Reklama

Przez lata gryzłam się w język, gdy teściowa poprawiała czapeczkę mojego syna lub krzywiła się na widok obiadu, który ugotowałam po całym dniu pracy. Tłumaczyłam sobie, że chce dobrze, że to tylko troska babci.

Byłam zestresowana

Sobotnie poranki w naszym domu zazwyczaj przypominały pobojowisko po bitwie małych armii. Klocki walały się w każdym rogu, na stole stygły niedojedzone owsianki, a w łazience piętrzyła się góra prania, która zdawała się rosnąć w oczach, jakby karmiła się wilgocią. Jednak ta konkretna sobota była inna. Od siódmej rano biegałam ze ścierką, nerwowo polerując każdy blat, a mojemu mężowi Piotrkowi kazałam trzy razy sprawdzać, czy w przedpokoju nie ma piachu.

– Eliza, przestań, jest czysto – powiedział, gdy po raz kolejny poprawiałam ułożenie poduszek na kanapie. – Mama nie przychodzi na inspekcję sanitarną, tylko odwiedzić wnuki.

Spojrzałam na niego z politowaniem. Mój mąż był wspaniałym człowiekiem, ale w kwestii swojej matki wykazywał się naiwnością godną pięciolatka. Dla niego wizyty mamy były okazją do zjedzenia domowego sernika i wypicia kawy. Dla mnie były to godziny pełne napięcia.

– Ty naprawdę nic nie widzisz? – zapytałam, wzdychając ciężko. – Ostatnim razem przejechała palcem po górnej listwie drzwi, po czym zapytała, czy mam problemy z organizacją czasu, bo ona przy trójce dzieci zawsze miała idealny porządek.

Piotrek machnął ręką.

– Przesadzasz. Ona tak po prostu ma. Jest pedantką. Nie bierz tego do siebie.

Nic nie widział

Łatwo mu było mówić. To nie jego kompetencje były podważane na każdym kroku. Teściowa była kobietą, która wychowała synów w epoce prania tetrowych pieluch i gotowania obiadów z niczego, co w jej mniemaniu czyniło ją niekwestionowanym autorytetem w każdej dziedzinie życia domowego. Ja, pracująca na pełen etat, która czasem zamawiała pizzę i pozwalała dzieciom biegać w brudnych koszulkach, byłam w jej oczach ucieleśnieniem chaosu i zaniedbania.

Dzwonek do drzwi rozległ się punktualnie o dziesiątej. Wyprostowałam się, wzięłam głęboki oddech i przykleiłam do twarzy uśmiech. Teściowa stała na wycieraczce. W jednej ręce trzymała torebkę z prezentami dla Stasia i Zosi, a w drugiej ogromną butelkę z mętna cieczą i pęk suszonej lawendy.

– Dzień dobry, kochani! – zawołała, wchodząc do środka i omiatając wzrokiem przedpokój. – Ojej, jaki tu zaduch. Nie wietrzycie rano?

– Wietrzyliśmy, mamo. Witaj – odpowiedziałam.

Podała mi płaszcz, a potem wręczyła mi tajemniczą butelkę.

– To dla was. Specjalna mikstura. Ocet, soda, olejki eteryczne i moja tajna receptura.

Wszystko wiedziała lepiej

Spojrzałam na mętny płyn z konsternacją.

– Dziękuję, ale mamy płyny do sprzątania. Właśnie kupiłam zapas…

Przerwała mi machnięciem ręki, jakby odpędzała natrętną muchę.

– Dziecko drogie, te twoje sklepowe chemikalia to sama trucizna. Czytałaś kiedyś skład? Jak możesz pozwalać, żeby Staś i Zosia chodzili po podłodze umytej tym… czymś? Przecież Zosia ma taką delikatną skórę.

– Mamo, używam certyfikowanych środków, bezpiecznych dla alergików – próbowałam się bronić, stawiając butelkę na komodzie.

– Certyfikaty… – prychnęła, wchodząc do salonu. – Papier przyjmie wszystko. A natura nigdy nie kłamie. Dzisiaj pokażę ci, jak doprowadzić dom do czystości bez narażania zdrowia rodziny.

Piotrek, widząc moją minę, szybko zainterweniował.

– Mamo, chodź, napijemy się kawy. Eliza upiekła ciasto.

– Ciasto? – Teściowa uniosła brwi. – Mam nadzieję, że bez czekolady? U Stasia widzę początki próchnicy.

Zacisnęłam zęby tak mocno, że aż zabolała mnie szczęka. To dopiero początek, pomyślałam. W trakcie picia kawy moje myśli błądziły wokół wszystkich tych sytuacji z przeszłości, które doprowadziły nas do tego momentu. To nie była kwestia jednego dnia. To był proces, powolne sączenie jadu, kropla po kropli.

Oceniała mnie

Kiedy Zosia miała pół roku, przyjechała teściowa, by zostać z nią na weekend, bo my mieliśmy wyjechać na wesele przyjaciół. Kiedy wróciliśmy, cała wyprawka Zosi była „przeorganizowana”. Ubranka z bawełny zostały upchnięte na dno szafy, a na wierzchu leżały jakieś sweterki z gryzącej wełny.

– Tamte były za cienkie – stwierdziła wtedy tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Dziecko marzło. Matka powinna wiedzieć, kiedy dziecku jest zimno. Ty chyba nie masz tej intuicji.

Wtedy przemilczałam. Byłam zmęczona, młoda, niepewna siebie. Uznałam, że może faktycznie ma rację. Może nie wyczuwam chłodu tak jak ona.

Innym razem, gdy Staś był chory, teściowa wpadła z wizytą i zobaczyła, że podaję mu preparat z apteki. Zrobiła awanturę, że „faszeruję dziecko chemią” zamiast ugotować rosół z kury, którą specjalnie dla nas mogła przywieźć od znajomej ze wsi. Tłumaczenia lekarza nie miały znaczenia. Jej mądrość ludowa była ponad medycyną.

Chciała posprzątać

Wróciłam do rzeczywistości, słysząc brzęk szkła. Teściowa wstała od stołu i skierowała się do kuchni.

– No dobrze, kawa wypita, czas się wziąć do roboty – zakomenderowała. – Gdzie masz wiadro?

– Mamo, ale my nie będziemy teraz sprzątać – powiedziałam stanowczo. – Jest sobota, chcieliśmy spędzić czas razem, może pójść na spacer. Dom jest posprzątany.

Spojrzała na mnie jak na niesforne dziecko.

– Posprzątany? Kochanie, widziałam smugi na oknie balkonowym. A w kuchni blat klei się od soku. Dzieci tego dotykają, potem wkładają rączki do buzi… Chcesz, żeby jadły bakterie?

Zanim zdążyłam zareagować, wyjęła spod zlewu moją butelkę z płynem do podłóg, odkręciła ją, powąchała z obrzydzeniem i wylała zawartość do zlewu. Piotrek, który bawił się klockami ze Stasiem na dywanie, podniósł głowę.

– Mamo, co ty robisz? – zapytał niepewnie.

– Ratuję zdrowie twoich dzieci – odparła, sięgając po swoją butelkę z octem. – Teraz zalejemy to moją miksturą. Zobaczysz, jak powinna pachnieć czystość. Nie tą sztuczną cytryną, która drażni gardło.

Miarka się przebrała

Podeszłam do niej.

– To był mój płyn. Dlaczego go wylałaś?

– Bo jest szkodliwy! – Podniosła głos, odwracając się do mnie z gąbką w ręku. – Czy ty nie rozumiesz? Jesteś matką! Powinnaś czytać etykiety, a nie kupować to, co reklamują w telewizji. Czasem mam wrażenie, że w ogóle nie zastanawiasz się nad konsekwencjami swoich wyborów. Tak samo jak z tym powrotem do pracy. Zosia ledwo skończyła dwa latka, a ty już ją oddałaś obcym ludziom w przedszkolu, żeby robić karierę. I teraz co? Dom niedomyty, dzieci karmione chemią, a ty wiecznie zmęczona.

W kuchni zapadła cisza. Słyszałam tylko tykanie zegara i cichy szum lodówki. Piotrek wstał z dywanu. Staś patrzył na nas szeroko otwartymi oczami. Teraz, patrząc na pustą butelkę po moim płynie i triumfującą minę teściowej, zrozumiałam, że nie mam nic do stracenia. Moja godność została właśnie wylana do zlewu.

– Wyjdź z mojej kuchni – powiedziałam cicho, ale stanowczo.

– Słucham?

– Powiedziałam: wyjdź z mojej kuchni. I odłóż tę gąbkę.

– Nie unoś się. Ja ci tylko pokazuję, jak…

Wyprosiłam ją

– Nie – przerwałam jej, podnosząc głos. – Ty nie pokazujesz. Ty mnie poniżasz. Od pięciu lat wchodzisz do tego domu i krytykujesz wszystko, co robię: moje gotowanie, moje metody wychowawcze, moją pracę, a teraz nawet to, czym myję podłogę. Uważasz, że jestem złą matką, bo nie robię wszystkiego tak jak ty trzydzieści lat temu.

– Ktoś musi zadbać o dzieci, skoro matka woli siedzieć przed komputerem!

– Moje dzieci są zadbane, zdrowe i szczęśliwe – wycedziłam, patrząc jej prosto w oczy. – A to, że używam gotowego płynu, a nie octu, nie czyni mnie trucicielką. To jest mój dom, ja tu ustalam zasady. Jeśli nie potrafisz tego uszanować, jeśli nie potrafisz powstrzymać się od ciągłych uwag i sabotażu, to nie możesz tu przychodzić.

Parsknęła śmiechem, nerwowym i pogardliwym. Spojrzała na Piotrka

– Słyszysz to, synku? Twoja żona wyrzuca mnie z domu, bo chciałam umyć wam podłogę. Powiedz jej coś.

Wzrok wszystkich skupił się na Piotrku. Stał w progu kuchni, blady i spięty. Spojrzał na swoją matkę, potem na mnie. Zobaczył moje trzęsące się ręce. Zobaczył łzy wściekłości, które próbowałam powstrzymać.

– Eliza ma rację, mamo – powiedział cicho.

Był po mojej stronie

Teściowa otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale głos uwiązł jej w gardle.

– Co? – wydusiła w końcu.

– Eliza ma rację – powtórzył. – To jest nasz dom, nasze dzieci i nasze decyzje. Nie możesz przychodzić tutaj i wylewać naszych rzeczy, obrażać mojej żony i sugerować, że krzywdzimy dzieci. Eliza jest wspaniałą matką. Najlepszą, jaką Staś i Zosia mogliby mieć.

– Piotruś… Ty przeciwko matce?

– Nie przeciwko tobie, mamo, ale za moją rodziną. Przekroczyłaś granicę. Prosiłem cię, żebyś przestała komentować, ale nie słuchałaś. Myślałaś, że twoje zdanie jest najważniejsze. Nie jest.

Teściowa stała przez chwilę w bezruchu, analizując sytuację. Po raz pierwszy w życiu jej syn postawił jej tak wyraźną granicę. Jej broń – poczucie winy i manipulacja – okazała się nieskuteczna.

– Skoro tak… – powiedziała chłodno, odstawiając butelkę z octem na blat z głośnym hukiem. – Skoro moja pomoc jest niechciana, to nie będę się narzucać. Zobaczymy, jak sobie poradzicie, gdy dzieci dostaną alergii.

Obraziła się

Otrzepała ręce, jakby chciała zmyć z siebie brud naszej niewdzięczności, i ruszyła do przedpokoju. Nikt jej nie zatrzymywał. Gdy drzwi wejściowe trzasnęły, w domu zapadła cisza absolutna. Zosia podeszła do mnie i przytuliła się do mojej nogi.

– Babcia poszła? – zapytała cicho.

– Tak, kochanie. Babcia musiała już iść – odpowiedziałam, biorąc ją na ręce.

Piotrek oparł się o blat kuchenny i schował twarz w dłoniach.

– Dziękuję, że stanąłeś po mojej stronie – powiedziałam do mojego męża. To było dla mnie najważniejsze.

Przez następne dwa tygodnie panowała cisza. Teściowa nie dzwoniła, my też nie. Nikt nie przestawiał mi rzeczy, nikt nie krzywił się na widok plamy na koszulce Stasia. W końcu zadzwoniła. Rozmowa była sztywna, oficjalna. Nie przeprosiła wprost – to chyba nie leżało w jej naturze – ale zapytała, czy może wpaść w niedzielę na krótki spacer z wnukami. Zgodziliśmy się, ale na naszych warunkach.

Tamtego dnia straciłam butelkę płynu do podłóg i iluzję idealnej rodziny, ale odzyskałam poczucie, że w moim własnym domu to ja jestem panią sytuacji. I że mój mąż stoi murem za mną, a nie za wspomnieniem o tym, jak jego mama prała pieluchy w latach osiemdziesiątych.

Eliza, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama