Reklama

Bywają tacy ludzie, których obecność jest jak zadra pod paznokciem – niewielka, ale bolesna. Od początku coś mi w nim nie pasowało, choć nikt nie chciał tego słuchać. Mówili, że przesadzam, że mam uprzedzenia. W końcu to tylko szwagier – brat mojego męża, który po prostu przeżywał ciężki czas. Przyjęliśmy go pod swój dach, bo podobno nie miał się gdzie podziać. Ja miałam złe przeczucia, on miał jedną walizkę i uśmiech, który nie docierał do oczu. Z czasem zrozumiałam, że był w nim cień zazdrości. I że ten cień przysłonił nam słońce.

Niewygodny gość

– No co miałem zrobić? To mój brat – powiedział mój mąż, gdy pierwszy raz podniosłam temat.

Nie krzyczałam. Nie wypominałam. Po prostu czułam, że coś jest nie tak. Zanim zamieszkał z nami, życie było spokojne. Dzieci chodziły spać o stałych porach, kolacje jadaliśmy razem przy stole, a ja nie czułam potrzeby zamykania torebki na zamek. Pojawił się z dnia na dzień, niby na chwilę. Minęły trzy tygodnie, a on nawet nie szukał pracy.

– Pomagam ci przecież, wynoszę śmieci, robię zakupy – tłumaczył, gdy zwróciłam mu uwagę, że tylko siedzi w domu i ogląda seriale.

Nie potrzebowałam pomocnika od śmieci. Potrzebowałam spokoju. Zaczął wtrącać się w rozmowy z dziećmi, komentować, że mogłyby być bardziej zdyscyplinowane. Z mężem spędzał całe wieczory, śmiejąc się głośno, jakby wszystko było świetnie. A ja czułam się jak intruz we własnym domu.

– Przestań się czepiać, on przecież nic złego nie robi – mówił mój mąż z coraz większym zniecierpliwieniem.

A ja milczałam. Bo czułam, że to dopiero początek. I że ten gość, choć formalnie nasz, nie zamierzał się wynosić. Przeciwnie. On dopiero się rozsiadał.

Uśmiechy bez szczerości

Na zdjęciach z tamtego czasu wszystko wyglądało jak z katalogu – uśmiechnięte twarze, rodzinne grille, wspólne wycieczki. On zawsze stał obok mojego męża, z ręką na jego ramieniu, jakby przypominał wszystkim, że to jego brat, jego krew. I może właśnie dlatego nikt nie zauważał, że coś w tych uśmiechach nie grało. Że były jak maski.

Zaczął przychodzić do mnie z „dobrymi radami”.

– Może nie bądź taka spięta. Michał potrzebuje trochę luzu – powiedział mi kiedyś przy kawie, którą sam zaparzył.

Słowa niby życzliwe, ale ton... jakby mówił: „Nie jesteś wystarczająca”. I coraz częściej widywałam ich razem, szepczących w kuchni, zamykających się w garażu „na męskie rozmowy”. Kiedy zapytałam Michała, o czym tak często rozmawiają, tylko wzruszył ramionami.

– O niczym ważnym. Daj spokój, nie musisz kontrolować wszystkiego – rzucił z wyraźnym znużeniem.

Nie chciałam kontrolować. Chciałam wiedzieć, co się dzieje w moim domu. Czułam, że coś się zmienia. On przytulał dzieci z przesadną czułością, jakby chciał im coś wynagrodzić. A one zaczęły mówić do niego „wujek” z taką radością, jakby był kimś więcej niż tylko wujkiem. Zaczynałam się czuć, jakby próbował mnie zastąpić.

Ziarno zostało zasiane

Pewnego dnia wróciłam wcześniej z pracy. Dzieci były w szkole, mąż jeszcze nie wrócił. W domu panowała cisza, którą przerwały śmiechy dochodzące z salonu. Zajrzałam tam i zobaczyłam go z jakąś kobietą. Siedzieli blisko siebie, zbyt blisko. Kobieta miała na sobie mój szlafrok.

– Przyszła tylko po książkę, spoko – powiedział szwagier, jakby nie widział nic niestosownego.

Nie odzywałam się. Tylko skinęłam głową i wyszłam do kuchni. Serce biło mi mocniej. Zaczęłam się zastanawiać, kim była ta kobieta. Może miał jakąś relację, której nie znałam. Może wcale nie był takim nieudacznikiem, za jakiego się podawał. Wieczorem poruszyłam temat z Michałem. Spodziewałam się, że w końcu coś poczuje, zauważy.

– Może lepiej, że kogoś poznał. Odciąży nas trochę – odpowiedział, nie odrywając wzroku od telewizora.

To był moment, w którym zaczęłam się czuć naprawdę sama. Własny mąż nie chciał dostrzec, że ktoś rozkłada nas od środka. Ziarno podejrzeń, które zakiełkowało we mnie wcześniej, teraz zaczęło rosnąć. Nie ufałam już ani jemu, ani mojemu mężowi. Zaczęłam słuchać bardziej uważnie. Patrzeć dokładniej. I to, co zobaczyłam, tylko mnie utwierdziło.

Kłamstwa wkradają się cicho

Zaczęło się od drobiazgów. Rachunki za zakupy, które miały być opłacone przez szwagra, ale nagle okazywało się, że „karta nie przeszła”. Znikały drobne pieniądze z kuchennej szuflady. Mąż tłumaczył to roztargnieniem dzieci, chociaż one dobrze wiedziały, że nie wolno tam grzebać. Pojawiały się też nowe rzeczy – perfumy, zegarek, markowe buty – których nie miał, gdy się wprowadzał. Na pytanie skąd, tylko się uśmiechał.

– Dostałem. Mam znajomych, wiesz?

Nie miał znajomych. Całe dnie spędzał w domu albo z Michałem. I coraz częściej ich rozmowy milkły, gdy wchodziłam do pokoju. Uśmiechy gasły. Atmosfera gęstniała.

Pewnej nocy usłyszałam, jak szeptali w kuchni. Szwagier mówił o „planie” i „czasie najwyższym coś z tym zrobić”. Zamarłam za drzwiami. Następnego dnia Michał był zimny. Nie zapytał, jak minął mi dzień. Nie zauważył nowej bluzki. Po raz pierwszy nie pocałował mnie na dobranoc.

Mój dom zaczynał się kruszyć. A ja miałam wrażenie, że ktoś to kruszenie dokładnie zaplanował. Kłamstwa nie weszły do nas z hukiem. One cicho wpełzły pod drzwiami i zaczęły robić porządki po swojemu.

Wszystko się sypie

Pewnego popołudnia dostałam telefon z pracy Michała. Dopytywali, czy wszystko u nas w porządku, bo od tygodnia nie pojawił się w biurze. Powiedziałam, że musi być jakaś pomyłka, że przecież codziennie rano wychodzi. Kiedy wrócił tego dnia, czekałam w salonie.

– Gdzie byłeś? – zapytałam bez emocji.

– Miałem coś do załatwienia – odpowiedział, nawet na mnie nie patrząc.

Wiedziałam, że kłamie. Wtedy zrozumiałam, że już nie jesteśmy po jednej stronie. On i jego brat spędzali całe dnie razem. Michał sprzedał swój motor, potem zaczęły znikać z konta wspólne oszczędności. Mówił, że to inwestycje, że wreszcie „coś się ruszyło”.

Nie miałam już siły się kłócić. Dzieci były zdezorientowane, widziały, że między nami coś pękło. Szwagier chodził po domu jak właściciel, przestawiał rzeczy, podejmował decyzje. Nawet nie próbował już udawać, że tylko „przyjechał na chwilę”. Pewnego dnia po prostu oznajmił:

– Myślę, że powinniśmy zostać tu na dłużej. Wiesz, jak bratu jest ciężko bez mojego wsparcia.

A ja, zamiast wybuchnąć, tylko skinęłam głową. Bo wiedziałam, że już niczego nie odbuduję.

I co dalej?

Odszedł pół roku później. Nie szwagier. Mój mąż. Spakował się i powiedział, że „nie czuje się już sobą w tym małżeństwie”. Że potrzebuje przestrzeni. Że to wszystko było za ciasne, zbyt uporządkowane. I że on musi spróbować żyć po swojemu. Nie wymieniał mojego imienia. Nie powiedział nawet, że mnie zostawia. Po prostu wyszedł.

Dzieci płakały. A ja nie. Bo płakałam już wcześniej, przez wiele miesięcy, gdy powoli traciłam wszystko, co budowaliśmy razem. Szwagier wyprowadził się kilka dni po nim, jakby jego misja dobiegła końca. Po prostu zniknął – bez pożegnania, bez słowa. Zabrał część rzeczy, zostawił pustkę i bałagan.

Długo próbowałam zrozumieć, dlaczego to zrobił. Czy naprawdę chodziło tylko o zazdrość? Czy chciał mieć to, co miał jego brat? A może chodziło o coś więcej – o potrzebę kontroli, o to, żeby udowodnić, że może rozwalić coś trwałego? Nie znam odpowiedzi. I chyba już nie muszę ich znać.

Dziś odbudowuję wszystko od nowa. Dzieci są ze mną. Czasem pytają o tatę, a ja nie umiem odpowiedzieć nic, co byłoby jednocześnie prawdą i nie bolało. Jedno wiem na pewno – do tego domu czarna owca już nie wróci.

Iwona, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama