Reklama

Poranki wyglądały u nas tak samo: szybka kawa, wymiana kilku zdań o sprawach technicznych i cisza, która ciągnęła się za nami aż do wieczora. Czasem bardzo mnie to męczyło, ostatnio zresztą coraz mocniej. Mieszkaliśmy razem, a ja coraz częściej czułam się, jakbym była tylko lokatorką w jego życiu. Po kłótniach nie było rozmów, tylko milczenie. Walentynki zbliżały się nie jak święto, lecz jak sprawdzian, którego bałam się od tygodni.

Michał spuścił wzrok

Od rana wszystko było napięte jak zbyt mocno naciągnięta struna. Michał krzątał się po mieszkaniu ciszej niż zwykle, jakby bał się, że każde słowo może mnie zniszczyć. Ja z kolei udawałam obojętność, choć w środku liczyłam na jakiś znak, że ten dzień jednak będzie inny. Walentynki zawsze wyciągały na wierzch to, czego na co dzień nie chciałam widzieć. Wieczorem usiedliśmy przy stole. Kwiaty stały w wazonie, ale wyglądały bardziej jak rekwizyt niż gest. Michał podał mi niewielkie pudełko, bez uśmiechu, bez tego błysku w oku, na który czekałam.

— Proszę — powiedział krótko, odsuwając je w moją stronę.

— Tylko tyle? — wyrwało mi się szybciej, niż zdążyłam pomyśleć.

Spojrzał na mnie zmęczonym wzrokiem.

— Alicja, zawsze jest ci mało.

To zdanie uderzyło we mnie jak coś zimnego. Poczułam, jak zbiera się we mnie wszystko, co tłumiłam od miesięcy.

— Bo nigdy nie mówisz, co czujesz. Bo wszystko robię sama, nawet domyślam się twoich intencji! — odpowiedziałam, unosząc głos.

— A ty zawsze krzyczysz, zamiast zapytać — odparł cicho, ale to tylko mnie bardziej rozjuszyło.

— Bo ile razy mam pytać? — Wstałam gwałtownie od stołu. — To pudełko ma niby coś zmienić?

Michał spuścił wzrok. Milczał zbyt długo.

— Właśnie o to chodzi — rzuciłam. — Zawsze cisza.

Wzięłam prezent do ręki. Był zaskakująco ciężki, ale wtedy uznałam to za bez znaczenia. Ważniejsze było uczucie, że znów zostałam sama ze swoimi myślami, a on stoi obok, jakby nas to nie dotyczyło.

Nie chcę tego — powiedziałam ostro. — Nie teraz.

W jego oczach pojawiło się coś, czego wtedy nie potrafiłam nazwać. Może strach, może rezygnacja. Odwróciłam się jednak pierwsza, przekonana, że znów to ja muszę ratować siebie. Tego wieczoru byłam pewna jednego: jeśli coś miało się naprawić, właśnie zaczęło się psuć na dobre.

Do domu wracałam wolniej

Nie pamiętałam, jak wyszłam z mieszkania. Drzwi zamknęły się za mną z głuchym dźwiękiem, a ja dopiero na klatce schodowej zorientowałam się, że wciąż ściskam w dłoni to pudełko. Serce biło mi za szybko, myśli plątały się w jedno: że znowu dałam się zbyć, że znowu uwierzyłam, że ten dzień coś zmieni. Na zewnątrz było chłodno, powietrze szczypało w twarz. Szłam przed siebie bez celu, aż zobaczyłam kontenery przy bocznej ulicy. Zatrzymałam się nagle, jakby to miejsce było logicznym końcem mojej złości.

— Idealnie — mruknęłam do siebie.

Odezwał się we mnie śmiech, krótki i nerwowy. Otworzenie pudełka przyszło mi przez myśl tylko przez ułamek sekundy. Ciekawość próbowała przebić się przez gniew, ale była zbyt cicha.

— Po co — powiedziałam głośno, choć nikt mnie nie słyszał. — Żeby znów się rozczarować?

Bez dalszego wahania wrzuciłam prezent do kontenera. Usłyszałam tępy odgłos, gdy uderzył o inne śmieci. Przez moment poczułam ulgę. Jakby ten gest był postawieniem granicy, dowodem, że potrafię powiedzieć „dość”. Stałam jeszcze chwilę, patrząc na zamkniętą klapę. W środku pojawiło się lekkie ukłucie, ale szybko je zagłuszyłam. Przecież to tylko przedmiot. Symbol czegoś, co i tak nie działało.

Do domu wracałam wolniej. Cisza w mieszkaniu była inna niż zwykle, cięższa. Michała nie było w salonie, nie było go w kuchni. Zajrzałam do sypialni — siedział na łóżku, z rękami splecionymi na kolanach.

Wyrzuciłam to — powiedziałam chłodno.

Podniósł na mnie wzrok. Nie zapytał gdzie. Nie zapytał dlaczego.

— Rozumiem — odparł tylko.

To jedno słowo zabolało bardziej, niż gdyby zaczął krzyczeć. Po raz pierwszy poczułam, że zrobiłam coś nieodwracalnego, choć jeszcze nie wiedziałam dlaczego. Tej nocy długo nie mogłam zasnąć, wsłuchując się w jego równy oddech i w myśl, która nie dawała mi spokoju: czy gniew nie był silniejszy niż wszystko inne.

A jeśli przesadziłam?

Po walentynkach czas nie ruszył z miejsca, tylko jakby się rozciągnął. Dni mijały, a między nami rosła przestrzeń, której nie umiałam już zasypać słowami. Michał stał się jeszcze cichszy. Wracał z pracy później, zamykał się w drugim pokoju, odpowiadał półsłówkami. Ja udawałam, że to mi nie przeszkadza, choć każde jego „zaraz” i „nie teraz” brzmiało jak odsuwanie mnie na bok.

— Możemy pogadać? — zapytałam któregoś wieczoru, stojąc w progu pokoju.

Podniósł wzrok znad telefonu.

— O czym?

To pytanie odebrało mi resztki odwagi.

— O nas.

Westchnął ciężko i odłożył urządzenie.

— Alicja, wszystko już zostało powiedziane.

— Właśnie, że nie — odpowiedziałam, czując, jak ściska mnie w gardle. — Ty nic nie mówisz.

— A ty nie słuchasz — odparł spokojnie.

Ta rozmowa zakończyła się szybciej, niż się zaczęła. Bez krzyków, bez dramatów. Był tylko chłód, który wpełzał między nas coraz śmielej. Zaczęliśmy spać jakby osobno, choć w jednym łóżku. Każde z nas z własnymi myślami, odwróceni plecami. Coraz częściej wracałam myślami do tamtego wieczoru i do pudełka, które wylądowało w kontenerze. Pojawiało się pytanie, którego wcześniej nie dopuszczałam: a jeśli przesadziłam? A jeśli zareagowałam nie na to, co było, tylko na wszystko, co we mnie narosło?

Nie znalazłam jednak w sobie odwagi, by to sprawdzić. Michał też nie robił kroku w moją stronę. Jakbyśmy oboje czekali, aż coś się samo rozwiąże. Rozstanie przyszło cicho. Pewnego ranka usiedliśmy przy stole, tym samym, przy którym wręczył mi prezent.

— Chyba nie umiemy już być razem — powiedział.

Kiwnęłam głową. Łzy napłynęły mi do oczu dopiero wtedy, gdy zaczął pakować swoje rzeczy. Wiedziałam, że coś się kończy definitywnie, choć nadal nie rozumiałam, co dokładnie straciłam.

Świat na moment zwolnił

Minęło kilka tygodni od wyprowadzki Michała, kiedy spotkałam Łukasza. Stał przede mną w kolejce w małej piekarni niedaleko mojego mieszkania. Zorientowałam się dopiero, gdy odwrócił się z bułką w ręku i spojrzał na mnie z wyraźnym zakłopotaniem.

— Alicja? — zapytał niepewnie. — Dawno się nie widzieliśmy.

Rozmawialiśmy chwilę o rzeczach zupełnie nieistotnych. O pogodzie, o pracy. W końcu zapadła cisza, ta niezręczna, w której zwykle padają słowa, których nikt nie planował.

— Michał wyjechał — powiedział nagle. — Musiał zmienić wszystko.

Poczułam ukłucie w żołądku.

— Wyjechał? — powtórzyłam. — Nic nie mówił.

Łukasz skinął głową, jakby się wahał, czy iść dalej.

— Wiesz… on bardzo przeżył walentynki. Ten prezent… — Urwał i spojrzał na mnie uważnie.

— Jaki prezent? — zapytałam, choć serce zaczęło bić mi szybciej.

— Ten, który przygotowywał od miesięcy — powiedział cicho. — Bał się jak nigdy. Mówił, że jeśli się odważy, to wszystko się zmieni.

Świat na moment zwolnił.

— Co było w środku? — wyszeptałam.

Łukasz westchnął.

— Pierścionek. I list. Pisał go kilka tygodni, skreślał, poprawiał. Chciał ci wreszcie powiedzieć, jak bardzo mu zależy i że chce z tobą przyszłości.

Nie pamiętam, co odpowiedziałam. Wyszłam z piekarni jak w transie. Każde słowo Łukasza wracało echem, układając się w obraz, którego wcześniej nie chciałam zobaczyć. Michał, zamknięty w sobie, próbujący w jedyny znany sobie sposób zrobić krok, na który ja czekałam latami. Dopiero wtedy dotarło do mnie, co wyrzuciłam. I że razem z tym pudełkiem pozbyłam się szansy, której oboje tak bardzo potrzebowaliśmy.

Lekcja na przyszłość

Zadzwoniłam do Michała jeszcze tego samego dnia. Najpierw nie odebrał, potem telefon był wyłączony. Napisałam wiadomość, krótką i chaotyczną, pełną przeprosin, których nie umiałam wcześniej wypowiedzieć. Odpowiedź nie przyszła. Dopiero po kilku dniach Łukasz napisał mi, że Michał nie chce wracać do tego, co było. Wyjechał daleko, zaczął wszystko od nowa i potrzebował spokoju.

Zostałam sama z tą wiedzą, która przyszła za późno. Wróciłam myślami do tamtego wieczoru, do momentu, w którym ciekawość mogła wygrać z gniewem. Do chwili, gdy jedno proste „poczekaj” mogło zmienić całe nasze życie. Zrozumiałam, jak często niszczyłam to, czego najbardziej się bałam stracić, reagując impulsem zamiast rozmową. Dziś, kiedy mijam tamten kontener, zatrzymuję się na chwilę. Nie dlatego, że wierzę, iż coś da się odzyskać, ale żeby pamiętać. Że czasem nieotwarte pudełko może zawierać wszystkie odpowiedzi, których tak bardzo szukamy. A gdy je wyrzucimy, zostaje już tylko lekcja na przyszłość i cisza po tym, co mogło być.

Alicja, 31 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama