„W oczach dzieci zamiast wdzięczności widzę złotówki. Nie wiedzą, że spadek już dawno przeszedł im koła nosa”
„– Przeniesiemy cię do jakiegoś nowoczesnego apartamentu, a nadwyżkę ze sprzedaży rozdzielimy między nas już teraz. To w sumie i tak nasze pieniądze w przyszłości, więc co za różnica, czy dostaniemy je dziś, czy za pięć lat?”.

Przez lata byłam przekonana, że rola matki to bycie wiecznym amortyzatorem, który chroni dzieci przed twardym lądowaniem. Dziś, zamiast wdzięczności, widzę w ich oczach jedynie chłodną kalkulację. Postanowiłam, że moje ciężko zapracowane pieniądze nie sfinansują ich lenistwa.
Wychowałam ich w cieple i dostatku, wierząc, że rodzicielska dobroć to waluta, która zawsze wraca z nawiązką. Myślałam, że buduję solidne fundamenty pod ich przyszłe szczęście, a w rzeczywistości nieświadomie karmiłam ich roszczeniowość, podając im wszystko na srebrnej tacy. Kiedy mój mąż, Marek, odszedł kilka lat temu, maski opadły szybciej, niż mogłam się spodziewać. Zamiast stać się moją podporą w żałobie, Igor i Sylwia zaczęli traktować mnie jak terminowy depozyt, który należy jak najszybciej spieniężyć, zanim "termin ważności" matki upłynie.
Ciężko pracowaliśmy
Z Markiem byliśmy małżeństwem z ogromnymi ambicjami. On – rzeczoznawca majątkowy o analitycznym umyśle, ja – tłumaczka przysięgła dwóch języków, która nie znała pojęcia "wolne popołudnie". Pracowaliśmy od świtu do zmierzchu, nie po to, by pławić się w próżnym luksusie, ale by nasze dzieci miały to, czego nam boleśnie brakowało w młodości: poczucie absolutnego bezpieczeństwa. Każdy odłożony banknot był dla nas obietnicą, że Igor i Sylwia nigdy nie zaznają goryczy wybierania między opłaceniem czynszu a zakupem jedzenia.
Dostali od nas wszystko, o czym inni mogli tylko marzyć. Samochody na osiemnastkę, dwupokojowe mieszkania w centrum miasta na zakończenie studiów, a potem systematyczne przelewy, które miały "ułatwiać start". Moja przyjaciółka, Grażyna, często powtarzała przy kawie:
– Ewa, ty ich nie zbroisz na życie, ty ich rozbrajasz. Robisz z nich życiowe kaleki, które nie potrafią ustać na własnych nogach, bo wiedzą, że zawsze podstawisz im miękką poduchę.
Tylko machałam na to ręką, kwitując jej uwagi uśmiechem.
– Przesadzasz, Grażynko. Po to się dorobiliśmy, żeby one miały lżej. Świat jest dziś wystarczająco brutalny – argumentowałam.
Dziś wiem, że każda z tych poduch była gwoździem do trumny ich samodzielności.
Relacja z dziećmi była transakcją
Z biegiem lat dzieci przyzwyczaiły się, że mama to nie osoba, a instytucja charytatywna o nieograniczonych zasobach. Nasze relacje stały się czysto transakcyjne, pozbawione jakiejkolwiek głębi. Igor wpadał zwykle wtedy, gdy potrzebował dołożyć do nowego auta.
– Mamo, ten mój grat to już trumna na kółkach. Wstyd podjechać pod biuro klienta, pomyślą, że firma bankrutuje – marudził, mieszając kawę, której nawet nie dopił.
– Przecież to auto ma dopiero trzy lata, Igorze. Jest w świetnym stanie – próbowałam oponować.
– No niby tak, ale wiesz, jak jest w branży. Wizerunek to wszystko. Myślałem, że skoro i tak trzymasz te pieniądze po tacie na koncie, to może byś mnie trochę poratowała? To tylko chwilowa pożyczka – rzucił, nie patrząc mi w oczy.
Wiedziałam, że pożyczka w jego słowniku oznaczała darowiznę, której nigdy nie zobaczę.
Sylwia nie była lepsza. Jej telefony rozbrzmiewały głównie wtedy, gdy planowała kolejny remont lub egzotyczne wakacje.
– Mamo, oszaleję w tej kuchni, te blaty są już takie niemodne. Znalazłam cudownego projektanta, ale wycenił wszystko na fortunę. Dorzucisz się? Przecież i tak nie masz na co wydawać, siedzisz tylko w tym wielkim domu – mówiła tonem, który sugerował, że robi mi przysługę, pozwalając uszczuplić moje konto.
Chcieli sprzedać mój dom
Moment zwrotny nastąpił podczas moich siedemdziesiątych urodzin. Przygotowała uroczystą kolację, kupiłam najlepsze wina i ulubione potrawy Marka, by uczcić ten dzień w rodzinnym gronie. Dzieci spóźniły się dwie godziny.
– Korki, mamo. Wiesz, jakie to miasto jest nieprzewidywalne – rzuciła Sylwia, nawet nie zdejmując płaszcza przy powitaniu.
Przy deserze atmosfera zgęstniała. Igor, zamiast wznieść toast za moje zdrowie, zaczął wywód, który odebrał mi apetyt.
– Słuchaj, mamo, musimy poważnie porozmawiać o przyszłości. Ten dom jest ogromny, same opłaty i sprzątanie muszą cię wykańczać. My z Sylwią pomyśleliśmy, że najlepiej byłoby go teraz sprzedać.
– Sprzedać? To mój dom, Igorze. Tutaj spędziłam z waszym ojcem najlepsze lata – odpowiedziałam drżącym głosem.
– No właśnie, sentymenty to jedno, a logika to drugie – wtrąciła się córka. – Przeniesiemy cię do jakiegoś nowoczesnego apartamentu, a nadwyżkę ze sprzedaży rozdzielimy między nas już teraz. To w sumie i tak nasze pieniądze w przyszłości, więc co za różnica, czy dostaniemy je dziś, czy za pięć lat? Dzięki temu my zainwestujemy, a ty nie będziesz miała problemu z ogrodem.
Te słowa: „nasze pieniądze”, zadziałały na mnie jak płachta na byka.
Spisałam testament
Nie kłóciłam się tej nocy. Nie urządziłam sceny. Po prostu milczałam, patrząc, jak wycierają usta serwetkami i wychodzą, rzucając szybkie "cześć". Następnego dnia, tuż po otwarciu biur, zapukałam do drzwi notariusza. To była najbardziej wyzwalająca chwila w moim życiu.
– Jest pani pewna, pani Ewo? – zapytał, patrząc na mnie znad okularów. – Dzieci mogą podważyć taki zapis, jeśli nie będzie dobrze uargumentowany.
– Jestem pewniejsza niż kiedykolwiek w życiu, panie mecenasie. Przez lata karmiłam pasożyty, czas dać im nauczkę – odparłam twardo.
Podpisałam dokumenty, w których cały mój majątek – nieruchomości, akcje i oszczędności – przekazuję na fundację wspierającą kobiety wychodzące z przemocowych domów oraz na budowę nowoczesnego hospicjum. Dla Igora i Sylwii nie zostawiłam nic oprócz drogiej biżuterii.
Teraz ze spokojem planuję resztę swoich dni. Stać mnie na najlepszą opiekę w razie czego, na rejs, o którym zawsze marzył Marek, i na luksusowy dom seniora, gdy nadejdzie czas. Wolę wydać ostatni grosz na własny komfort i realną pomoc potrzebującym, niż patrzeć, jak moje dzieci marnują owoce naszej ciężkiej pracy na kolejne designerskie kaprysy. Moja jesień życia będzie złota, kosztowna i – co najważniejsze – całkowicie moja.
Ewa, 72 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Teściowa panoszyła się w moim domu. Pilnowała, by jej synek miał czyste gacie i dwudaniowy obiad”
- „Myślałam, że matczyna miłość jest bezwarunkowa. Gdy tylko przestałam realizować wizję matki, gorzko się rozczarowałam”
- „Miałam najlepszą przyjaciółkę na świecie i ukochanego męża. Nie przewidziałam, że oboje mnie zdradzą”

