Reklama

Nigdy nie sądziłam, że znienawidzę coś tak abstrakcyjnego jak teamsowy kalendarz. Wystarczyło spojrzeć rano na plan dnia: siedem spotkań, w tym trzy z tytułem „sync”, jedno z „alignment” i jedno, na którym ktoś znowu zapyta, „co dowieźliśmy w tym kwartale”.

Byłam wykończona

Od siedmiu lat pracuję w tej samej korporacji – marketing. Ładna nazwa działu, ładne prezentacje, ładne biuro z dużym logo przy recepcji i zawsze świeżą wodą w dystrybutorach, ale coś mnie zaczęło nużyć. Może to ciągłe udawanie, że coś mnie obchodzi albo mój szef – rzeczowy i opanowany do granic absurdu. Nawet jak coś waliło się na głowę, on mówił spokojnie: „Zróbmy punktowy plan działania”.

I robiłam. Byłam solidna, lubiłam mieć wszystko dopięte na ostatni guzik, ale któregoś dnia spojrzałam na siebie – zgarbioną nad komputerem, w słuchawkach, jedzącą lunch z plastikowego pudełka, żeby nie tracić czasu – i pomyślałam: „czy ja właśnie tak przeżywam swoje życie?”.

W Sylwestra nie planowałam noworocznych postanowień. Po prostu otworzyłam laptopa i napisałam wypowiedzenie. Klik. Dziwne, jak jedno kliknięcie może być tak ciche, a tak… rewolucyjne.

Rzuciłam pracę

W dzień, w którym odchodziłam, nie było fanfar, wzruszeń ani zbiorowego pożegnania z balonami i tortem. Był zwykły piątek. Nikt nawet nie zauważył, że coś się kończy. Wysłałam ostatniego maila, zamknęłam laptopa i oddałam go w dziale HR. Siedziałam jeszcze przez chwilę, patrząc na biurko. Sterta papierów, kubek firmowy, który i tak zostawiłam.

W windzie byłam sama. Wcisnęłam parter i patrzyłam, jak cyferki zjeżdżają w dół. Nie czułam nic szczególnego. Żadnej euforii, żadnej ulgi. Przypominało to raczej wychodzenie z urzędu po długim załatwianiu sprawy. Wreszcie koniec – tyle. Na zewnątrz padał deszcz. Schowałam się pod daszkiem przy wejściu i przez chwilę po prostu tam stałam. Obok mnie ktoś z działu HR rozmawiał przez telefon. Nawet mnie nie zauważył.

Przez kolejne dni budziłam się przed szóstą, choć nie musiałam nigdzie iść. Leżałam wtedy długo w łóżku, patrząc w sufit, jakby miał mi podsunąć jakąś odpowiedź, ale nie podsuwał nic. Wstawałam dopiero wtedy, kiedy już nie mogłam znieść własnych myśli.

Szukałam zajęcia

Codziennie przeglądałam portale z ogłoszeniami. Robiłam to mechanicznie – odruchowo sortowałam według daty, klikałam, przewijałam, wzruszałam ramionami i przechodziłam dalej. Bywały dni, kiedy nie wysyłałam żadnego zgłoszenia, bo wszystko wydawało się albo nie dla mnie, albo po prostu… nie na moje siły.

Najgorsza była tamta rozmowa rekrutacyjna. Z pozoru wyglądało to dobrze – nowoczesna firma, ciekawy opis stanowiska, ale kiedy już się połączyliśmy online, nikt nie zapytał mnie o doświadczenie, o projekty, które prowadziłam. Dwie dziewczyny na ekranie kręciły włosy na palcach, zadawały zdawkowe pytania i patrzyły gdzieś obok.

Mówiłam, a one kiwały głowami, ale nie słuchały. Po piętnastu minutach podziękowały, bez ani jednego konkretu. Rozłączyłam się, a potem po prostu się rozpłakałam. Nie z bezradności, raczej ze wstydu. Czułam się przezroczysta. Może wcale nie jestem tą silną, odważną dziewczyną, za którą się miałam? Może to wszystko był błąd?

Byłam bezradna

Pewnego popołudnia odnalazłam w skrzynce służbowy adres mailowy mojego szefa. Zaczęłam pisać nową wiadomość: „Jeśli dalej potrzebujecie kogoś, mogę wrócić. Naprawdę doceniam tamtą pracę”. Zatrzymałam się. Patrzyłam na te zdania przez dłuższą chwilę, jakbym liczyła na to, że same znikną. Nie zniknęły. Wysłałam i natychmiast tego pożałowałam.

Chciałam cofnąć wiadomość, ale było już za późno. Siedziałam potem przy stole, nie ruszając się przez dobrych dwadzieścia minut. Wiedziałam, że nie powinnam była tego robić, ale nie miałam już żadnego pomysłu, co dalej. Może to nie była idealna praca, ale może ja też nie jestem idealna i to jest w porządku.

Odpowiedź przyszła dwa dni później. Krótka. Jedno zdanie: „Asia, zaskoczyłaś mnie. Chodźmy na kawę, porozmawiamy”. Zamknęłam maila, wstałam od biurka i długo chodziłam po pokoju. Nie umiałam nazwać tego, co czułam. Nie była to ani radość, ani ulga, bardziej coś w rodzaju zawieszenia, jakby czas się zatrzymał i czekał, aż podejmę decyzję.

Chciałam wrócić

Spotkaliśmy się w kawiarni niedaleko starego biura. Mój były szef wyglądał dokładnie tak samo jak zawsze – elegancko, spokojnie, z tym swoim sposobem mówienia, który nie zdradzał żadnych emocji. Podniósł wzrok, gdy weszłam, i uśmiechnął się lekko.

– Cześć. Miło cię widzieć – powiedział, wstając.

Zamówiliśmy kawę. Przez chwilę milczeliśmy, a potem przeszliśmy do rzeczy. Bez zbędnych ceregieli, tak jak zawsze to u niego wyglądało.

– Możemy cię przyjąć z powrotem – powiedział spokojnie. – Ale musisz wiedzieć, że kilka rzeczy się zmieniło. Jest mniej projektów, trochę inaczej się pracuje, no i… warunki są inne niż wcześniej.

Pokiwałam głową. Nie zdziwiło mnie to.

– Nie wracam, bo chcę – powiedziałam. – Wracam, bo muszę.

Spojrzał na mnie uważnie. Przez chwilę nic nie mówił, a potem tylko skinął głową.

– Szanuję, że napisałaś tego maila.

Zrozumiałam swój błąd

Po rozmowie długo jeszcze siedziałam w tej kawiarni sama. Patrzyłam na filiżankę, na ludzi za oknem, na swoje dłonie leżące bez ruchu na stole. Próbowałam zrozumieć, co właśnie się wydarzyło. Czy właśnie przegrałam? A może coś właśnie odzyskałam? Nie czułam ulgi, raczej spokój, jakby ktoś na chwilę wyłączył we mnie ten ciągły szum oczekiwań. Może nie wszystko musi być wielką rewolucją? Może stabilność też jest wartością?

Wróciłam do mojej starej pracy. Nikt nie organizował mi powitalnego spotkania. Usadzili mnie przy innym biurku, obok ludzi, których wcześniej znałam tylko z widzenia. Szefa widywałam rzadko, nie miałam już tylu obowiązków, co kiedyś, ale nie narzekałam. Nie byłam gotowa na więcej.

Pierwsze dni były dziwne. Czułam się jak ktoś, kto wchodzi tylnymi drzwiami do miejsca, z którego wyszedł przez front. Pracowałam cicho, bez potrzeby udowadniania czegokolwiek. Zauważyłam, że nikt mnie nie ocenia albo po prostu nikt się tym nie interesuje. Nie wszystko, co się zaczyna od buntu, kończy się rewolucją. Czasem wystarczy nie upaść całkiem.

Joanna, 43 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama