Reklama

Piętnaście lat – tyle byliśmy razem ja i Tomasz. Z zewnątrz to wyglądało jak normalne małżeństwo. Od wewnątrz – jak dwa cienie w jednym mieszkaniu. Żadnych kłótni, żadnych namiętności. Jakbyśmy wspólnie zarządzali projektem. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz mnie dotknął z czułością. Spał twarzą do ściany, ja z telefonem w dłoni. Znikałam w tym wszystkim – jak powoli ścierany napis na kubku.

Kilka miesięcy temu zrozumiałam, że chcę odejść. Nie dlatego, że coś się stało. Dlatego, że nic się nie działo. To była decyzja pełna... spokoju. Jak zamykanie drzwi po kimś, kto i tak przestał wracać. Wybrałam datę – Nowy Rok. Symbolicznie. Nowe życie. Bez dramatów. Po prostu rozmowa. Miałam w głowie gotowe słowa. „Tomek, myślę, że oboje wiemy, że to nie działa”.

– Marta, powiesz mu dziś? – zapytała Ola przez telefon.

– Tak. Dzisiaj.

– Jesteś pewna?

– Tak. Nie chcę już dłużej udawać.

– Boję się, że wciąż czekasz, aż on coś powie pierwszy.

– Już nie. Naprawdę.

Nie wiedziałam wtedy, że właśnie to się wydarzy.

Już miałam mu powiedzieć

Nadszedł wieczór sylwestrowy. Nie było szampana, nie było żadnych planów. Siedzieliśmy przy stole, każde w swoim telefonie. Telewizor grał w tle jak tapeta dźwiękowa – jakieś koncerty, odliczania. W ogóle tego nie słuchałam. Co jakiś czas zerkałam na Tomka. Siedział zgarbiony, jakby chciał się wtopić w krzesło.

Liczyłam sekundy. Jakbym odmierzała czas do czegoś więcej niż tylko północy. Do końca. Do wolności. Do momentu, w którym powiem: „Tomek, myślę…”. Już nabrałam powietrza. Zebrałam się na odwagę. Już otwierałam usta, kiedy nagle usłyszałam jego głos.

– Marta, muszę ci coś powiedzieć.

Zamarłam. Spojrzałam na niego. Pierwszy raz od dawna widziałam, że był… obecny, świadomy, uważny. Patrzył mi prosto w oczy.

Chcę się rozstać – powiedział spokojnie, jakby czytał wiadomości pogodowe. – Od września jestem z kimś innym.

W mojej głowie zapadła cisza. Zrobiło się ciemno, jakby ktoś zgasił światło od środka.

Z kimś innym? – zapytałam, choć wiedziałam, że nie chcę znać odpowiedzi.

– Z Karoliną. Z pracy.

Nie płakałam. Nawet nie krzyczałam. W ogóle nie mogłam wydobyć z siebie głosu.

To jednak... ty pierwszy – szepnęłam.

– Słucham?

– Nic, nic – uśmiechnęłam się. To takie paradoksalne. Ironiczne. Jakbym właśnie została okradziona z własnej decyzji.

Nie chodziło o to, że chce odejść. Chodziło o to, że zdążył zrobić to jako pierwszy. Nawet w tym mnie uprzedził. Jakby zabrał mi moje własne zakończenie.

Zabrał mi nawet plany

Zamknęłam się w łazience. Zatrzasnęłam drzwi i oparłam się plecami o kafelki. Dopiero wtedy zaczęłam płakać. Cicho, bezgłośnie. Głupie łzy, których miało już nie być. Kucnęłam i oparłam głowę o kolana. W myślach kotłowały się obrazy. Pierwsze spotkanie z Tomkiem. Jak się poznaliśmy. Nasz ślub. Wakacje w Chorwacji. Jak tulił mnie wtedy w wodzie, jakbyśmy byli jedynymi ludźmi na świecie. A potem... długa, niekończąca się nicość.

