Reklama

Zima tego roku była cicha i nieprzyjemnie długa. Śnieg leżał przydeptany, chodniki błyszczały zdradliwie, a ja poruszałam się między pracą a domem jak automat, bez większych oczekiwań. Po rozstaniu moje życie skurczyło się do obowiązków i rutyny. Nie szukałam niczego nowego. A już na pewno nie byłam gotowa na to, że jeden nieuważny krok może wywrócić wszystko, co tak skrupulatnie próbowałam poukładać.

Wpadłam wprost na niego

Wyszłam z mieszkania później, niż planowałam. Moja współlokatorka, Klara krzątała się jeszcze w kuchni, a ja, zapinając płaszcz, udawałam, że nie widzę jej uważnego spojrzenia.

– Uważaj dziś na siebie, jest gołoledź – rzuciła tylko, jakby przeczuwała coś więcej niż zwykły pośpiech.

Na dworze było zimno, ale bez wiatru. Powietrze stało w miejscu, ciężkie i wilgotne. Chodnik przed kamienicą wyglądał niewinnie, lecz każdy krok wymagał skupienia. Myślami byłam już w pracy, przy biurku, gdzie szef od tygodni przypominał mi o terminach, jakby bał się, że zniknę bez śladu razem z cyframi.

Nagle postawiłam stopę jakoś mniej ostrożnie. Ten ułamek sekundy wystarczył, by moje ciało straciło pion. Świat przechylił się gwałtownie, a ja odruchowo machnęłam rękami, próbując złapać równowagę. Nie zdążyłam. Zamiast twardego chodnika poczułam jednak czyjeś ramiona, po chwili zobaczyłam oczy równie zaskoczone jak moje.

– Przepraszam… – powiedzieliśmy niemal jednocześnie.

Stałam blisko. Zdecydowanie za blisko zupełnie obcego mężczyzny, który również wyglądał, jakby ledwo uniknął upadku. Miał ciemny płaszcz, przysypany drobnym śniegiem, i spojrzenie skupione, a jednocześnie nieobecne. Trzymał mnie jeszcze przez chwilę, jakby upewniał się, że naprawdę stoję.

– Wszystko w porządku? – zapytał cicho.

Skinęłam głową, choć serce biło mi zbyt szybko jak na tak banalne zdarzenie. Odsunęłam się o krok, poprawiając rękawiczki i czapkę.

– Tak. Po prostu… wie pan, ta pogoda...

Uśmiechnął się krótko, niemal nieśmiało. Ten uśmiech był czymś zupełnie niepasującym do zimnego poranka. Przez moment staliśmy naprzeciwko siebie w milczeniu, jakby żadne z nas nie wiedziało, jak zakończyć tę scenę. Zauważyłam, że patrzy uważnie, ale bez nachalności, raczej z ciekawością zmieszaną z ostrożnością.

Trzeba uważać – dodał po chwili. – Dziś jest zdradliwie.

– To prawda – odpowiedziałam, czując narastający wstyd, zupełnie nieadekwatny do sytuacji.

Odeszłam pierwsza. Szybko, może zbyt szybko. Każdy kolejny krok był już pewny, ale w głowie wciąż miałam ciężar jego rąk i to dziwne, nieproszone poczucie bezpieczeństwa. Odwróciłam się jeszcze raz, sama nie wiedząc po co. Stał w tym samym miejscu, patrząc w moją stronę, jakby też nie mógł ruszyć dalej.

Resztę drogi do pracy przeszłam jak we śnie. Próbowałam wmówić sobie, że to nic nieznaczący wypadek, zwykły zimowy incydent. A jednak coś we mnie nie chciało się uspokoić, jakby ten poranek zostawił ślad głębszy niż mokre buty i spóźnienie do biura.

Nie mogłam przestać o tym myśleć

W biurze było ciepło aż do przesady. Powietrze stało ciężkie od zapachu kawy i papieru, a monitory świeciły jak zawsze tym samym, obojętnym światłem. Zdjęłam płaszcz, odwiesiłam go na wieszaku i usiadłam, próbując wejść w rytm liczb. Przez pierwsze minuty nawet mi się to udawało. Do momentu, aż zobaczyłam swoje odbicie w czarnym ekranie – policzki miałam nadal zaróżowione, jakbym dopiero co wbiegła po schodach.

– Lidia – głos mojego szefa, Romana przeciął ciszę. Stał przy moim biurku z teczką pod pachą. – Raport za styczeń powinien być gotowy na wczoraj.

Wysłałam go rano – odpowiedziałam spokojnie, choć poczułam znajome napięcie w karku.

– Sprawdzę to – rzucił krótko i odszedł, nie patrząc nawet w moją stronę.

Zostałam sama z migającym kursorem i obrazem obcych ramion, które wciąż czułam pod palcami. Złapałam się na tym, że zamiast kolumn liczb widzę ciemny płaszcz i skupione spojrzenie. Złościło mnie to. Jedno potknięcie, kilka sekund bliskości, a ja nie potrafiłam wrócić do rzeczywistości.

W porze lunchu wyszłam wcześniej. Potrzebowałam powietrza, ciszy, czegokolwiek, co przerwie ten uparty ciąg myśli. Przeszłam się kawałek, dokładnie tą samą trasą co rano. Chodnik był już posypany piaskiem, bezpieczny. Rozejrzałam się odruchowo, choć wiedziałam, że to bez sensu.

Wieczorem Klara siedziała na kanapie z kubkiem herbaty, gdy wróciłam do mieszkania.

– Wyglądasz, jakbyś cały dzień z kimś rozmawiała w myślach – zauważyła, nie podnosząc wzroku.

Westchnęłam i usiadłam obok.

To głupie – zaczęłam. – Rano się poślizgnęłam. Jakiś facet mnie złapał. I tyle.

Klara spojrzała na mnie uważnie, unosząc brew.

– „I tyle” nie sprawia, że masz taki wyraz twarzy.

– Właśnie o to chodzi. To było nic. A ja… cały dzień nie mogę przestać o tym myśleć.

– Lidia – powiedziała spokojnie. – Ty chyba nie myślisz o nim. Ty myślisz o tym, jak dawno ktoś był blisko. To różnica.

Jej słowa zabolały, bo były zbyt trafne.

– Uważaj – dodała po chwili ciszej. – Łatwo dopisać historię tam, gdzie jej nie ma.

Pokiwałam głową, choć w środku czułam opór. Chciałam wierzyć, że to tylko echo poranka. Że jutro zamilknie. Ale gdy gasiłam światło, znów zobaczyłam jego spojrzenie. Nie czułam pustki, tylko niepokój zmieszany z ciepłem.

Spotkałam go znowu

Przez kilka kolejnych dni pilnowałam się na chodnikach bardziej niż zwykle. Wychodziłam wcześniej, stawiałam kroki uważnie, patrzyłam pod nogi tak, jakby chodnik mógł mnie jeszcze czymś zaskoczyć. Jednocześnie łapałam się na tym, że czasem mimowolnie rozglądam się po twarzach mijanych ludzi. Irracjonalne, ale silniejsze ode mnie.

Spotkałam go tydzień później, zupełnie nieprzygotowana. Wracałam z pracy zmęczona, z głową pełną liczb i uwag szefa. Przystanęłam przy niewielkim skwerze, tym samym, który mijałam każdego ranka. Ktoś stał przy ławce, pochylony nad rozłożoną mapą. Zatrzymałam się dopiero wtedy, gdy podniósł wzrok.

Tym razem bez poślizgu – powiedział, a w jego głosie pojawił się cień uśmiechu.

Zamarłam na sekundę, zaskoczona bardziej tym, że mnie pamiętał, niż samym spotkaniem.

– Widzę, że oboje się uczymy – odpowiedziałam, wskazując na suchy chodnik.

Złożył mapę powoli, jakby chciał zyskać czas.

Przychodzę tu często – dodał. – Pracuję niedaleko. Architektura krajobrazu.

– Lidia – przedstawiłam się odruchowo, zanim zdążyłam się zastanowić.

– Tymon.

Usiedliśmy na ławce, zachowując ostrożny dystans. Rozmowa toczyła się nierówno, z przerwami, w których bardziej słuchaliśmy, niż mówiliśmy. Opowiadał o pracy spokojnie, bez popisywania się. Ja mówiłam mniej niż zwykle, ale czułam, że nie muszę wypełniać ciszy na siłę. To było nowe. I zaskakująco kojące.

Nie lubię pośpiechu – przyznał nagle. – Nawet w rozmowach.

Skinęłam głową.

– Ja też. Choć długo udawałam, że jest inaczej.

Spojrzał na mnie uważnie, jakby zapamiętywał to zdanie na później. Nie zadawał wścibskich pytań. Nie próbował skracać dystansu. Gdy się żegnaliśmy, wstał pierwszy i cofnął się o krok, dając mi przestrzeń.

– Może… jeśli kiedyś znów się spotkamy – zaczął, po czym urwał. – To będzie w porządku.

– Tak – odpowiedziałam. – Będzie.

Odeszłam z uczuciem lekkiego drżenia, ale bez paniki. Po raz pierwszy od dawna pozwoliłam sobie nie analizować wszystkiego do granic możliwości. Wiedziałam tylko jedno: ten spokój, który pojawiał się przy nim, był czymś, czego nie chciałam od razu od siebie odpychać.

Traciłam grunt pod nogami

Zaczęliśmy widywać się częściej, choć żadne z nas nie nazywało tego spotkaniami. Czasem mijaliśmy się przy skwerze, czasem szliśmy kawałek razem, innym razem siadaliśmy na ławce tylko na kilka minut. Bez planów, bez zobowiązań. Ta nieokreśloność była wygodna, a jednocześnie niepokojąca.

Tymon był uważny w drobiazgach. Pamiętał, że nie lubię, gdy ktoś idzie zbyt blisko krawężnika. Zauważał, kiedy milkłam, zamiast dopytywać. A jednak zdarzały się momenty, gdy nagle zamykał się w sobie. Jego spojrzenie wtedy twardniało, jakby odpływał gdzieś daleko, poza zasięg moich słów.

– Wszystko w porządku? – zapytałam któregoś popołudnia, gdy przerwał zdanie w pół słowa.

– Tak – odpowiedział zbyt szybko. – To po prostu zmęczenie.

Nie naciskałam. Zbyt dobrze znałam ten mechanizm. Sama przez lata używałam podobnych odpowiedzi, by nie wpuszczać nikogo za blisko.

W pracy było coraz trudniej. Szef wzywał mnie częściej do swojego gabinetu, ton miał chłodny, niemal obojętny.

Potrzebuję większego zaangażowania pracowników – mówił, patrząc w dokumenty, nie na mnie. – To ważny okres.

Wracałam do domu spięta, z poczuciem, że w żadnym miejscu nie mogę naprawdę odetchnąć. Klara zauważyła to szybciej, niż bym chciała.

Zaczynasz się gubić – powiedziała pewnego wieczoru. – Widzisz to?

– Jest w porządku – skłamałam. – Po prostu dużo się dzieje.

Nie dodałam, że boję się tego, jak bardzo zaczęłam czekać na krótkie rozmowy ze skweru. Jak bardzo jego obecność stała się punktem odniesienia. Każde jego wycofanie odbierałam zbyt osobiście, choć nie miałam do tego prawa.

Pewnego dnia Tymon nie przyszedł. Ani następnego. Przez tydzień mijałam ławkę sama, z rosnącym ciężarem w klatce piersiowej. Gdy w końcu zadzwonił, jego głos był cichy, jakby przepraszał samym brzmieniem.

Potrzebowałem czasu – powiedział. – Wybacz, nie chciałem znikać bez słowa.

Przyjęłam to milczącą zgodą, choć we mnie coś zgasło. Zrozumiałam, że zbliżając się do niego, dotykam miejsc, które jeszcze nie były gotowe na zmiany. Może on tez tak miał.

Prawda mnie zmroziła

Spotkaliśmy się u niego, pierwszy raz w miejscu, które należało tylko do Tymona. Mieszkanie było jasne, uporządkowane aż do przesady, jakby każdy przedmiot miał wyznaczone bezpieczne miejsce. Zdjęłam płaszcz i odruchowo rozejrzałam się dookoła, próbując odnaleźć w tej przestrzeni jego ślad.

– Herbata? – zapytał.

– Poproszę.

Usiedliśmy naprzeciwko siebie przy małym stole. Przez chwilę słychać było tylko odgłos czajnika. Czułam, że coś wisi w powietrzu, gęste i niewypowiedziane. Tymon w końcu usiadł, splótł dłonie, długo patrzył w blat.

– Jest coś, co powinienem był powiedzieć ci wcześniej – zaczął spokojnie. – Nie zrobiłem tego, bo… nie byłem pewien, czy potrafię.

Nie odezwałam się. Bałam się, że jeśli przerwę, stracę odwagę, by wysłuchać reszty.

Byłem z kimś przez wiele lat – ciągnął. – Ona zginęła. Nagle. I od tamtej pory wszystko jest jakby… niedokończone.

Słowo „zginęła” zabrzmiało w tym pokoju zbyt ostro. Poczułam, jak coś we mnie stygnie, choć jednocześnie ogarnęło mnie współczucie, niemal fizyczne.

Nie potrafię jeszcze… – zawahał się. – Nie potrafię nikogo wpuścić w pełni. Czasem nawet nie wiem, czy mam do tego prawo.

Patrzyłam na niego i widziałam nie dystans, a ciężar. Zrozumiałam nagle wszystkie jego zniknięcia, milczenia, te chwile, gdy był obok, ale jakby nie do końca. To uderzyło mnie najmocniej.

– Czy ja… – zaczęłam powoli – czy ja zawsze będę tylko obok?

Uniósł wzrok, wyraźnie zaskoczony.

– Nie chcę, żebyś tak się czuła.

– Ale tak jest – powiedziałam ciszej. – Mam wrażenie, że stoję w cieniu kogoś, kogo nie mogę nawet poznać.

Zapadła cisza. Długa, niewygodna. Wiedziałam, że to, co mówię, jest niesprawiedliwe. A jednak prawdziwe. Wyszłam stamtąd z uczuciem, że dotknęłam czegoś, czego nie da się ogrzać samą bliskością.

Nie ten czas, nie to miejsce

Spotkaliśmy się kilka dni później, na tym samym skwerze, od którego wszystko się zaczęło. Zima powoli ustępowała, ale powietrze wciąż było ostre. Usiadłam na ławce pierwsza. Tymon przyszedł chwilę później, bez uśmiechu, z rękami schowanymi głęboko w kieszeniach płaszcza.

Myślałem o naszej rozmowie – zaczął, zanim zdążyłam się odezwać.

– Ja też – odpowiedziałam. – Cały czas.

Nie patrzyliśmy na siebie od razu. Skwer był niemal pusty, tylko gdzieś w oddali ktoś przechodził szybkim krokiem. Ta zwyczajność kontrastowała z napięciem, które narastało między nami.

– Nie chcę cię ranić – powiedział spokojnie. – Ale boję się udawać, że jestem gotowy, skoro nie jestem.

– A ja boję się zostać w czymś, co nie ma dla mnie miejsca – odparłam.

Odwrócił się w moją stronę. W jego oczach nie było obojętności, raczej zmęczenie ciągłą walką z samym sobą.

To nie jest kwestia uczuć – dodał. – One są. Tylko ja nie potrafię ich unieść.

Poczułam, jak ściska mnie w gardle, ale głos miałam zaskakująco spokojny.

– Wiem. I właśnie dlatego to takie trudne.

Siedzieliśmy chwilę w milczeniu, aż w końcu zrozumiałam, że żadne z nas nie zrobi kroku dalej. Nie z braku chęci, tylko ze strachu.

Może potrzebujemy przestrzeni – powiedziałam w końcu. – Zanim całkiem się pogubimy.

Skinął głową, jakby ta myśl dojrzewała w nim od dawna.

Tak będzie najuczciwiej – odpowiedział cicho.

Wstaliśmy niemal jednocześnie. Nie było pożegnania, które zamykałoby wszystko w jednym geście. Była tylko świadomość, że właśnie się od siebie oddalamy, choć nadal czujemy to samo.

Odnalazłam swoją równowagę

Zima skończyła się niemal niezauważalnie. Śnieg zniknął z chodników, a ja znów chodziłam tą samą drogą do pracy, już bez ostrożnego stawiania kroków. Nie było lodu, nie było pośpiechu podszytego lękiem. Byłam uważniejsza, ale spokojniejsza.

Czasem myślałam o Tymonie, kiedy mijałam skwer. Bez ukłucia bólu, raczej z cichą wdzięcznością. To, co się między nami wydarzyło, nie było pomyłką. Było spotkaniem dwojga ludzi, którzy na moment znaleźli w sobie oparcie, choć żadne z nich nie potrafiło jeszcze iść dalej.

W pracy szef przestał naciskać, jakby i on wyczuł we mnie zmianę. Klara powiedziała kiedyś przy kolacji, że wyglądam inaczej. Nie szczęśliwie. Stabilnie. Zrozumiałam, że miłość nie zawsze przychodzi po to, by zostać. Czasem pojawia się tylko po to, by odsłonić miejsca, które wymagają troski. Tamten poranek nauczył mnie, że nawet upadek może być początkiem, ale równowagę każdy musi odnaleźć sam.

Lidia, 29 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama