„W moim życiu liczyła się tylko kariera i pieniądze. Efekt jest taki, że mam 50 lat i zostałam samotną kociarą”
„Siedziałam po nocach nad kolejnymi prezentacjami. Dostałam awans, potem kolejny. Praca stała się wszystkim. Nawet nie zauważyłam, że z przyjaciółmi widuję się tylko na LinkedInie, a moi rodzice nie wiedzą, co lubię jeść, bo ostatni raz gotowałam coś w domu chyba dwa lata temu”.

Zawsze wiedziałam, czego chcę od życia. Gdy inne dziewczyny marzyły o ślubie, dzieciach i domku z ogródkiem, ja wycinałam z gazet zdjęcia silnych kobiet sukcesu i wieszałam je nad biurkiem. Powtarzałam sobie, że kiedyś to ja będę na ich miejscu. I rzeczywiście, dopięłam swego – mam świetne stanowisko, rozpoznawalne nazwisko w branży, a nawet nagrody na półce. Tylko że nie mam do kogo się odezwać po pracy. Puste łóżko, samotne śniadania i ten cholerny kot, który jako jedyny słucha moich wieczornych monologów. Czy naprawdę warto było za to wszystko zapłacić taką cenę?
Ambicje ponad wszystko
Mama mówiła, że przesadzam. Że jeszcze się w życiu nasłucham ciszy i samotności, więc teraz powinnam cieszyć się młodością. Tyle że ja nie umiałam „cieszyć się chwilą”. Miałam plan. A plan wymagał konsekwencji. Najpierw najlepsze liceum, potem prestiżowe studia i obowiązkowe praktyki już na drugim roku. Wieczorami nie chodziłam na randki ani imprezy, tylko siedziałam na kursach językowych i przeglądałam ogłoszenia staży. Kiedy koleżanki płakały przez chłopaków, ja uczyłam się pisać bezbłędne maile z ofertą współpracy.
– Z taką determinacją to ty kiedyś naprawdę daleko zajdziesz – mówił mi ojciec. Był ze mnie dumny, a ja łaknęłam tej dumy jak tlenu. Chciałam mu coś udowodnić, sama nie wiem co. Że warto było się poświęcać? Że córka może osiągnąć więcej niż syn sąsiadów?
Pierwsze stanowisko zdobyłam tuż po obronie. Staż nie był płatny, ale dawał kontakty. Nie oglądałam się na nikogo. Gdy Magda, moja współlokatorka, zakochała się w chłopaku z sąsiedniego wydziału, ja podpisywałam umowę z pierwszym klientem.
– Nie boisz się, że coś cię ominie? – zapytała raz.
– Nie. Ja wiem, co robię – odpowiedziałam wtedy bez zawahania.
Chyba naprawdę tak myślałam.
Miłość nie wytrzymała próby
Poznałam Michała na konferencji branżowej w Krakowie. Był inny niż ci wszyscy zadufani w sobie faceci z działów sprzedaży. Miał w sobie spokój, patrzył uważnie, słuchał, zanim coś powiedział. Zaprosił mnie wtedy na kawę. Pamiętam, że odruchowo spojrzałam na zegarek. Byłam już spóźniona na panel o digitalizacji procesów, ale... poszłam. I tak się zaczęło.
Michał mówił, że jestem kobietą jego życia, że go inspiruję. Na początku to mnie kręciło. Facet, który nie obrażał się o to, że pracuję do późna, że czasem zasypiam z laptopem na kolanach. Tylko że z czasem przestał mnie rozumieć. Zaczął mówić, że mnie traci. Że ciągle gdzieś pędzę. A ja przecież nie pędziłam bez celu – budowałam coś. Dla nas!
– Czy ty naprawdę musisz odbierać ten telefon teraz? – zapytał któregoś wieczoru, kiedy siedzieliśmy na tarasie u jego rodziców.
– Muszę. To klient z Dubaju. Dla mnie to ogromna szansa – odpowiedziałam.
Nie rozumiał. Albo nie chciał zrozumieć. A może miał już dość bycia tylko dodatkiem do moich planów. Rok później odszedł. Napisał krótkiego maila. Bez wyrzutów, bez dramatu. Po prostu zniknął z mojego życia. Jakby nigdy w nim nie był.
Sukces ma swoją cenę
Po rozstaniu z Michałem wrzuciłam jeszcze wyższy bieg. Nie było już nic, co mogłoby mnie zatrzymać. Zamiast płakać w poduszkę, siedziałam po nocach nad kolejnymi prezentacjami. Dostałam awans, potem kolejny. Praca stała się wszystkim. Nawet nie zauważyłam, że z przyjaciółmi widuję się tylko na LinkedInie, a moi rodzice nie wiedzą, co lubię jeść, bo ostatni raz gotowałam coś w domu chyba dwa lata temu.
Ludzie zaczęli mnie podziwiać. Zapraszano mnie na panele, proszono o komentarze w mediach branżowych. Dostałam nagrodę „Kobieta Sukcesu”. Przemawiałam na scenie z uśmiechem, w nowej garsonce, z wyprostowanymi plecami. W domu czekała na mnie cisza. I kot. Lojalny, miękki, śpiący na poduszce obok. Jedyna stała rzecz w moim życiu.
Na święta jeździłam sama. Mama zawsze szykowała dla mnie ulubione pierogi, chociaż wiedziała, że zjem trzy i będę odbierać służbowe maile. Tato raz zapytał:
– Ty jeszcze w ogóle śpisz czasem?
Uśmiechnęłam się tylko. Wtedy uważałam, że nie ma co narzekać. Sukces kosztuje. Tylko że nikt nie mówił, ile dokładnie trzeba za niego zapłacić. I że nie wszystko da się odkupić za premię kwartalną.
Imprezy, nagrody i pustka
Gdybym patrzyła na siebie z zewnątrz, pomyślałabym: „Ona ma wszystko.” I pewnie wiele osób tak właśnie myślało. Sukienki z najnowszych kolekcji, firmowe eventy z lampką prosecco i widokiem na miasto, podróże służbowe do Barcelony i Nowego Jorku. Byłam gościem specjalnym na gali biznesu, siedziałam obok prezesa jednej z największych firm technologicznych w kraju. Uśmiechałam się do zdjęć, pozowałam z nagrodą. Na Instagramie wyglądałam jak chodzące spełnienie marzeń.
A jednak po takich wieczorach wracałam do pustego mieszkania i ściągałam szpilki z ulgą większą niż powinno się czuć po „wielkim sukcesie”. Kiedyś rozpakowałam jednocześnie trzy torby z trzech różnych podróży i nie potrafiłam sobie przypomnieć, w którym mieście spałam ostatnio. Kot ocierał się o moją nogę, jedyny, kto na mnie czekał.
W pewnym momencie zaczęłam unikać sobót. Zostawała tylko cisza, seriale, które przerywałam w połowie, i lodówka z jednym jogurtem. Znajomi z dawnych lat mieli teraz rodziny. Dzieci. Albo choćby kogoś, z kim można pojechać nad jezioro. Ja miałam harmonogram spotkań i rezerwację stolika dla jednej osoby. I ten cholerny widok na miasto, który już dawno przestał robić na mnie wrażenie.
Ostatnia wiadomość od niego
Michał napisał do mnie po latach. Krótko, bez wielkich słów. Po prostu: „Znalazłem nasze zdjęcie z Chorwacji. Pamiętasz tę plażę z białymi kamieniami?”. Zatkało mnie. Najpierw nie wiedziałam, co odpisać. Potem przez godzinę przeglądałam stare foldery, aż w końcu znalazłam to samo zdjęcie – on, ja, jego koszula na moich ramionach i śmiech, który wtedy wydawał się wieczny.
Nie odpowiedziałam od razu. Przez kilka dni tylko myślałam. Kim teraz jest? Czy ma żonę? Dzieci? Czy myśli czasem o mnie? A może po prostu trafił na zdjęcie i puścił wiadomość, żeby zrzucić z siebie ciężar? W końcu napisałam: „Pamiętam. I tę burzę następnego dnia. I jak zgubiliśmy klucze do apartamentu. To były dobre chwile.”
Napisał, że żałuje, że wtedy nie zawalczył. Że był głupi. A ja przecież byłam gotowa wtedy wszystko oddać za tę jedną rozmowę, której wtedy nie było. Teraz nie było już czego naprawiać. Sentyment – tak, wzruszenie – też. Ale między nami był już zbyt długi dystans. Wieczorem nalałam sobie wina. Kot wskoczył na fotel. Spojrzałam na ekran z jego wiadomością i przez chwilę poczułam coś na kształt ciepła. I ogromną pustkę zaraz po nim.
Echo dawnych wyborów
Nie chcę się nad sobą użalać. Sama wszystko wybrałam. To nie był przypadek, nie zrządzenie losu. To były moje decyzje. Konsekwentne, świadome, dobrze przemyślane. Tylko że teraz, mając pięćdziesiąt lat, siedząc wieczorem w pustym mieszkaniu, z kotem na kolanach i ciszą, której nikt już nie przerywa – zaczynam się zastanawiać, czy nie pomyliłam priorytetów.
Mam wszystko, czego chciałam. Imię w branży, wykłady na uczelniach, ludzie cytują moje wypowiedzi w mediach. A jednak nikt nie zapyta mnie, czy chcę herbaty. Nikt nie przykryje mnie kocem, kiedy zasnę na kanapie z książką. Nikt nie zapuka do drzwi tylko po to, by mnie przytulić. Nawet w święta.
Najgorzej jest wieczorami. Kiedy zrzucam z siebie cały dzień i zostaję sama. Prawdziwie sama. Bez planów, spotkań, telefonów. Nawet kot wtedy nie miauczy, tylko kuli się obok. Cisza. Nie taka przyjemna, tylko ta głośna, duszna, która wyciąga z człowieka wszystkie niewypowiedziane żale.
Może jeszcze coś się zmieni. Może ktoś się pojawi. Nie tracę nadziei. Ale nie łudzę się, że cofnę czas. Że odbuduję to, czego nie zdążyłam zbudować. Zasypiam późno, z twarzą zwróconą do ściany. I tylko kot mruczy, jakby mówił: „Nie jesteś całkiem sama.”
Renata, 50 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W najsmutniejszy dzień roku byłam sama jak palec. Mąż miał harować w delegacji, a wyszło, że wygrzewał się na plaży”
- „Moja matka ciągle namawiała mnie do powrotu do byłej dziewczyny. Wreszcie im wykrzyczałem, dlaczego Ewa już nie wróci”
- „Myślałam, że z teściową nadajemy na tych samych falach. Wystarczyło 1 zdanie, abym szybko odkryła jej prawdziwą twarz”

