„W kolejce usłyszałam znajomy głos. W jednej chwili jesień mojego życia zmieniła się w kwitnącą wiosnę”
„Patrzyłam w twarz starszego pana z siwą brodą. Miał zmarszczki wokół oczu, skórę naznaczoną wiekiem i nieco przerzedzone włosy. Ale oczy… te oczy były niebieskie, z tą samą iskrą, którą widziałam ostatni raz ponad pół wieku temu”.

Przychodnia rejonowa to specyficzne miejsce. Jest jak oddzielne państwo z własnymi prawami, hierarchią i systemem walutowym, w którym najważniejszą monetą jest cierpliwość. Siedziałam na twardym, plastikowym krześle, które prawdopodobnie zostało zaprojektowane przez kogoś, kto nienawidził ludzkich kręgosłupów.
Żyłam sama
W dłoni ściskałam numerek z rejestracji, a mój wzrok błądził po wyblakłym plakacie zachęcającym do szczepień przeciw grypie. Było duszno. Ktoś kasłał w głębi korytarza, ktoś inny głośno narzekał na system, a ja po prostu chciałam załatwić swoje sprawy i wrócić do domu.
Moje życie w ostatnich latach stało się rutyną, bezpieczną, ale i nieco szarą. Odkąd Andrzej, mój mąż, odszedł pięć lat temu, nauczyłam się żyć w pojedynkę. Nie była to smutna samotność, raczej cicha akceptacja stanu rzeczy. Dzieci miały swoje sprawy – Kasia mieszkała w Anglii, a Piotrek, choć był na miejscu, wiecznie gonił za pieniędzmi i awansami w korporacji. Czasami wpadał w niedzielę na rosół, patrzył w telefon i pytał, czy u mnie wszystko w porządku, nie czekając tak naprawdę na odpowiedź. Więc mówiłam, że w porządku.
Bo co miałam powiedzieć? Że boli mnie kolano, że seriale w telewizji są coraz głupsze, a wieczorami cisza w mieszkaniu bywa tak głośna, że aż dzwoni w uszach? Tamtego dnia w przychodni czułam się wyjątkowo zmęczona. Czekałam na wizytę u kardiologa. Wyciągnęłam z torebki krzyżówkę, próbując odciąć się od otoczenia.
– Czy to miejsce jest wolne? – usłyszałam głęboki, nieco chropowaty głos.
Nie poznałam go
Nie podnosząc głowy, skinęłam tylko, przesuwając swoją torebkę bliżej siebie. Mężczyzna usiadł ciężko, wzdychając z ulgą, jakby pokonał maraton. Zapachniało wodą kolońską – taką staromodną, ale przyjemną. Czymś, co kojarzyło mi się z elegancją dawnych lat, a nie z dzisiejszymi, agresywnymi perfumami.
– Dwie godziny opóźnienia – mruknął bardziej do siebie niż do mnie. – Człowiek szybciej by wyzdrowiał sam z siebie, niż doczekał się tutaj pomocy.
– Albo umarł – dodałam odruchowo, wciąż patrząc w kratki krzyżówki. Hasło na sześć liter: stolica Senegalu. Dakar. Wpisałam powoli.
Mężczyzna zachichotał. To był ciepły dźwięk.
– Pesymistka? Czy realistka?
– Doświadczona pacjentka – odparłam, w końcu podnosząc wzrok.
I wtedy czas się zatrzymał. Nie tak jak w filmach, gdzie wszystko zwalnia i gra muzyka. Po prostu moje serce, to samo, które miałam dziś badać, wykonało dziwny fikołek, a potem uderzyło mocno o żebra. Patrzyłam w twarz starszego pana z siwą brodą i okularami w drucianej oprawce. Miał zmarszczki wokół oczu, skórę naznaczoną wiekiem i nieco przerzedzone włosy. Ale oczy… te oczy były niebieskie, bystre, z tą samą iskrą, którą widziałam ostatni raz ponad pół wieku temu.
Znaliśmy się
Liceum, rok 1968. Pamiętam ten czas tak wyraźnie, jakby to było wczoraj, choć dzisiejsze obiady zacierają mi się w pamięci już po godzinie. Wtedy byłam Elą z 4B. Nosiłam spódnice za kolano, włosy upinałam w koński ogon i uchodziłam za cichą.
On był Tadeuszem z 4A. Nie był typem łobuza, za którym szalały wszystkie dziewczyny. Był kimś znacznie bardziej intrygującym. Chodził z książkami pod pachą, słuchał jazzu, o którym my nie mieliśmy pojęcia, i pisał wiersze do szkolnej gazetki. W tamtych czasach, w szarej rzeczywistości PRL-u, wydawał mi się kimś z innego świata.
Podkochiwałam się w nim na zabój. To była ta pierwsza, wielka, nastoletnia miłość, która boli w mostku i sprawia, że nie można spać. Pamiętam, jak specjalnie wybierałam dłuższą drogę do domu, tylko po to, by minąć go na ulicy Mickiewicza. Pamiętam, jak serce mi stawało, gdy podchodził do tablicy ogłoszeń, przy której ja akurat udawałam, że czytam plan lekcji. Nigdy jednak nie zamieniliśmy ze sobą więcej niż kilka zdań.
To był on
Wydawało mi się, że on patrzy na mnie jak na powietrze. Że jego myśli krążą wokół ważnych spraw, literatury, studiów, a nie wokół dziewczyny, która boi się własnego cienia. A potem nadeszła matura, studia w innych miastach i życie potoczyło się swoimi torami. Ja poznałam Andrzeja, wyszłam za mąż, urodziłam dzieci. Tadeusz zniknął z mojego radaru, pozostając jedynie słodko-gorzkim wspomnieniem młodości, zamkniętym w szufladce z napisem „co by było, gdyby?”.
Wróciłam do rzeczywistości, do dusznej poczekalni i numerka w garści. Mężczyzna obok przyglądał mi się z lekkim zmarszczeniem brwi.
– Przepraszam panią – powiedział powoli, zdejmując okulary i przecierając je rąbkiem płaszcza. – To może zabrzmieć dziwnie, ale… czy my nie chodziliśmy razem do liceum Żeromskiego?
Poczułam, jak gardło mi się zaciska. Więc to nie było tylko moje urojenie. On też coś zauważył.
– Tak – wychrypiałam, po czym odchrząknęłam, żeby mój głos brzmiał pewniej. – Tak, chodziłam do Żeromskiego. Jestem Elżbieta.
Jego twarz rozjaśniła się w uśmiechu, który odjął mu co najmniej dwadzieścia lat.
– Ela…? – zapytał, używając mojego panieńskiego nazwiska.
– Tak. To ja.
– Tadeusz – przedstawił się, wyciągając dłoń.
Wspomnienia wróciły
Uścisnęłam ją. Jego skóra była sucha i ciepła. Ten dotyk był dziwnie elektryzujący, mimo że oboje byliśmy już ludźmi, którzy na co dzień smarują stawy maścią przeciwbólową.
– Poznałam cię – przyznałam cicho. – Właściwie, to poznałam oczy. Niewiele się zmieniły.
– Oczy może nie, ale reszta to już ruina – zaśmiał się, klepiąc się po kolanie. – Kto by pomyślał, że spotkamy się w kolejce do kardiologa. Romantyzm dwudziestego pierwszego wieku.
Roześmieliśmy się oboje. To rozładowało napięcie. Zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że Tadeusz też jest wdowcem. Mieszkał sam, dwa osiedla dalej ode mnie. Rozmowa kleiła się niesamowicie. Zapomniałam o krzyżówce, o bolącym kręgosłupie i o tym, że czekam tu już godzinę. Czułam się dziwnie lekko. Jakby ta szara przychodnia nagle nabrała kolorów.
– Wiesz… – zaczął Tadeusz, gdy temat zszedł na czasy szkolne. Obracał w palcach swój numerek. Był wyraźnie zdenerwowany. – Wiesz, że ja się w tobie kochałem?
Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. Dźwięki przychodni – szuranie butów, dzwoniące telefony – wszystko to stało się nagle odległym tłem.
– Słucham? – zapytałam, niepewna, czy dobrze usłyszałam.
– Kochałem się w tobie – powtórzył, patrząc mi prosto w oczy. – Przez całą czwartą klasę. A może i wcześniej. Pamiętasz studniówkę?
– Pamiętam – szepnęłam.
Wyznał mi to
– Chciałem cię poprosić do tańca. Stałem przy filarze i zbierałem się w sobie chyba z godzinę – uśmiechnął się smutno. – Miałem ułożoną całą mowę. Chciałem ci powiedzieć, że masz najpiękniejszy uśmiech w szkole i że czytam twoje wypracowania, kiedy polonistka wywiesza je w gablocie.
– Czytałeś moje wypracowania? – Byłam w szoku. Myślałam, że on nawet nie wiedział, jak mam na imię.
– Wszystkie. Były wrażliwe. Inne niż reszta. Ale wtedy, na studniówce, kiedy w końcu ruszyłem w twoją stronę, podbiegł do ciebie ten wysoki blondyn z 4C. Zaczął cię szarpać za rękę, ciągnąć na parkiet, a ty się śmiałaś. Pomyślałem, że jesteście parą. Że nie mam u ciebie szans. Wycofałem się.
Poczułam ukłucie w sercu. Pamiętałam tamtą sytuację. Jacek był kuzynem mojej przyjaciółki, strasznym błaznem. Ciągnął mnie na parkiet, bo przegrał zakład, a ja śmiałam się z nerwów i zażenowania, próbując się wyrwać.
– Jacek był tylko kolegą. A ja na tamtej studniówce czekałam tylko na ciebie.
Tadeusz otworzył szeroko oczy.
– Naprawdę?
– Naprawdę. Kochałam się w tobie tak bardzo, że pisałam twoje inicjały na marginesach zeszytów. Baśka, moja przyjaciółka, miała mnie dość, bo mówiłam tylko o tobie.
Odkrywaliśmy siebie
Siedzieliśmy w milczeniu przez dłuższą chwilę. Dwoje starszych ludzi w przychodni, którzy właśnie odkryli, że ich życie mogło potoczyć się zupełnie inaczej, gdyby jedno z nich miało w 1968 roku odrobinę więcej odwagi. To było słodkie, ale i niesamowicie bolesne. Tyle straconych lat. Tyle niedopowiedzeń.
– Ale byliśmy głupi – podsumował Tadeusz, kręcąc głową.
– Byliśmy młodzi i nieśmiali – poprawiłam go. – To chyba idzie w parze.
Wtedy otworzyły się drzwi gabinetu.
– Pani Elżbieta! – zawołała pielęgniarka.
Wstałam powoli, czując dziwny żal, że muszę przerwać tę rozmowę.
– To ja – powiedziałam, zbierając torebkę.
Tadeusz też wstał. Jego twarz wyrażała determinację.
– Elu, czekaj. Nie możemy tego tak zostawić. Nie po pięćdziesięciu latach.
Wyciągnął z kieszeni smartfona. Był to nowoczesny model, z którym radził sobie całkiem sprawnie, w przeciwieństwie do mnie, wciąż walczącej z ekranem dotykowym.
– Podaj mi swój numer – powiedział stanowczo. – Proszę.
Dałam mu numer
Podyktowałam mu cyfry, a on zapisał je w kontaktach pod nazwą „Ela z liceum”.
– Zadzwonię – obiecał. – Jak tylko wyjdziesz z gabinetu. Może poszlibyśmy na kawę? Tu niedaleko jest taka mała cukiernia. Mają dobre wuzetki. Pamiętasz wuzetki?
– Pamiętam – uśmiechnęłam się do niego. – Bardzo chętnie pójdę na wuzetkę.
Weszłam do gabinetu kardiologa z ciśnieniem prawdopodobnie skaczącym pod sufit, ale nie ze stresu czy choroby. Badanie minęło szybko. Kiedy wyszłam na korytarz, Tadeusz wciąż tam był. Jego kolejka jeszcze nie nadeszła, ale on stał przy drzwiach wyjściowych, patrząc w ich stronę, jakby pilnował, żebym nie uciekła. Gdy mnie zobaczył, jego twarz znów pojaśniała.
– Myślałem, że uciekłaś tylnym wyjściem – zażartował.
– Nie uciekłam wtedy, nie ucieknę i teraz – odpowiedziałam odważnie.
Siedzieliśmy w tej cukierni trzy godziny. Okazało się, że mimo upływu lat, mimo różnych życiorysów, wciąż nadajemy na tych samych falach. Wypiliśmy po dwie kawy i zjedliśmy po wuzetce, nie przejmując się cukrem ani kofeiną.
Patrzyłam na niego i widziałam już nie tylko starszego pana z problemami kardiologicznymi, ale tego chłopaka, który stał przy filarze na studniówce. A on patrzył na mnie tak, jak nikt nie patrzył od bardzo dawna. Z uwagą. Z fascynacją. Z czułością.
Odzyskujemy czas
– Wiesz, Elu – powiedział w pewnym momencie, chwytając moją dłoń leżącą na stoliku. – Może straciliśmy pięćdziesiąt lat. Może to dużo. Ale wciąż mamy trochę czasu przed sobą. Nie wiem ile, rok, pięć, może dziesięć. Ale nie chcę już marnować ani minuty na domysły.
Jego dłoń była ciepła i pewna. Ścisnęłam ją.
– Ja też nie.
To spotkanie zmieniło wszystko. Nie, nie odzyskałam młodości fizycznie – nadal bolą mnie plecy, a rano muszę brać garść tabletek. Ale w środku coś odżyło. Coś, co myślałam, że umarło wraz z moim mężem, albo nawet wcześniej. Poczucie bycia kobietą, bycia ważną, bycia adorowaną.
Od tamtego wtorku minęły trzy miesiące. Spotykamy się z Tadeuszem prawie codziennie. Chodzimy na spacery do parku, do kina, czasem po prostu siedzimy u niego i słuchamy starych płyt jazzowych, których on wciąż ma całą kolekcję. Moje dzieci są w szoku. „Mamo, ty randkujesz!” – śmiała się Kasia przez telefon. Tak, randkuję. I czuję się z tym wspaniale.
Los bywa okrutny, zabierając nam czas, ale bywa też łaskawy, dając drugą szansę w najmniej oczekiwanym momencie. Kto by pomyślał, że miłość mojego życia czekała na mnie w kolejce do kardiologa, uzbrojona w skierowanie i bagaż doświadczeń? Czasami warto poczekać. Nawet pół wieku. Nigdy nie jest za późno, żeby naprawić błędy młodości. I nigdy nie jest za późno, żeby znowu poczuć motyle w brzuchu.
Elżbieta, 72 lata.
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W walentynkowy wieczór zapanował chłód nie tylko przez awarię ogrzewania. Zimno wyciągnęło z nas to, co najgorsze”
- „Szykowałam idealne walentynki dla ukochanego. Gdy pojawiła się awaria ogrzewania, on postanowił zagrzać się u innej”
- „W walentynki ja walczyłam z awarią ogrzewania, a narzeczony grzał się u innej. Zamiast odejść, postanowiłam mu pomóc”

