jak patrzy na mnie z kanapy. Nie patrzył na "projekt do poprawy". Patrzył na swoją żonę, która po prostu jest szczęśliwa.
Orbitrek ostatecznie nie został sprzedany. Jacek stwierdził, że wstawi go do swojego gabinetu i będzie używał w zimowe wieczory. Czasami, gdy przechodzę obok uchylonych drzwi, widzę, jak na nim pędzi, zlany potem. Uśmiecham się wtedy pod nosem, idę do salonu, siadam w fotelu obok mojej witryny i otwieram książkę. Każde z nas ma swój świat, ale w końcu nauczyliśmy się szanować granice między nimi. I to był najlepszy prezent, jaki mogliśmy sobie dać.
Paulina, 40 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Płakałam, gdy mąż wręczył mi własnoręczny list miłosny. Szkoda tylko, że przepisał go z internetowego gotowca”
- „Mój mąż po 50-tce przyrósł do kanapy i nic mu się nie chce. Jeszcze trochę i na starość się rozwiedziemy”
- „Mąż zbierał paragony do koperty, a później robił ze mnie darmozjada. Najtańsze perfumy to dla niego zbędny luksus”