A teraz ta Karolina. Z pracy. Od września. Wtedy, gdy przyniósł mi różę z okazji rocznicy, tak dla świętego spokoju… Już wtedy był z nią? Czy wtedy już całował ją w przerwie na obiad? Czy to wtedy przestał mnie widzieć, bo miał już kogoś innego, nową, świeżą historię?

Chwyciłam telefon. Wybrałam numer Oli. Nie odebrała. Wysłałam wiadomość głosową:

– Nie udało się. Uprzedził mnie. On... On już od września jest z kimś innym.

Po chwili dodałam jeszcze jednego SMS-a: „Zabrał mi koniec, który miał należeć do mnie”. Siedziałam tam długo. Łazienka była chłodna, jakby nie chciała mnie przytulić.

Dlaczego czekał do dziś? Dlaczego nie powiedział wcześniej? Musiał mieć plan. On nie był samotny, kiedy podejmował decyzję. Ja byłam. Ja zostałam tylko z ciszą i z tym głupim noworocznym planem, który właśnie ktoś wyrwał mi z rąk.

Wyniósł się sam

Był już ranek, gdy usłyszałam szuranie walizki po panelach. Wyszłam z łazienki z opuchniętymi oczami, ale suchą twarzą. Tomasz pakował się w przedpokoju. W tę samą walizkę, którą zawsze brał na delegacje. Tym razem nie było jednak służbowo. Tym razem już na stałe.

Usiadłam przy stole. Nie zapytałam, dokąd idzie. Przecież wiedziałam.

Kim ona jest? – zapytałam zamiast „dzień dobry”.

Nie odwrócił się. Zapinał zamek.

– Mówiłem ci. Karolina. Z działu analiz. Poznaliśmy się przypadkiem. Tak jakoś... wyszło.

Przypadkiem. Jakby jego zdrada była potknięciem, nie wyborem.

Ile ona ma lat?

– Dwadzieścia sześć.

Zaśmiałam się krótko. Nerwowo.

– No tak. Przypadkiem dwadzieścia sześć.

W końcu spojrzał na mnie.

– Marta... Nie chciałem cię ranić.

– To dlaczego to zrobiłeś?

Milczał. Wzruszył ramionami. Jakby sam nie wiedział albo jakby nie musiał się tłumaczyć.

Kochałeś mnie jeszcze? Choć trochę?

Nie odpowiedział. Tylko spuścił wzrok. Zrozumiałam. Odszedł dawno temu. Ja tylko tego nie zauważyłam. Może nie chciałam widzieć. Wstałam, odsunęłam się od stołu.

„Niech już idzie. Niech zabierze swoje koszule i zapach kochanki. Niech wyniesie wszystko. Niech zostawi mi chociaż spokój” – pomyślałam. Patrzyłam, jak zamyka za sobą drzwi. Żadnego „żegnaj”. Żadnego „przepraszam”. Tylko ten dźwięk zjeżdżającej po schodach walizki.

Odebrał mi mój wybór

W mieszkaniu zrobiło się bardzo cicho. Nawet lodówka buczała jakby ciszej, jakby nie chciała mi przeszkadzać w żałobie po czymś, co nie żyło już od dawna. Zaparzyłam herbatę. Usiadłam przy stole naprzeciwko pustego krzesła. Wtedy to do mnie dotarło – że to się stało naprawdę. Mój mąż odszedł. Do innej kobiety. Z walizką.

Ubrałam się i wyszłam. Po prostu. Szłam bez planu, bez celu. Stopy niosły mnie same, jakby próbowały wyprzedzić myśli. Mijałam sklepy, ludzi z siatkami, dzieci w śniegowcach. Wszyscy gdzieś szli. Mieli dokąd. W pewnym momencie się zatrzymałam. Przede mną – znajomy blok. Wysoki, z czerwonym balkonem na drugim piętrze. Adres znałam z jakiejś przypadkowej notatki w biurku Tomka. Spojrzałam w górę. Jedno z okien było oświetlone. Za firanką – cienie. Dwa. Poruszające się. Śmiech? Może telewizor. Może ich rozmowa. Może ona właśnie nalewa mu herbaty. Z naszego kubka.

Poczułam, jak coś we mnie gaśnie. Odwróciłam się i odeszłam szybkim krokiem. Szłam, aż nogi odmówiły współpracy. Wracając do domu, spotkałam sąsiadkę.

– Marta! Wszystko w porządku? – zapytała, widząc mnie w kurtce, bez szalika, z gołymi dłońmi.

– Tak. Wszystko dobrze – skłamałam, uśmiechając się. – Po prostu... łapię świeże powietrze.

Weszłam do mieszkania i naprawdę poczułam pustkę. Nie chodziło o niego. Chodziło o mnie. O to, że znów pozwoliłam komuś decydować za mnie.

Uwolniłam się od tego

Spotkałyśmy się z Olą w kawiarni. Siedziała już przy stoliku z gorącą czekoladą, patrząc przez okno. Kiedy mnie zobaczyła, wstała i mocno mnie przytuliła.

Wyglądasz jakbyś przeszła przez pole bitwy – powiedziała cicho.

– Bo przeszłam. Tylko z pustymi rękami.

Usiadłyśmy. Milczałyśmy chwilę.

Myślałam, że poczuję ulgę – powiedziałam w końcu. – A czuję się jak przegrana. Chciałam odejść, byłam gotowa. A on... on po prostu mnie ubiegł. Z nową, młodą dziewczyną w pakiecie.

– To, że nie zdążyłaś, nie znaczy, że nie odejdziesz – odparła spokojnie Ola. – Tylko teraz zrobisz to naprawdę. Bez złudzeń.

Patrzyłam na nią z niedowierzaniem. Jakby jej słowa otworzyły mi jakąś klapkę w głowie.

– Myślisz, że to byłoby lepsze, gdybym to ja powiedziała pierwsza?

– Myślę, że teraz już nie chodzi o to, kto powiedział pierwszy. Chodzi o to, kto pierwszy naprawdę zaczął żyć.

Pokiwałam głową.

– Mam wrażenie, że wszystko mi się zawaliło.

– A może po prostu coś się wreszcie skończyło, żeby mogło się zacząć?

Złapałam się za filiżankę, jakby mogła mnie utrzymać w pionie. Może to właśnie jest mój początek. Nieidealny. Nie na moich warunkach, ale jest.

Wreszcie poczułam ulgę

Spakowałam torbę. Kilka ubrań, książka, ciepłe skarpety i termos. Zamknęłam drzwi na dwa zamki, zostawiłam telefon w szufladzie. Bez pożegnań. Bez informacji dokąd się wybieram. Wynajęłam mały domek w lesie, położony z dala od głównej drogi, z kominkiem, który dymił niemiłosiernie. Pachniało drewnem. Nikt niczego ode mnie nie chciał. Nikt mnie nie wołał.

Rano usiadłam na ganku z kubkiem herbaty. Patrzyłam, jak słońce przecina gałęzie drzew. Było zimno i pięknie. Niczego nie udawałam. Nie musiałam być żoną. Nie musiałam być kimś, kto wybacza albo kimś, kto się tłumaczy. Byłam po prostu sobą. Bez dodatków. Bez przynależności. Trochę rozbita, trochę zraniona, ale… jakoś było mi lżej.

Nie wiedziałam, co dalej. Może za miesiąc wrócę do pracy. Może zacznę biegać. Może zapiszę się na lekcje włoskiego, tak jak zawsze chciałam. A może po prostu przez jakiś czas będę się budzić i uczyć się siebie na nowo. Jednego byłam pewna: nie jestem jego żoną. Nie jestem tą zdradzoną. Jestem sobą i od tego zaczynam.

Marta, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama