„W ferie marzyłam o spokoju, a dostałam wyjazd w pakiecie z teściową. Już pierwszego dnia chciałam wziąć nogi za pas”
„Zbliżały się ferie. Od tygodni marzyłam o ciszy. O dwóch dniach bez kuchni, bez dźwięku otwieranej zmywarki, bez >>mamo, gdzie moja bluza?<>A może weźmiemy mamę? Dzieci się ucieszą. Pomoże ci trochę<>nie<>moim spokojem<<. Tyle że ja wcale nie byłam spokojna”.

- Redakcja
Nie wiem, kiedy dokładnie to się stało, ale gdzieś między drugim a trzecim praniem, między obiadem dla czterech osób a kolacją złożoną z wyrzutów sumienia, przestałam czuć, że odpoczywam w swoim własnym domu. Mam na imię Małgorzata. Czterdzieści dwa lata, dwoje nastoletnich dzieci, mąż Jan, który twierdzi, że jestem „opoką tej rodziny”. On – spokojny, pogodny, unikający konfrontacji jak ognia. Dzieci? Większość czasu spędzają ze wzrokiem wlepionym w telefon, komunikując się emotkami, jakby słowa już dawno przestały mieć sens.
Zbliżały się ferie. Od tygodni marzyłam o ciszy. O dwóch dniach bez kuchni, bez dźwięku otwieranej zmywarki, bez „mamo, gdzie moja bluza?”. Chciałam wyjechać gdzieś – gdziekolwiek – byle nie być na każde zawołanie. I kiedy już niemal poczułam zapach zimowego powietrza i gorącej herbaty w schronisku, Jan rzucił jakby mimochodem:
– A może weźmiemy mamę? Dzieci się ucieszą. Pomoże ci trochę.
Poczułam, jak coś się we mnie zaciska. Z jednej strony chciałam powiedzieć „nie”. Z drugiej – miałam już wyćwiczone to milczenie, które Jan nazywał „moim spokojem”. Tyle że ja wcale nie byłam spokojna. Tylko zmęczona.
– No dobrze – powiedziałam cicho, odwracając wzrok.
I wtedy wiedziałam. Te ferie będą jak wszystkie poprzednie. Tylko że ja – już nie ta sama.
Jak zwykle udawał, że nic się nie dzieje
Zjechaliśmy do pensjonatu późnym popołudniem. Śnieg jeszcze nie zdążył się rozpaść pod stopami, dzieci od razu poleciały sprawdzić, czy da się zjechać na jabłuszku z pobliskiej górki. Jan wnosił walizki w ciszy, a ja rozkładałam rzeczy w kuchni, już lekko spięta, bo jego matka od progu zdążyła rzucić uwagą, że „trochę ciasno, jak na sześć osób”. Przy kolacji napięcie rosło. Ugotowałam makaron z sosem pomidorowym, prosty, szybki, dzieci lubią. Postawiłam garnek na stole, nałożyłam każdemu porcję. Teściowa westchnęła teatralnie i sięgnęła po solniczkę.
– Jak zwykle bez smaku. Zawsze tak oszczędzasz na soli?
Odłożyłam widelec. Spojrzałam na nią spokojnie, ale czułam, jak serce mi przyspiesza.
– Każdy dosoli, jak potrzebuje – powiedziałam, ściszając głos. – Nie każdy lubi tak słono, jak ty.
– A ten makaron to... specjalnie przypalony? – dodała z uśmiechem, jakby to była jakaś dowcipna uwaga.
Nie odpowiedziałam. Tylko wróciłam do jedzenia. Jan siedział na wprost mnie, patrzył w talerz, jakby chciał się w nim schować. Dzieci z nosem w telefonach. Najchętniej wstałabym od stołu i zostawiła ich tam wszystkich. Chciałam wyjść na zewnątrz, zaczerpnąć powietrza, rzucić czymś o ścianę, wykrzyczeć tej kobiecie prosto w twarz, że nie jestem tu kucharką do oceniania. Ale siedziałam. Cicho. Z zaciśniętymi zębami.
Po kolacji posprzątałam. Jan w tym czasie rozpakowywał rzeczy w pokojach. Teściowa zniknęła, pewnie w łazience, może znów po to, żeby przejrzeć się w lustrze i znaleźć coś do poprawienia. Zmywałam powoli, a w głowie krążyła jedna myśl – dlaczego on nic nie powiedział. Ani jednego słowa. Nawet nie próbował mnie obronić.
Mógłby chociaż spojrzeć w moją stronę, dać jakiś sygnał, że wie, że ją poniosło. Ale jak zwykle udawał, że nic się nie dzieje. Że to tylko nieszkodliwe komentarze jego matki, że nie warto robić z tego afery. A ja? Ja miałam to przełknąć. Jak zawsze. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz czułam się tak nie na miejscu we własnej rodzinie. Patrzyłam na ten garnek po sosie i miałam ochotę nim cisnąć w ścianę. Ale nie. Tylko go umyłam. I wróciłam do pokoju, jakby nigdy nic.
Nie chcę, żeby tak wyglądał ten wyjazd
Rano obudziłam się pierwsza. W kuchni było jeszcze ciemno, ale wstawiłam wodę na herbatę, wyjęłam talerze, zaczęłam kroić chleb. Chciałam, żeby wszystko było gotowe, zanim dzieci się obudzą. Liczyłam na choć chwilę ciszy. Teściowa przyszła pierwsza. Bez przywitania usiadła przy stole i wbiła we mnie wzrok.
– Dzieci całymi dniami siedzą w tych telefonach – powiedziała tonem, jakby to był mój osobisty grzech. – Kto tak je wychował?
Próbowałam to zignorować.
– Wolę, żeby siedziały w telefonach niż słuchały ciągłych uwag.
Zamilkła. Jan, który wszedł w tej samej chwili, udawał, że nie słyszy. Usiadł, nalał sobie herbaty i odwrócił wzrok w stronę okna, jakby nagle śnieg był najbardziej fascynującą rzeczą na świecie.
– Może jajka ugotować? – spytał po chwili, nie patrząc na nikogo.
– Nie trzeba – odpowiedziałam, chłodno.
Cały dzień kręcił się wokół dzieci, nart i posiłków. Teściowa narzekała na łóżko, że za miękkie. Na okno, że nieszczelne. Na mnie, że nie uprasowałam bluzek. Jan milczał. Tylko dzieci próbowały nie wchodzić nikomu w drogę. Nawet one czuły, że atmosfera zgęstniała. Wieczorem, gdy wszyscy byli już w pokojach, a ja zmywałam ostatnie naczynia, podszedł do mnie.
– Nie chcę, żeby tak wyglądał ten wyjazd – powiedział cicho. – Ale proszę cię, nie eskaluj.
Odwróciłam się powoli, ścierką w dłoni.
– A co mam robić? Znowu wszystko przemilczeć? Słyszysz ją przecież. Wiesz, co mówi. I nic. Zawsze nic.
– Próbuję… nie dolewać oliwy do ognia – wymamrotał.
– A ja już nie mogę tak dłużej – przerwałam mu.
Patrzył na mnie przez chwilę, jakby nie rozumiał, co właśnie usłyszał. Potem tylko skinął głową i wyszedł. Wieczorem siedziałam na łóżku. W pokoju było cicho, dzieci już spały. Czułam się jak ktoś, kto mówił do ściany przez całe lata.
Już nie miałam siły udawać
To był piąty dzień wyjazdu. Środek ferii, a ja miałam wrażenie, że jestem na krawędzi. W nocy nie spałam prawie wcale. Przewracałam się z boku na bok, a w głowie odtwarzałam każde słowo z ostatnich dni, każdą scenę, w której siedziałam zaciśnięta w środku, żeby tylko nie wybuchnąć. Ale tego ranka coś się we mnie zmieniło. Już nie miałam siły udawać, że wszystko jest dobrze.
Przy śniadaniu znów to samo. Teściowa marudziła, że chleb suchy, że herbata za słaba, że nikt jej nie pyta, co by chciała robić. Dzieci milczały, przyczajone. Jan jak zwykle zajął się nalewaniem mleka, jakby nie słyszał niczego poza bulgotem z dzbanka. Ja tylko siedziałam i patrzyłam na nich wszystkich, jakbym pierwszy raz widziała tę rodzinę. W końcu powiedziałam spokojnie, może aż za spokojnie:
– Następne ferie zrobimy osobno. Ty z mamą, ja z ciszą.
Dzieci spojrzały na mnie zdziwione. Teściowa przewróciła oczami, jakby z politowaniem. Jan spuścił wzrok i przesunął łyżeczkę po stole, jakby liczył słoje w drewnie. Nie mówiłam nic więcej. Wstałam od stołu i poszłam do pokoju. Zaczęłam pakować walizki. Składanie ubrań w kostkę dawało mi jakieś złudzenie kontroli, chociaż wszystko wymykało się spod niej od dawna. Dzieci przyszły po chwili.
– Mamo… my naprawdę jedziemy? – spytała cicho córka.
Pokiwałam głową. Syn nic nie powiedział, tylko przytulił swojego pluszaka i wyszedł. Nie zapytał, czy ojciec też jedzie. Dobrze wiedział, że nie. Teściowa nie pomogła. Ani słowem, ani gestem. Stała w progu z założonymi rękami, jakby chciała udowodnić, że wszystko to moja fanaberia. Jan? Nie przyszedł. Nie powiedział ani jednego zdania. Nawet nie zapytał, dokąd jadę.
Zamknęłam walizkę, zapięłam kurtkę i chwyciłam dzieci za ręce. Schodziliśmy po schodach, a ja czułam się, jakbym wychodziła z domu, który niby znałam, ale nigdy do niego nie należałam. W samochodzie długo nie włączałam radia. Jechaliśmy w milczeniu. W głowie nie było żadnej muzyki, tylko echo tego, co padło przy śniadaniu. Nie czułam ulgi. Nawet nie czułam złości. Tylko miałam wrażenie, że coś się właśnie skończyło. Coś, co przez lata próbowałam przytrzymać na siłę.
Przestałam sobie wmawiać, że to nic takiego
Zajechaliśmy późnym popołudniem. Śnieg już zdążył się rozpuścić, zostawiając na drodze brudną, ciężką breję. Pomogłam dzieciom wnieść bagaże na górę. Nie mówiły wiele. W mieszkaniu było zimno. Każdy kąt pachniał jak zwykle, jakby ten wyjazd nigdy się nie wydarzył. Zabrałam się za rozpakowywanie, jakbym musiała natychmiast czymś zająć ręce. Dzieci rozeszły się do swoich pokoi. Pół godziny później słyszałam już tylko dźwięk ich telefonów i szuranie krzesła. W kuchni zagotowałam wodę, wstawiłam herbatę i zabrałam się za gotowanie. Wieczorem przyjechał Jan.
– Możemy pogadać? – zapytał.
Skinęłam głową, nie przerywając mycia kubka.
– Martwiłem się – dodał po chwili. – Ale rozumiem, że musiałaś…
Odwróciłam się i spojrzałam na niego. Nie był zdenerwowany, raczej zmęczony. Ale nie było w nim cienia żalu, tylko ten jego wieczny spokój, który kiedyś kochałam, a teraz nie mogłam już znieść.
– Twoja matka zepsuła cały wyjazd – powiedziałam.
Nie odpowiedział od razu
Wstał, podszedł do okna, popatrzył na ulicę.
– Nie wiem, co powiedzieć – rzucił cicho.
– Nie musisz nic mówić – przerwałam mu. – Spodziewałam się, że tak będzie, zanim wyjechaliśmy.
Umyłam ostatni talerz i przeszłam do pokoju. Zostawiłam go tam, stojącego z rękami w kieszeniach, w tej samej pozie, którą widziałam setki razy. Usiadłam na kanapie, otuliłam się kocem. I wtedy przyszła ta myśl, bolesna jak drzazga – jak długo ja się na to godziłam. Jak długo pozwalałam się uciszać. Z każdym rokiem cichłam bardziej. A on coraz mniej słyszał.
Przypomniały mi się nasze pierwsze wyjazdy. Zawsze z jego matką. Zawsze z jej torbami, z jej uwagami, z jej herbatą malinową, którą koniecznie trzeba było pić codziennie. I ja – milcząca, grzeczna, potulna. Bo przecież „to tylko na kilka dni”, „to nic takiego”, „nie warto się sprzeczać”. Aż przyszedł dzień, kiedy wreszcie przestałam sobie wmawiać, że to nic takiego. Następnego dnia rano Jan zszedł na dół. Siedzieliśmy przy stole, dzieci były w swoich pokojach. Między nami nie było już napięcia.
– Nie chcę, żeby to tak wyglądało – powiedział, jakby dopiero teraz to do niego dotarło.
Nie odpowiedziałam. Patrzyłam na parujący kubek herbaty. Pomyślałam, że ten moment – ta cisza między nami – jest bardziej uczciwa niż wszystko, co nas przez lata łączyło. Nie wiedziałam, co dalej. Czy odejść. Czy zostać. Czy dać mu jeszcze szansę. Czy dać ją sobie. Ale jedno wiedziałam na pewno – nie będę już milczeć.
Małgorzata, 42 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Chciałam ugościć teściów po królewsku. Usłyszałam, że w domu panuje bałagan, a obiad smakuje jak pomyje”
- „Teściowie zażądali ode mnie podpisania intercyzy. Odbiłam piłeczkę i powiedziałam, że chcę pieniędzy za opiekę nad nimi”
- „Teściowie chcieliby świętować Dzień Babci i Dziadka. Dawali nam złote rady, byśmy jak najszybciej podarowali im wnuka”

