„W ferie nie wytrzymałam i oświadczyłam mężowi, że to koniec. Jego reakcja prawie zwaliła mnie z nóg”
„Westchnęłam. Tak właśnie wyglądał mój związek po ponad dwóch dekadach małżeństwa. On z nosem w telefonie, ja z myślami, których nie miałam już ochoty wypowiadać. Coś się między nami wypaliło. Już nie chodziło o wielkie rzeczy, a o to, że od miesięcy nie zapytał, jak się czuję. Że wszystko, co między nami było czułe i ważne, zniknęło”.

Na ferie jechaliśmy bardziej z rozpędu niż z potrzeby spędzenia razem czasu. Mało rozmawialiśmy, a jeśli już, to o rzeczach praktycznych: co zjeść, kto bierze torby, gdzie zaparkować. Czułam się przezroczysta, niezauważona, zupełnie jakby moje istnienie było tylko dodatkiem do jego życia. Nasze dzieci, już dorosłe, nie jechały z nami, więc miałam nadzieję, że wreszcie się zbliżymy, ale było jeszcze gorzej niż w domu. Chciałam odpocząć psychicznie, ale wracałam do myśli, że może lepiej by mi było samej. Od dawna nosiłam w sobie zmęczenie tą relacją, a wyjazd tylko je spotęgował.
Wstałam bez słowa
Siedziałam przy oknie naszej kwatery, patrząc na ludzi ciągnących dzieciaki na sankach. Śmiali się, robili zdjęcia, podawali sobie termosy z herbatą. Tacy zwyczajni, a jednak szczęśliwi. Odwróciłam głowę. Mój mąż siedział na kanapie, wpatrzony w telefon. W ciągu ostatniej godziny nie zamieniliśmy ani jednego słowa. W sumie, od rana wymieniliśmy może trzy zdania. „Masz klucz?”, „Jemy na mieście?”, „Zimno jak diabli”.
Westchnęłam. Tak właśnie wyglądał mój związek po ponad dwóch dekadach małżeństwa. On z nosem w telefonie, ja z myślami, których nie miałam już ochoty wypowiadać. Coś się między nami wypaliło. Już nie chodziło o wielkie rzeczy, a o to, że od miesięcy nie zapytał, jak się czuję. Że wszystko, co między nami było czułe i ważne, zniknęło. A ja coraz częściej myślałam, że już nie chcę tego naprawiać.
— Idziesz na spacer? — zapytałam w końcu.
— Idź, ja sobie coś obejrzę — burknął.
Wstałam bez słowa. Wkładając buty, czułam w gardle znajome pieczenie. Nie byłam już w stanie dłużej udawać, że wszystko jest dobrze.
Zjedliśmy obiad w ciszy
Spacerowałam po ośnieżonym deptaku, ale nie potrafiłam skupić się na niczym wokół. Mijałam sklepy z pamiątkami, pary z dziećmi i starsze małżeństwa trzymające się za ręce. Nie pamiętałam, kiedy ostatni raz szliśmy tak z Krzyśkiem — ręka w rękę, bez pośpiechu. Może na początku, zanim zaczęliśmy gubić się w codzienności.
Gdy wróciłam, zastałam go w tej samej pozycji. Siedział i beznamiętnie przewijał coś na ekranie.
— Było ładnie? — rzucił.
— Było. — Nie miałam siły rozwijać tematu. Zresztą, i tak by nie słuchał.
Zjedliśmy obiad w ciszy. W restauracji grała delikatna muzyka, a przy sąsiednim stoliku chłopak całował dłoń dziewczyny. Odwróciłam wzrok. Krzysiek przeglądał kartę jakby właśnie analizował umowę kredytową, nie menu. Nic się między nami nie wydarzyło. Żadna sprzeczka, żaden wybuch. I właśnie ta pustka bolała mnie najbardziej.
Wieczorem siedzieliśmy w pokoju. Telewizor mrugał kolorami, on znowu był w telefonie. Miałam ochotę rzucić czymś w ścianę, żeby poczuł cokolwiek. Żeby spojrzał. Żeby w końcu zapytał: „Co się dzieje?”. Ale on tylko przerzucał kolejne filmiki.
— Pójdę się położyć — rzuciłam w eter.
— Mhm.
Nie odpowiedziałam. Tego wieczoru podjęłam decyzję.
Nie próbował się bronić
Kiedy rano wstałam, Krzyśka nie było już w pokoju. Łóżko po jego stronie było nierówno zasłane — jak zawsze. Zostawił otwartą torbę, skarpetki rzucone luzem na fotel i pogniecioną koszulkę na łóżku. Niby nic nowego, ale tego dnia poczułam wściekłość. Taką prawdziwą, surową złość, która nie pozwalała spokojnie wypić kawy.
Zeszłam na śniadanie. On siedział przy oknie, z twarzą wpatrzoną w telefon. Jakby tego dnia nie było mnie obok.
— Może dziś pojedziemy gdzieś dalej? — zapytałam, siadając naprzeciwko niego.
— Ja się źle czuję. Ty możesz jechać sama, jeśli chcesz.
— Jasne — rzuciłam. — Po co miałbyś się starać.
Podniósł głowę, marszcząc brwi.
— O co ci chodzi?
— A o co ci kiedykolwiek chodzi, Krzysiek? — odpowiedziałam ostro.
Nawet nie próbował się bronić. To mnie wkurzyło jeszcze bardziej. Wróciliśmy do pokoju, a ja zamiast się szykować, zaczęłam pakować swoje rzeczy. Starannie, spokojnie, jakby to była najbardziej logiczna decyzja na świecie.
— Co ty robisz? — zapytał w końcu.
— Odchodzę — odpowiedziałam chłodno. — Mam cię dosyć.
Zatrzymałam się
Stał nieruchomo, jakby nie wierzył, że mówię serio. A ja pakowałam dalej: sweter, spodnie, szczotkę, kosmetyczkę. Każdy ruch był jak wyrzut. Przez lata znosiłam obojętność, samotność we dwoje, ten wieczny brak „nas”. Teraz miałam dość.
— Przestań — powiedział w końcu. — Przestań się wygłupiać.
— Myślisz, że to dla zabawy? Że robię sceny, bo mi się nudzi? — Odwróciłam się w jego stronę. — Ja od miesięcy próbuję coś naprawić, rozmawiać, pytać, być... A ty? Nie zauważyłeś nawet, że znikam.
Usiadł ciężko na łóżku, spuścił głowę. Przez chwilę milczał, a potem powiedział coś, czego się nie spodziewałam:
— Ja... chciałem ci coś powiedzieć. Od dawna. Ale nie wiedziałem, jak.
Parsknęłam śmiechem. Naprawdę, w tej chwili? Miałam mu współczuć, że się biedaczek nie odważył?
— Za późno — rzuciłam. — Ty nigdy nic nie wiesz. Nie wiesz, czego chcesz, co czujesz, co powinieneś. A ja nie będę już dłużej czekać, aż się ogarniesz. Mam siebie. I to mi wystarczy. — Złapałam walizkę i ruszyłam do drzwi.
— Poczekaj. Nie wychodź. Musisz coś zobaczyć.
Zatrzymałam się, bo w jego głosie było coś nowego.
Był jak inny człowiek
— Co niby mam zobaczyć? — zapytałam chłodno, nadal trzymając za rączkę walizki.
— Usiądź na chwilę — powiedział i sięgnął do swojej torby. Wydobył z niej kopertę. — Miałem ci to dać na koniec wyjazdu, ale... nie ma sensu czekać.
— Co to jest? — Nieufnie wzięłam kopertę do ręki.
— Otwórz.
W środku były bilety lotnicze. Do Florencji. Na przyszły miesiąc. I voucher do jakiegoś włoskiego pensjonatu z widokiem na wzgórza. Na tydzień. Dla dwóch osób. Dla nas.
— Co to ma być? — spytałam, nie potrafiąc ukryć zaskoczenia.
— Prezent. Planowałem wszystko od grudnia. Myślałem, że jak tu spędzimy trochę czasu razem, to... może będzie lepiej. A potem we Włoszech... Żeby znowu być razem, tak jak kiedyś.
Patrzyłam na niego, nie wiedząc, co powiedzieć. Był jak inny człowiek. Nieśmiały, zakłopotany, a jednak próbujący. W jego oczach pierwszy raz od dawna widziałam coś więcej niż obojętność.
— I dopiero teraz mi to pokazujesz? Kiedy się pakuję?
— Bałem się, że cię to nie ruszy.
Zamilkłam. I pierwszy raz od miesięcy nie wiedziałam, czy naprawdę chcę odejść.
Florencja poczeka
Siedzieliśmy w milczeniu. On skulony na brzegu łóżka, ja z kopertą w dłoni. Nie spodziewałam się tego. Przez tyle miesięcy żyliśmy jak dwa samotne cienie, mijając się w kuchni, unikając spojrzeń, nie pytając o nic. A jednak on planował. Myślał o nas. O mnie. W środku czułam zamęt. Nie rzuciłam tej koperty na podłogę. Nie powiedziałam: „To za mało”. Nie wybiegłam, ale też nie rzuciłam się mu na szyję. Za dużo we mnie było zawodu, żalu, który nie zniknie tylko dlatego, że ktoś kupił bilety. To nie działa tak prosto. I on to chyba rozumiał.
— Jeśli chcesz, pojedziemy. Jeśli nie, nie będę nalegał — powiedział cicho.
— Nie wiem, Krzysiek. Po prostu nie wiem.
Tamtego dnia nie odeszłam. Ale nie zostałam też tak samo jak wcześniej. Coś się zmieniło. Coś się w nim poruszyło, może we mnie też. Nie wybaczyłam wszystkiego, nie zapomniałam, ale spojrzałam na niego inaczej. Jak na człowieka, który się pogubił, ale nie przestał chcieć. Florencja poczeka. Ja jeszcze chwilę też.
Dorota, 45 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Pojechaliśmy z rodziną do Austrii w Alpy, by spędzić ferie marzeń. Wróciłam jako samotna matka i zdradzona kobieta”
- „Moje synowe mają mnie za wredną teściową. A ja po prostu nie mogę znieść tego, że żadna nie kwapi się do roboty”
- „Teściowa dała kopertę księdzu po kolędzie zamiast wnukom na zimowisko. Niech się potem nie dziwi, że jej nie szanują”

