Reklama

Nigdy nie miałam potrzeby z nikim dzielić się poranną kawą. Mieszkanie na ósmym piętrze w bloku na Bemowie było moją bezpieczną twierdzą. Czasem aż nazbyt cichą, aż za bardzo przewidywalną… ale przynajmniej nie musiałam tłumaczyć się nikomu, dlaczego mam na sobie dres o trzeciej po południu i co sądzę o ludziach, którzy witają się w windzie, jakbyśmy byli na imieninach u cioci.

Odkąd rozstałam się z Kamilem – po pięciu latach, które nauczyły mnie, że miłość nie wystarczy – nie wpuszczałam do siebie nikogo. Ani do mieszkania, ani do życia. Pracowałam zdalnie jako graficzka, wychodziłam głównie do sklepu albo na krótkie spacery po osiedlu. Ludzie mijali mnie jak duchy, a ja ich. Wszyscy byliśmy z tym pogodzeni.

Tego dnia było zimno. Był styczeń, na zewnątrz śnieg po kolana, a ja – przeklinając siebie w myślach – szukałam rękawiczki, spóźniona na spotkanie z klientem. Zimna kawa, szalik zawiązany byle jak i bieg przez klatkę schodową. Zjeżdżam windą. Piąte piętro, otwierają się drzwi, wchodzi on.

Nie znałam go. Taki typ: wysoki, w kurtce moro, z czapką z daszkiem i uśmiechem zbyt swobodnym, jak na kogoś, kto pierwszy raz widzi mnie na oczy. Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć – winda się zatrzymała. Tak po prostu. Zacięła się między piątym a czwartym.

– Serio? – westchnęłam. – Idealnie.

– No, escape room za darmo – rzucił z uśmiechem. – Eryk jestem.

Nie wiedziałam, że to początek czegoś, co mnie rozbroi.

Wystarczył jeden SMS

Wróciłam do domu prawie po godzinie, zmarznięta, z obolałymi nogami i dziwnym wrażeniem, że coś się przesunęło w mojej codzienności. Nie mogłam się skupić. Nawet kot, który zazwyczaj pomagał mi wrócić do rzeczywistości, tym razem patrzył na mnie zdezorientowany, jakby mówił: „Coś ty, kobieto, taka nieobecna?”.

Zaparzyłam sobie drugą kawę. Usiadłam z kubkiem przy oknie i przez chwilę gapiłam się na parking. A potem telefon zawibrował. „Jeśli znowu utkniesz, weź kanapki – Eryk z windy”. Zawiesiłam się na kilka sekund. No nie. Skąd miał mój numer? A potem przypomniałam sobie, że w panice, gdy próbowaliśmy zadzwonić po pomoc, podawałam mu swój. Nie spodziewałam się, że go zachowa, ani że się odezwie.

„Następnym razem może termos i radio” – odpisałam po kilku minutach. Od tego się zaczęło. Najpierw były to żarty o windzie. Potem opowiedział, że dopiero co się wprowadził, że jego poprzednie mieszkanie miało zapach frytek na stałe wgryziony w ściany. Napisał, że to miejsce wydaje się martwe. Odpisałam, że to zależy od godziny albo od ludzi.

Pisaliśmy do siebie codziennie. Czasem jedno zdanie, czasem całą rozmowę. Zaczęłam łapać się na tym, że wieczorami odruchowo patrzę, czy coś napisał. I że czuję... ekscytację? Nie, to za duże słowo. Może ciekawość. Był inny niż mężczyźni, których znałam do tej pory. Albo po prostu zapomniałam już, jak to jest kogoś poznawać. Bez planu, bez oczekiwań. Tylko przez wiadomości. Na bezpieczną odległość.

Widywałam go wszędzie

Zaczęłam zauważać go częściej. Raz mignął mi w sklepie przy półce z kawą, raz wychodził z klatki z jakimś pudłem pod pachą. Innego dnia prawie się zderzyliśmy na schodach. Dosłownie – ja z nosem w telefonie, on z torbą ze sklepu.

Ola, prawda? – uśmiechnął się, jakbyśmy znali się od lat.

– A ty to dalej „Eryk z windy”? – zapytałam, chcąc ukryć zaskoczenie, że pamiętał moje imię.

– Oficjalnie tak. Nieoficjalnie – sąsiad spod 17. Piąte piętro. Z widokiem na parking i gołębie.

Zaczął się czas „przypadkowych” spotkań. Przed blokiem, na poczcie, nawet na spacerze z psem sąsiadki, którego czasem wyprowadzałam. Zawsze wyglądało to na zupełny zbieg okoliczności. Może właśnie dlatego było to tak odświeżające. Bez napięcia, bez deklaracji. Po prostu – obecność.

Pewnego wieczoru, gdy śnieg sypał z takim uporem, jakby chciał zasypać cały świat, spotkaliśmy się przy wejściu do bloku.

Spacer? – zapytał, wskazując głową osiedlową alejkę.

Wzięłam głęboki oddech.

– Czemu nie.

Szliśmy przez zasypane chodniki, mijając puste ławki i rozświetlone okna mieszkań. Mówił o muzyce, której słucha przy pracy. O tym, że czasem tęskni za swoją siostrą, choć ciągle się kłócili. Ja opowiedziałam, że lubię noce, bo wtedy nikt niczego ode mnie nie chce.

Brzmisz jak ktoś, kto długo był sam – powiedział cicho.

– Może. A może jak ktoś, kto nie chce znowu być tylko dodatkiem do czyjegoś życia.

Zatrzymaliśmy się przy jednej z ławek.

– Może już nie musisz być dodatkiem – powiedział i spojrzał na mnie z takim spokojem, że aż zrobiło mi się dziwnie ciepło.

Nie wiedziałam, co na to odpowiedzieć.

Zapraszał mnie coraz częściej

Przez kolejne dni czułam się, jakby moje życie przestało być płaskie. Trochę jakbym z wersji czarno-białej przeszła na kolor. Nie chodziło o nic wielkiego – po prostu było... cieplej. Codzienne wiadomości, krótkie pogawędki pod blokiem. Nagle zaczęłam malować usta, zanim wychodziłam z domu. Po raz pierwszy od dawna.

Pewnego wieczoru zaprosił mnie do siebie – nieśmiało, trochę naokoło. „Robię pizzę. Jest szansa, że się nie zatrujesz. Przypadkiem zrobiłem za dużo...” – napisał.

Siedzieliśmy przy małym stole z winem z marketu i pizzą z suszonymi pomidorami, którą chyba serio zrobił sam. Puścił jazz, ale potem przełączył na coś, co znałam. Było normalnie. Przyjemnie. Jak chwile zatrzymane w czasie.

Nagle powiedział:

– Słuchaj... W sobotę jest taka osiedlowa impreza w świetlicy. Wiem, brzmi to jak szkolna dyskoteka, ale... może byśmy poszli razem?

Zawahałam się. Osiedlowa impreza? Tłum ludzi, hałas, spojrzenia. Publiczne wystawienie na ocenę.

A po co ci to? – zapytałam, starając się, żeby to zabrzmiało lekko.

Wzruszył ramionami.

– Chcę, żebyś tam poszła ze mną. Po prostu. Żebyś nie była tą dziewczyną, która tylko przechodzi korytarzem. Jesteś wyjątkowa. Nie udawaj, że nie wiesz.

Nie patrzyłam na niego. Gapiłam się w pusty kieliszek, a serce waliło mi jak głupie.

Pomyślę – wymamrotałam.

Wróciłam do domu i przez pół nocy leżałam na łóżku w ubraniu. Co on kombinował? Czemu mu tak zależało? I dlaczego bałam się, że to wszystko jest zbyt piękne, żeby było prawdziwe?

Dla mnie to było upokorzenie

Impreza odbywała się w świetlicy osiedlowej, którą pamiętałam jeszcze z czasów, gdy dzieci sąsiadów grały tam w ping-ponga. Teraz przestrzeń zamieniono w coś, co udawało klub – kolorowe światła, muzyka z głośników, plastikowe kieliszki i stół z przekąskami od sponsorów.

Byłam spięta. Cała ta sytuacja była daleko poza moją strefą komfortu. Eryk jednak wydawał się szczęśliwy. Przywitał mnie przed wejściem z uśmiechem i pocałunkiem w policzek. Poczułam wtedy coś ciepłego... i coś, co dziwnie przypominało alarm.

Na początku było dobrze. Rozmawialiśmy z ludźmi, których nie znałam z imienia, ale kojarzyłam z widzenia. Eryk trzymał mnie blisko, jakby chciał pokazać: „To jest Ola. Moja Ola”. A potem… potem wziął mikrofon. Nawet nie zauważyłam kiedy. Stał na prowizorycznej scenie, obok DJ-a.

– Drodzy sąsiedzi! – zawołał rozbawiony. – Mam dziś przyjemność przedstawić wam kobietę mojego życia. Poznaliśmy się... romantycznie. W windzie. Tak, utknęliśmy razem. Przez czterdzieści minut! Ja, ona i kabina. Prawie jak randka w ciemno!

Ludzie się roześmiali. Niektórzy zaczęli klaskać.

– A wiecie, co jest najlepsze? W ogóle się nie baliśmy. No, może ja trochę – dodał z uśmiechem.

Zatkało mnie. Czułam, jak twarz mi czerwienieje. Jak ich spojrzenia robią się bardziej… natrętne.

Co ty wyprawiasz? – podeszłam do niego, szepcząc przez zaciśnięte zęby.

– Oj no, nie przesadzaj. Taki żart. Trzeba mieć dystans – odpowiedział nonszalancko.

Tylko że dla mnie to nie był żart. To było wystawienie. Z naszej intymności zrobił kabaret. Poczułam się jak naga i to publicznie. Wszyscy się śmiali, a ja miałam ochotę zniknąć.

Wyłożyłam mu to jasno

Następnego dnia rano siedziałam na ławce przed blokiem w kurtce i szaliku, choć mróz szczypał w policzki tak, że prawie nie czułam twarzy. Czekałam. Nie napisał. Nie zadzwonił. Jakby nic się nie stało. Jakbym to ja przesadziła. Jakby moje uczucia były problemem, a nie jego zachowanie.

W końcu wyszedł z klatki z nonszalanckim uśmiechem.

– O, cześć – rzucił, jakbyśmy się wczoraj rozstali w dobrej atmosferze.

Mamy do pogadania – powiedziałam twardo.

Zatrzymał się, spojrzał na mnie z lekkim zdziwieniem.

– Jasne. Tylko może jednak wejdziemy do środka? Zimno jak...

Tutaj – przerwałam. – Krótko.

Usiadł na ławce obok. Milczeliśmy chwilę. A potem powiedziałam:

Zrobiłeś ze mnie pośmiewisko przy wszystkich. Z czego się śmiali? Z tego, jak się poznaliśmy? Czy z tego, że zaufałam ci na tyle, by pójść z tobą między ludzi?

– Ola, serio? To była tylko anegdota. Lekkie rozluźnienie atmosfery. Wszyscy i tak się domyślali, że coś między nami jest. Myślałem, że pokażemy, że nie mamy się czego wstydzić.

– Może ja nie chciałam, żeby wszyscy o tym wiedzieli. Może dla mnie to było coś delikatnego. Twoje „rozluźnienie atmosfery” to moje emocje na tacy. I to wszystko dla śmiechu.

Westchnął. Wzruszył ramionami. Wtedy dotarło do mnie, że on po prostu nie rozumie. Ani trochę.

– To może następnym razem znajdź sobie kobietę, którą nie trzeba chronić. Która lubi błyszczeć. Ja nie jestem elementem przedstawienia. Nie jestem historią do opowiadania przy chipsach.

Wstałam. Odwróciłam się i poszłam. Nie zatrzymał mnie.

Dostałam nauczkę za ufność

Zamknęłam za sobą drzwi, przekręciłam zamek i po prostu oparłam się plecami o chłodną ścianę. W mieszkaniu było cicho jak zawsze. Tylko kot mruknął z niezadowoleniem, że spóźniłam się z kolacją. Nie płakałam. Nie miałam w sobie nawet złości. Tylko coś we mnie zapadło się o milimetr głębiej. Przez chwilę stałam w miejscu, potem zdjęłam buty, kurtkę, szalik, wszystko. Zaparzyłam herbatę. Spojrzałam na ekran telefonu. Pusto.

Nie wiedziałam, co bolało bardziej – to, że pozwoliłam sobie na emocje, czy to, że znowu musiałam je wycofać. Otworzyłam okno. Zimne powietrze uderzyło mnie w twarz, ale nie cofnęłam się. Wciągnęłam je głęboko, jakby miało mi przypomnieć, że oddycham.

Może to właśnie był problem. Oddychałam za głęboko. Dałam się złapać na czyjś uśmiech, na kilka żartów, na wspólną pizzę. Pomyślałam, że to może coś znaczyć. A on? Dla niego byłam tylko zabawnym tłem, historią z windy. Śmieszną Olą, którą można sprzedać w anegdocie.

Dziwne, bo tym razem nie czułam się słaba. Tylko zmęczona. Jakby coś się skończyło – nie tylko to z Erykiem, ale też jakieś moje złudzenie, że wystarczy być sobą, żeby ktoś to uszanował. Wzięłam głęboki oddech. Tak, chyba wolę być sama, niż tłem dla czyichś dowcipów. Zasnęłam tego wieczoru spokojniej niż przez ostatnie tygodnie. Bez złudzeń. Bez wiadomości. Po prostu – sama.

Aleksandra, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama