Reklama

Mam 34 lata. Pracuję zdalnie jako specjalistka od marketingu internetowego i chociaż lubię swoją pracę, to zimą wszystko wydaje się trudniejsze. Mój mąż, Kuba, często jeździ w delegacje. Przyzwyczaiłam się do tego rytmu – on w drodze, ja w domu. Tamtego styczniowego dnia jednak coś się we mnie przełamało.

To był Blue Monday, czyli rzekomo najbardziej depresyjny dzień roku. Z głośnika sączyła się melancholijna muzyka, a spiker w radiu tłumaczył, że po świętach dopada nas zimowy smutek i brak perspektyw. Westchnęłam, patrząc przez okno na zaśnieżony balkon. Wiedziałam, że ten tydzień spędzę sama – Kuba miał być na wyjazdowej konferencji w Katowicach. Mówił, że będą pracować od rana do wieczora. „Będę wracał późno, pewnie padnę na twarz. Nie obraź się, jak będę oszczędny w odzywaniu się” – uprzedził.

Zrozumiałam. Tłumaczyłam sobie, że tak trzeba, że przecież to jego praca. Wysyłałam mu buziaki przez telefon, robiłam mu śniadania do torby. W poniedziałkowy poranek odprowadziłam go do drzwi i rzuciłam z uśmiechem:

Wracaj cały i zdrowy, bohaterze.

Nie miałam pojęcia, jak bardzo ironicznie te słowa zabrzmią za kilka dni.

Czułam się okropnie

Włączyłam komputer, zasiadłam z kubkiem kawy przy biurku i zaczęłam przeglądać maile. Normalny poniedziałek. Tyle że było dziwnie cicho. Nawet kot, który zwykle domagał się uwagi, drzemał pod kaloryferem jakby wiedział, że dziś nie ma sensu się wychylać. W tle grało radio.

To dziś Blue Monday – najbardziej depresyjny dzień w roku. Wpływ pogody, poświąteczny dołek i brak słońca potęgują melancholię – mówił spiker z niepokojącym entuzjazmem. Zaśmiałam się pod nosem.

– No dzięki, jeszcze mi to było potrzebne – mruknęłam sama do siebie.

Zalogowałam się do systemu, odpisałam na kilka wiadomości. W teorii wszystko grało. W praktyce czułam się jak wyrzucona z jakiegoś rytmu. Znów byłam sama w domu. Kuba wyjechał służbowo. Cały wyjazd był podobno ważny, pilny i... nudny. Tak przynajmniej mówił.

– Tam nie będzie nic ciekawego, Milenka. Nawet nie mam co robić zdjęć. Tylko biuro, hotel, kolacja i znów hotel – zapewniał, całując mnie w czoło przed wyjściem.

Miał wrócić dopiero w piątek wieczorem, a może w sobotę? Do tego czasu zostawałam ja, laptop, radio i cisza. Dzwoniłam do mamy, pogadałam chwilę z koleżanką. Wszyscy mówili to samo: „Zaraz minie, nie przejmuj się, w styczniu tak już jest”. A ja czułam, że coś jest nie tak. Sama nie wiedziałam co. Tylko... czegoś mi brakowało. Może kontaktu z Kubą? A może po prostu... prawdy?

Ktoś tam dobrze się bawił

Wtorek był równie cichy. Po południu nie wytrzymałam – włączyłam aplikację ze zdjęciami. Zawsze to jakiś kontakt ze światem. Przeglądałam ją bezmyślnie, oglądając zdjęcia z kawiarni, siłowni, dzieci w śniegu, kotów na kaloryferach. Wszystko szaro-bure jak mój nastrój. I wtedy coś przykuło moją uwagę. Relacja od Oli.

Z Olą kiedyś chodziłam do liceum. Zawsze była głośna, pewna siebie, uwielbiała być w centrum uwagi. Od lat nie rozmawiałyśmy, ale nadal miałam ją w znajomych. Kliknęłam odruchowo. Plaża. Słońce. Szum fal. Ona w słomkowym kapeluszu z drinkiem w ręku. Ktoś śmiał się w tle. Kamera przesunęła się lekko i... stanęło mi serce. Kuba?

W samych kąpielówkach, z uśmiechem tak beztroskim, jakiego dawno u niego nie widziałam. Siedział na leżaku, obok niego leżała jakaś kobieta w czerwonym stroju kąpielowym. Niewyraźna. Kamera przesunęła się dalej. Koniec relacji. Zamarłam.

Spojrzałam jeszcze raz. Przesunęłam. Znów. Kuba. Mój mąż. Na plaży. W styczniu. Kiedy rzekomo miał siedzieć w Katowicach, w hotelu przy biurowcu.

– Nie... – szepnęłam do siebie. – Nie, nie, to musi być jakaś pomyłka.

Chwyciłam telefon. Zadzwoniłam do niego. Raz. Drugi. W końcu odebrał.

– Hej, kochanie. Wszystko w porządku? – zapytał jak gdyby nigdy nic.

Gdzie jesteś? – spytałam ostro.

– W Katowicach przecież. Czemu pytasz?

– Ola wrzuciła relację. Przecież widzę, że jesteś na Maderze. Z jakąś kobietą. To przypadek?

Po drugiej stronie zapadła cisza. A potem... sygnał rozłączenia. Spróbowałam zadzwonić jeszcze raz i jeszcze. Telefon był już wyłączony.

Rozważałam wszystkie scenariusze

Wtorek minął jak w jakimś zawieszeniu. Nie potrafiłam się ruszyć. Siedziałam na sofie, z telefonem w dłoni, wpatrując się w ostatni ekran rozmowy, która się nie wydarzyła. „Rozłączono”. Jakby ktoś wyciął mnie z jego świata jednym przyciskiem.

Nie płakałam. Za to głowa pracowała jak oszalała. Może to jakaś pomyłka? Może to nie Madera? Może to zdjęcia sprzed lat? Może to nie była ta kobieta, o której myślę? Tylko... Kuba był na tym nagraniu. Uśmiechnięty. Zrelaksowany. I na pewno nie wyglądał jak ktoś, kto spędzał dzień w zimnych Katowicach. Tylko dlaczego by się rozłączył?

Zaczęłam szukać. Otworzyłam relację Oli jeszcze raz. Przytrzymałam palcem. Na dole, drobnym drukiem był opis miejsca. Data – dziś. Nie było już żadnych wątpliwości. Kuba był na urlopie. Na słonecznej wyspie. A mnie zostawił z kłamstwem i radiem, które przypominało o depresji.

Wieczorem próbowałam z nim jeszcze raz rozmawiać. Wysłałam mu SMS-a: „Kuba. Musimy porozmawiać. Cokolwiek to jest, nie uciekaj. Błagam”. Nie odpisał. Telefon milczał przez całą noc. A ja nie spałam. Siedziałam na łóżku, wpatrując się w ekran, jakbym mogła siłą woli przywołać jego głos albo odpowiedź. Cokolwiek. Zastanawiałam się, kim jest ta kobieta. Czy to chwilowa przygoda? Czy to trwa od dawna? I najgorsze – ile razy wcześniej mijałam się z prawdą?

Prawda była zimna jak lód

Środa była bezwstydnie słoneczna. Taki dzień, który normalnie poprawia humor. A mnie tylko irytował. Promienie odbijały się od szyby jakby drwiły ze mnie: „Uśmiechnij się, Milena. Przecież nic się nie dzieje”. Tylko że wszystko się działo. Cały mój świat rozsypywał się w ciszy.

W pracy nie zrobiłam nic konkretnego. Przeklikałam kilka plików, wysłałam jednego maila, resztę przegapiłam. Nie mogłam się skupić. W głowie miałam ten obraz – Kuba na plaży, obok niego kobieta w czerwonym stroju, słońce na jego twarzy. Jakby nie miał żadnych zmartwień. Jakby nie miał mnie.

Po południu przyszedł SMS od niego: „Nie rób nic głupiego. Nie dzwoń więcej. Jak wrócę, pogadamy”. Zamarłam. Przeczytałam go kilka razy. W głowie mi huczało. To było wszystko, na co go stać? „Nie rób dzwoń”? Ja przez trzy dni nie mogłam spać, nie mogłam jeść, a on pisze do mnie jak do histeryczki?

Zadzwoniłam od razu. Odebrał po kilku sygnałach.

– Kuba, co to ma być? – powiedziałam bez powitania.

– Milena, naprawdę... To nie jest tak, jak myślisz.

– Czyli jak jest?

– Po prostu... potrzebowałem odpocząć. Wszystko mnie przytłoczyło. To miała być chwila oddechu. Nie planowałem cię ranić.

– Oddech?! Z kim, Kuba?

– Nie wciągaj mnie teraz w dyskusje. Porozmawiamy, jak wrócę. Muszę kończyć.

Znów się rozłączył. A ja poczułam, że zostałam sama już na dobre.

Wrócił, ale już nie do mnie

W piątek wieczorem usłyszałam klucz w zamku. Nie wybiegłam do drzwi. Nie szykowałam kolacji. Siedziałam na kanapie, zawinięta w koc z kubkiem zimnej herbaty w dłoniach. Czekałam.

Kuba wszedł, jakby wracał z pracy, a nie z rajskiej wyspy, gdzie kłamał, oszukiwał i unikał mnie przez cały tydzień. Był opalony. Pachniał morzem. Miał lekką, przewiewną koszulę. Nawet buty wyglądały, jakby dopiero co wytarł piasek z podeszwy.

– Hej – rzucił, zdejmując kurtkę.

Nic nie powiedziałam. Tylko spojrzałam na niego.

No co? – zapytał po chwili ciszy. – Milena, nie przesadzajmy...

– Chcesz, żebym się cieszyła, że wróciłeś? – spytałam spokojnie. Zbyt spokojnie.

– Nie dramatyzuj, błagam. To był wyjazd, chwila dla siebie. Nie jesteśmy dzieciakami, żeby robić afery o jedno zdjęcie w relacji jakiejś byłej koleżanki...

– Wiesz, co boli najbardziej? – przerwałam mu. – Nie to, że pojechałeś. Nawet nie to, że kogoś masz. Tylko to, że wybrałeś najgorszy tydzień roku, żebym mogła siedzieć tu sama i patrzeć, jak mnie kimś zastępujesz.

Zamilkł. Przez chwilę myślałam, że powie coś szczerego. Cokolwiek.

– Może rzeczywiście potrzebujemy przerwy – rzucił tylko. – Zastanowię się, gdzie się zatrzymam.

Nie powstrzymywałam go. Nie pytałam, do kogo jedzie. Nie musiałam. Zabrał walizkę i zamknął za sobą drzwi. A ja zostałam znów sama jak palec.

Skończyło się bez emocji

Minął tydzień. Blue Monday dawno przestał być tematem w radiu. Teraz mówili o mrozach, o nadchodzącej walentynkowej gorączce i o zbliżającym się końcu karnawału. Życie toczyło się dalej, nawet jeśli moje stało w miejscu.

Kuba nie wrócił. Nie zadzwonił. Nie zapytał, czy czegoś mi trzeba. Zostawił mi tylko echo rozmowy, w której to ja byłam histeryczką, a on – człowiekiem „zmęczonym życiem”. Tylko że ja też byłam zmęczona. Tyle że nie kłamałam, nie uciekałam, nie wypinałam się na nasze małżeństwo.

Próbowałam żyć normalnie – pracować, sprzątać, gotować. Włączyłam ulubiony serial, który oglądaliśmy razem – wyłączyłam po pięciu minutach. Poszłam na spacer, ale zaraz wszystko mi o nim przypominało. Ławka w parku, gdzie zjedliśmy kiedyś lody. Piekarnia, w której kupował drożdżówki, zawsze dwie. Milczałam, aż w końcu coś się przełamało.

W piątek, dokładnie tydzień po jego wyjeździe, spakowałam jego rzeczy do kartonu. Ubrań nie wąchałam, nie przeglądałam. Po prostu pakowałam jedno po drugim. Równo, bez sentymentu. Zostawiłam go pod drzwiami mieszkania jego siostry. Wysłałam tylko SMS: „Zostawiłam twoje rzeczy. Nie wracaj”. Pierwszy raz od dłuższego czasu poczułam ulgę.

Cisza w mieszkaniu nagle nie była pusta. Była moja. Choć wszystko we mnie bolało, wiedziałam, że właśnie zrobiłam pierwszy krok do tego, by znów żyć – nie jako czyjaś żona, ale jako kobieta, która przestała się okłamywać.

Milena, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama