Reklama

Jestem Iwona. Czterdzieści lat, dwójka dzieci, kredyt, małżeństwo – przynajmniej na papierze. Od lat żyję jak na autopilocie: praca, zakupy, szkoła, pranie, gotowanie, zebrania, rachunki. Wieczorami siedzimy z mężem na kanapie, każde ze swoim telefonem. Kiedyś rozmawialiśmy, śmialiśmy się. Teraz jest pustka i milczenie. Nie wiem nawet, kiedy przestaliśmy się dotykać. Kiedy ostatnio powiedział mi coś więcej niż „co na obiad?” albo „odbierzesz młodszą?”. Czułam, że się duszę.

Pomysł wyjazdu w góry wpadł znienacka. Kasia – moja znajoma z pracy, rzuciła w kuchni:

– Iwona, a może babskie ferie w Beskidach? Dzieci do babci, faceci niech się sobą zajmą, my złapiemy oddech. Choć raz!

Już po trzech dniach miałyśmy zarezerwowany pokój w pensjonacie z widokiem na las. Była zima. Śnieg leżał jak puchowa pierzyna na dachach i drzewach. Słońce odbijało się w lodowych soplach, a cisza... Ta cisza była nieprawdopodobna. Jakby ktoś wyłączył świat. Żadnych klaksonów, żadnego ryku odkurzacza, płaczu dzieci czy stuku garnków. Tylko mój oddech, termos z herbatą i książka. I wtedy go zauważyłam.

Najpierw na schodach, potem w jadalni. Jego dzieci rozlały sok pomarańczowy. On nie krzyczał. Przykucnął, podał im serwetkę, zażartował coś, dzieci parsknęły śmiechem. Wymieniliśmy spojrzenia, jak się wymienia z obcym – szybko, odruchowo. Ale potem zobaczyłam go znów, przy kominku w bufecie. Wysoki, z lekkim zarostem. A kiedy się uśmiechnął, poczułam coś, czego nie czułam od lat.

Dobrze mi się z nim rozmawiało

Wyszłam na korytarz, bo nie mogłam już słuchać trajkotania Kasi o nowych kosmetykach, które „koniecznie muszę wypróbować, bo ona teraz czuje się jak dwudziestolatka”. Po piętnastu latach znajomości wiedziałam, że w takich chwilach najlepiej się ewakuować, zanim zacznie testować na mnie serum na zmarszczki. Usiadłam na krześle przy automacie z kawą. Wcisnęłam guzik i czekałam.

On też tam był. Stanął po drugiej stronie, nieco z boku, w ciemnej bluzie i dżinsach. Zerknęłam kątem oka. Wydawał się spokojny, jakby już był zmęczony tym wyjazdem, chociaż dopiero się zaczął. Uśmiechnął się.

– Da się odpocząć, jak się ma ferie z dwójką? – spytałam, zanim zdążyłam się rozmyślić. Głos miałam lekko zaspany, trochę szorstki, jakby mi było wszystko jedno, czy w ogóle odpowie.

– Nie, ale można się pośmiać, jak ktoś o to zapyta – rzucił z takim spokojem, że aż mnie zaskoczył. – A pani?

– Ja? Jeszcze nie wiem. Chociaż nie muszę robić śniadania dla czterech osób, więc już jest lepiej niż zwykle – odpowiedziałam, biorąc kubek do ręki. – Prawie luksus.

– To niech pani korzysta, zanim znowu trzeba będzie udawać, że wszystko jest w porządku – powiedział to cicho, patrząc prosto w automat, jakby nie do mnie.

Nie musiał tłumaczyć, co miał na myśli. Rozumiałam. Ja też często udawałam. Nie znałam jego imienia. Miał jasne oczy i trochę zbyt smutny uśmiech jak na człowieka, który przyjechał z dziećmi w góry. Nie pytałam o nic. On też nie zadawał zbędnych pytań.

Rozmawialiśmy przez kilka minut, o rzeczach neutralnych – szkoła, zima, pogoda, ceny karnetów. Potem zeszło na tematy nieco głębsze, jakbyśmy przeskoczyli kilka poziomów znajomości i uznali, że skoro tu jesteśmy obcy dla wszystkich, to możemy powiedzieć trochę więcej, nie ryzykując niczego.

– Moja żona uważała, że dzieci powinny mieć ojca, który umie odrabiać z nimi lekcje i nie zapomina, że w piątki są wf-y – powiedział, wkładając ręce do kieszeni. – Ja pamiętam, ale nie umiem. I chyba już nie próbuję.

– A ja czasem mam wrażenie, że jestem jak cień. W domu, w pracy, nawet w sklepie. Przesuwam się między półkami, tak jak przecieka mi czas przez palce – wypowiedziałam to zdanie szybciej, niż zdążyłam się nad nim zastanowić.

Spojrzał na mnie uważnie. Nie współczująco, nie oceniająco. Po prostu jak człowiek, który wie, o czym mówię.

A pani mąż? – zapytał po chwili ciszy.

– Ostatnio pytał, gdzie jest jego granatowy ręcznik. I czy nie zapomniałam kupić musztardy – odpowiedziałam i pierwszy raz od dawna się zaśmiałam, krótko, szorstko. – To tyle, jeśli chodzi o rozmowę między dorosłymi ludźmi.

– Brzmi znajomo.

Potem nastała cisza. Ale nie taka ciężka, niezręczna. Spokojna, jakbyśmy oboje wiedzieli, że nie trzeba już nic mówić. Wróciłam do pokoju później, niż planowałam. Kasia już spała, a ja leżałam w łóżku, patrząc w sufit i zastanawiając się, czemu rozmowa z obcym mężczyzną pod automatem z kawą zostawiła we mnie więcej ciepła niż ostatni rok spędzony z mężem pod jednym dachem.

Byliśmy coraz bliżej

Kolejnego dnia wieczorem Kasia ziewnęła już o dziewiątej. Od godziny przeglądała coś w telefonie, śmiejąc się pod nosem. Powiedziała, że idzie wcześniej spać, bo chce jutro wyjść na szlak, zanim zrobi się tłoczno. Kiwnęłam głową i odczekałam chwilę, aż zaśnie. Włożyłam sweter, chwyciłam portfel i zeszłam do baru na parterze. Miałam ochotę na coś ciepłego, mocniejszego niż herbata, ale nie do końca wiedziałam, po co tam idę.

Bar był prawie pusty. Drewniane stoły, półmrok, przy kominku siedziała para, która wyglądała na świeżo zakochaną. Zamówiłam grzańca i już miałam usiąść przy oknie, gdy usłyszałam jego głos.

– Jedno na pół, czy każde swoje?

Odwróciłam się. On już siedział przy wysokim stoliku, tym samym, co wcześniej po południu. Spojrzałam na niego z lekkim zaskoczeniem.

– Na pół, ale tylko z ciekawości – odpowiedziałam, podchodząc.

– Z ciekawości – powtórzył, nalewając z dzbanka grzaniec do dwóch szklanek. – Marek.

– Iwona.

Uśmiechnął się lekko, jakby to imię coś w nim poruszyło, ale nie dopytywał. Siedzieliśmy w milczeniu przez chwilę, zanim rozmowa znów zaczęła płynąć. Tym razem nie o dzieciach i feriach. Mówiliśmy o książkach. O tym, że coraz rzadziej można się skupić, że myśli uciekają, że człowiek przeskakuje między zdaniami jak po kanałach telewizyjnych, nie zatrzymując się nigdzie na dłużej.

– Ja to kiedyś czytałem po nocy. A teraz jestem zmęczony jeszcze zanim otworzę książkę – powiedział. – Tak jakbym całe życie był zmęczony przed snem.

– Może jesteśmy. Pracą, domem, tym wszystkim, co miało być „normalnym życiem” – rzuciłam, czując, że mówię to bardziej do siebie niż do niego.

Potem padło więcej słów. Rozmawialiśmy o samotności. O tym, jak to jest być obok drugiego człowieka, który cię nie dostrzega. O oczekiwaniach, które i tak nie zostaną spełnione. O tym, jak bardzo człowiek może tęsknić, nawet nie wiedząc dokładnie, za czym. On mówił o separacji. Bez szczegółów. Żona, dzieci, jakieś nieporozumienia, które z czasem urosły do rangi przeszkód nie do przeskoczenia.

Ja nie mówiłam nic o swoim mężu. Nie chciałam. Milczenie w tym temacie wydawało mi się bezpieczniejsze niż jakiekolwiek wyjaśnienia. Wino grzało ręce, potem gardło, a na końcu myśli. Czułam, jak coś się we mnie rozluźnia. Nie było flirtu, nie było nachalności, nie było żadnego udawania. Tylko rozmowa, przerwana co jakiś czas spojrzeniami, które zostawały w powietrzu dłużej niż wypadało.

– Chyba powinnam już wracać – powiedziałam w końcu.

– Nie jesteś do tego przyzwyczajona, prawda? – zapytał spokojnie.

– Do czego?

– Do tego, że ktoś cię słucha.

Wbiło mnie to w krzesło. Nie miałam gotowej odpowiedzi. I może właśnie dlatego nie wstałam od razu. Chwilę później jednak podniosłam się, zabierając płaszcz.

– Dobranoc, Marek.

– Dobranoc, Iwona. Do jutra?

Nie odpowiedziałam. Ale zanim zasnęłam, pomyślałam, że chcę znów go spotkać. Nie planowałam niczego, nie oczekiwałam. Ale pierwszy raz od dawna czułam się… żywa.

Coś mnie do niego ciągnęło

Rano otworzyłam oczy i przez kilka sekund nie wiedziałam, gdzie jestem. Pokój był cichy, z okna widać było biały dach sąsiedniego budynku, a za nim góry, które wczoraj wieczorem tonęły już w ciemności. Obok, na łóżku, Kasia spała jeszcze z telefonem w dłoni. Wstałam ostrożnie i poszłam do łazienki. Twarz w lustrze była spokojna, może tylko oczy wydawały się mniej matowe niż zwykle. Gdy wróciłam, Kasia już się przeciągała i ziewała teatralnie.

– Zasnęłam jak kamień. A ty? – zapytała, przecierając oczy.

– Chyba też. Miałam dziwne sny – odpowiedziałam, siadając na łóżku. Nie chciałam rozmawiać. Nie potrafiłam jeszcze ubrać w słowa tego, co się we mnie działo.

– Z grzańcem w tle? – zapytała z uśmiechem. Spojrzała na mnie dłużej, ale nie drążyła. I dobrze.

Zeszłam na śniadanie sama. Marek już tam był, siedział z dziećmi, obierał pomarańczę i coś im opowiadał. Młodsze dziecko parsknęło śmiechem i niemal wylało herbatę. Uśmiechnęłam się mimo siebie. Był spokojny, taki… normalny. Spojrzał na mnie i skinął lekko głową. Nie podeszłam. Usiadłam przy oknie i jadłam w ciszy.

Przez cały dzień próbowałam się skupić na czymkolwiek innym – poszłyśmy z Kasią na spacer, zjechałyśmy na nartach, nawet wypiłyśmy grzańca w schronisku, ale ja myślami byłam gdzieś indziej.

Obserwowałam ludzi. Małżeństwa, które rozmawiały przy stole. Matki przytulające dzieci. Parę, która trzymała się za ręce. Miałam wrażenie, że świat, który kiedyś znałam, przestał mnie potrzebować. Wieczorem znów zeszłam na dół. Tym razem sama, bez planu, bez zamiaru. Po prostu wyszłam z pokoju, jakby coś mnie pchało w innym kierunku.

Marek siedział przy tym samym stoliku. Popatrzył na mnie uważnie, a potem przesunął pustą szklankę na bok.

– Nie musimy niczego komplikować – powiedział cicho, gdy usiadłam. – Ale chciałbym cię poznać. Tak naprawdę.

Nie odpowiedziałam od razu. Patrzyłam na niego, a potem na ogień w kominku. W głowie miałam myśl, której nie chciałam wypowiedzieć: nie pamiętałam, kiedy ostatni raz ktoś chciał mnie poznać. Nie odsunęłam się, nie wstałam. Zostałam.

To była chwila zapomnienia

Nie rozmawialiśmy o tym, co robimy. Po prostu poszliśmy, bez ukrywania się, bez nerwowego śmiechu, bez słów, które miałyby nas usprawiedliwić. Kiedy drzwi jego pokoju się zamknęły, świat po drugiej stronie przestał istnieć. Marek był delikatny. Żaden ruch nie był przypadkowy, żadna bliskość wymuszona. Nie spieszył się, nie próbował mnie przekonać, że „tak musiało być”. Po prostu był. A ja byłam z nim.

Leżałam potem w ciszy, słuchając jego oddechu. Nie mówił nic. Nie zapytał, dlaczego przyszłam. Nie chciał wiedzieć, jak bardzo jestem rozdarta. Może wiedział, że nic z tego nie będzie miało sensu, jeśli zaczniemy analizować. W końcu wstałam i usiadłam przy oknie. Śnieg padał znowu, cicho, gęsto. Czułam się spokojna. Nie było w tym ani winy, ani szczęścia. Po prostu spokój. Jakbym znalazła się dokładnie tam, gdzie powinnam być.

Marek podszedł i otulił mnie kocem.

– Jesteś tu, bo chcesz – powiedział. – Nie musisz się tłumaczyć.

– A ty? – zapytałam.

– Ja jestem po prostu w miejscu, w którym nie muszę udawać. Pierwszy raz od dawna.

Usiadł na łóżku, spojrzał na mnie z lekkim uśmiechem.

Jesteśmy dorośli. Możemy sobie pozwolić na kawałek prawdy.

Nie odpowiedziałam. Prawda. Kiedy ostatni raz byłam z kimś prawdziwie? Potem opowiadał. Krótko, bez goryczy. O żonie, o obojętności. W końcu separacja, ustalenia, dzieci co drugi tydzień. Żadnych dramatów, tylko wypalenie.

– I tak już za długo w tym tkwiliśmy – rzucił. – Ale nikomu nie chciało się powiedzieć „dość”.

Nie pytał o mojego męża. Wydawało się, że rozumie, że nie chcę o nim mówić. Może wiedział, że nie o niego tu chodzi. Rano ubrałam się wcześniej. On jeszcze spał, a ja nie chciałam robić z tego pożegnania. Wychodząc, usłyszałam za plecami jego głos:

– Nie wiem, czy chcę, żeby to było tylko Beskidy.

Zatrzymałam się w progu. Chciałam powiedzieć coś mądrego. Zamiast tego rzuciłam:

– Ja nie wiem, czy chcę, żeby to było cokolwiek.

Nie odwróciłam się. Zamknęłam za sobą drzwi i wróciłam do pokoju. Kasia siedziała już na łóżku, z kubkiem herbaty. Spojrzała na mnie i uśmiechnęła się lekko.

– Nie musisz mówić, jeśli nie chcesz – powiedziała.

– Dzięki – odpowiedziałam. I tyle.

Niczego nie żałowałam

W drodze powrotnej nikt się nie odzywał. Kasia przysypiała z głową opartą o szybę, a ja patrzyłam w biały krajobraz za oknem, który z każdą godziną tracił swoją lekkość, aż w końcu przestał być ukojeniem, a zaczął przypominać to, do czego wracam. Miasto, obowiązki. Codzienność, która w mojej głowie miała już inny ciężar niż jeszcze kilka dni temu.

Weszłam do mieszkania i od razu usłyszałam dzieci. Starszy grał w coś w słuchawkach, młodsza dopytywała, czy przywiozłam jej krówki z gór. Podałam jej paczkę, pocałowałam w czoło. Mąż wyszedł z kuchni z kubkiem w ręce.

– Fajnie było?

– Tak. Bardzo – odpowiedziałam. Nic więcej.

Wieczorem siedzieliśmy w salonie, jak zawsze. On przeglądał coś w telefonie, ja próbowałam czytać. Nie patrzył na mnie. Nie zapytał, czy czegoś potrzebuję, nie opowiedział, co się działo, jakby te kilka dni nie miały żadnego znaczenia. Byliśmy znowu obok siebie – niby blisko, a tak daleko.

W nocy nie mogłam zasnąć. Przekładałam się z boku na bok. Wstałam, usiadłam przy stole w kuchni. Wzięłam telefon i napisałam wiadomość do Marka. Proste zdanie: „Dziękuję”. Dopisałam coś jeszcze, a potem... wszystko wykasowałam. Telefon został pusty. Ja też.

Następnego dnia, kiedy siedziałam przy biurku, przyszedł MMS. Zdjęcie dwóch szklanek z grzańcem, tych samych, przy których siedzieliśmy. Krótki podpis: „Jedno na pół”. Zamknęłam oczy. Przez chwilę znów czułam ten bar, zapach goździków, jego obecność. Ale wiedziałam, że to się skończyło. I nie miałam żalu. Nie planowałam więcej. Niczego nie oczekiwałam.

Iwona, 40 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama