„W kościele siadałam w 1. ławce, by sąsiedzi widzieli. Odkąd córka zaszła w nieślubną ciążę, wstydzę się wyjść z domu”
„Czułam, jak narasta we mnie poczucie wstydu i niepewności, jakby cały porządek, który skrupulatnie budowałam latami – ta codzienna modlitwa, pierwsza ławka w kościele – zaczął się chwiać pod naciskiem spojrzeń i słów”.

Wstawałam codziennie o wpół do szóstej. Z wiekiem organizm przestaje potrzebować budzika – wystarczył mi wewnętrzny rytm. Zaczynałam dzień od różańca. Tajemnice radosne w poniedziałek, bolesne we wtorek. Potem filiżanka kawy, czarna, mocna, bez cukru.
Mam swoje zasady
Wychodziłam z domu przed siódmą. Kapelusz na głowie – wiosną jasny, zimą ciemniejszy – schludna torebka na ramieniu, rękawiczki. To nie był pokaz, to był obowiązek. W kościele siadałam w pierwszej ławce, po lewej stronie. Od lat to było moje miejsce. Nie musiałam się nikomu tłumaczyć. Proboszcz powiedział mi raz: takich parafianek potrzeba. I miał rację. Nie chodziłam tam po pociechę, tylko po siłę.
Po mszach zostawałam czasem chwilę dłużej. Lubiłam patrzeć na światło wpadające przez witraż nad prezbiterium. Wtedy myślałam o sprawach, o których głośno się nie mówiło: o samotności, o tym, co boli, ale czego nie wolno wypowiedzieć. W środku miałam porządek. Nawet jeśli serce czasem się buntowało, to rozum wiedział swoje. Miłość do Boga musi być ponad wszystkim. Nawet ponad rodziną.
To było w październiku ubiegłego roku. Córka przyjechała do mnie późnym wieczorem. Wyglądała na zmęczoną. Zaparzyłam jej herbaty, postawiłam talerz z kruchymi ciasteczkami. Unikała mojego wzroku.
– Mamo… muszę ci coś powiedzieć.
Zacisnęłam palce na uchwycie filiżanki. Już wtedy poczułam niepokój, jak ostrze wbite w kark.
– Słucham.
– Jestem w ciąży.
Myślałam, że żartuje
Nie odpowiedziałam od razu. W głowie szukałam logicznych ścieżek. Ciąża? Dziecko? A gdzie mąż albo chociaż narzeczony?
– Z kim?
– Z Markiem. Nie jesteśmy już razem, nie chciał… nie był gotowy – spojrzała na mnie, jakby szukała współczucia. – Ale ja chcę urodzić to dziecko. Kocham je już teraz.
Wstałam od stołu. Przez chwilę nic nie mówiłam.
– Czy ty w ogóle rozumiesz, co zrobiłaś?
– Mamo…
– Nie przerywaj mi. Zhańbiłaś siebie, zhańbiłaś mnie. Wychowywałam cię w wierze. Byłaś u komunii, u bierzmowania, modliłyśmy się razem. I co? Dziecko bez ślubu? Jak ty sobie to wyobrażasz?
– To nie jest żadna hańba – wyszeptała.
– W tym domu jest – wskazałam ręką drzwi. – Nie będę patrzeć, jak niszczysz wszystko, co próbowałam ci wpoić. Jeśli chcesz prowadzić takie życie, rób to gdzie indziej. Tu nie ma na to miejsca.
Patrzyła na mnie przez chwilę w milczeniu. Potem wstała, podniosła torbę i wyszła.
Byłam wściekła
Od tamtej pory nie rozmawiałyśmy. Nie dzwoniłam, nie odwiedzałam jej, modliłam się tylko. Tyle mogłam zrobić. Któregoś dnia zadzwonił telefon. Odebrałam.
– Mamo… to ja – usłyszałam jej głos. – Klara. Może mogłybyśmy… porozmawiać?
– O czym? – spytałam chłodno. – O twoim grzechu? Nie mam o czym mówić.
– Mamo, mam syna. Twojego wnuka.
– Nie mów mi o nim. Dzieci bez sakramentu to nie błogosławieństwo.
Rozłączyłam się. Nie chciałam z nią rozmawiać. Słowa nie przechodziły mi przez gardło. A potem zaczęły się spojrzenia, niby uprzejme, a jednak z ukrytym błyskiem ciekawości. Potem pojawiły się pytania.
– A jak tam pani wnuk? – zagadnęła mnie kiedyś sąsiadka z naprzeciwka. – Słodki maluszek, widziałyśmy go na spacerze z Klarą. Ma takie duże oczy, zupełnie jak pani…
Uśmiechnęła się, jakby mówiła coś miłego. Otworzyłam usta, ale zamiast odpowiedzi, wyszło coś lodowatego.
– Nie mam wnuka.
– Ależ pani Tereso… – zaczęła ostrożnie. – Przecież to syn pani córki.
– Klara zeszła z drogi Pana – powiedziałam twardo. – Ja nie mam córki, która żyje w grzechu. A tym bardziej nie mam wnuka.
Była ciekawska
Sąsiadka odeszła szybko, zostawiając mnie samą. Wróciłam do mieszkania i usiadłam w kuchni. W głowie słyszałam tylko jedno zdanie: „Ma takie oczy jak pani”. Oczy jak moje. Jak mogła tak powiedzieć?
Czułam, jak narasta we mnie poczucie wstydu i niepewności, jakby cały porządek, który skrupulatnie budowałam latami – ta codzienna modlitwa, pierwsza ławka w kościele – zaczął się chwiać pod naciskiem spojrzeń i słów, które miały mnie zawstydzić. Ale nie miałam się czego wstydzić. To Klara powinna. To ona wybrała drogę bez Boga. To ona przestała być moim dzieckiem.
Następnego dnia wyszłam z kościoła wcześniej niż zwykle. Nie zostałam do końca, nie klęknęłam po mszy przy figurze Matki Boskiej. Po prostu podniosłam torebkę i wyszłam. Ulica była pusta, powietrze wilgotne, pachniało mokrą ziemią i dymem z kominów.
Poszłam na spacer. Nogi poniosły mnie znajomą ulicą, potem drugą, aż zobaczyłam blok, w którym mieszkała moja córka. Szary, z obdrapaną klatką i niedziałającym domofonem. Stałam po drugiej stronie ulicy. Nie miałam odwagi podejść bliżej. To było jak przekroczenie progu, którego nie umiałam nawet nazwać.
Nie chciałam jej znać
Po chwili z klatki wyszła Klara. Na rękach niosła dziecko. Mały chłopiec, dwuletni, w pstrokatym kombinezonie, z czapką nasuniętą na uszy. Nie widziała mnie, ale ja widziałam wszystko. Miałam ochotę zawołać, przejść przez jezdnię, powiedzieć że jestem, że nie wiem, co czuję, ale przyszłam. Nie zrobiłam nic. Stałam w cieniu, schowana za rzędem drzew. Zimny wiatr poruszał gałęziami. Drżałam.
Klara podniosła wzrok i spojrzała prosto przed siebie. Nasze oczy się spotkały. Trwało to może sekundę. Nie ruszyła się, nie skinęła głową. Patrzyła bez wyrazu, jakby nie rozpoznała, a może właśnie jakby rozpoznała za dobrze, a potem odwróciła wzrok i powiedziała coś do dziecka. Odeszłam.
Szłam długo, nie patrząc, dokąd. W głowie tłukło mi się jedno pytanie: „A jeśli już mnie nie chce? A jeśli jest za późno? A jeśli sama zniszczyłam naszą więź?”. Nie modliłam się tego dnia. Położyłam się wcześnie i długo patrzyłam w ciemność.
Nie lubię zmian
Zostałam przy tym, co znałam. Rano różaniec, potem msza. Ale już nie siadam w pierwszej ławce. Zajmuję miejsce z tyłu, jakby niewidoczność mogła mnie uchronić przed czymś, co już i tak się stało. Patrzę na ołtarz, ale nie widzę go wyraźnie. Nie słucham kazań, modlitwy wypowiadam szeptem, bardziej z nawyku niż z wiary.
Złość nie minęła, żal też nie. Nie umiem odpuścić, nie umiem zapomnieć tamtej rozmowy, tamtej nocy, jej twarzy – spokojnej, jakby wszystko, co dla mnie było hańbą, dla niej miało być życiem. Normalnym, czułym, ale bez Boga. Bo w moim świecie miłość do Boga musi być być czysta, niezbrukana kompromisem, a ja – choćbym miała umrzeć w ciszy – nie pozwolę, by ktoś mi tę czystość odebrał. Nawet moje własne dziecko.
Teresa, 69 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Pojechałam do teściowej na Dzień Babci i straciłam głowę dla jej gościa. Teraz nie wiem, jak spojrzeć mężowi w oczy”
- „W mroźny dzień zacięłam się w windzie z sąsiadem. Weszliśmy jako obcy, a godzinę później znaliśmy się aż za dobrze”
- „Myślałem, że na emeryturze czeka mnie spokojne życie u boku żony. Nie sądziłem, że na stare lata wywinie mi taki numer”

