Reklama

Dzień ślubu. Podobno najpiękniejszy w życiu. Dla mnie – dzień, który rozdarł mnie na pół. Miałam wszystko – wymarzoną suknię, salę z widokiem na jezioro, kwiaty jak z katalogu. I Bartka – przystojnego, czarującego, mojego narzeczonego od trzech lat. Wierzyłam, że mnie kocha. A przynajmniej chciałam w to wierzyć.

Stres był ogromny, ale to przecież normalne. Powtarzałam sobie: „To tylko emocje, Weronika, nie panikuj”. Mama od rana recytowała, że „małżeństwo to decyzja na całe życie”, a Kinga, moja świadkowa i najlepsza przyjaciółka, patrzyła na mnie inaczej niż zwykle. Zbyt poważnie. W końcu usiadła obok i powiedziała:

– Weronika… muszę ci coś powiedzieć. Chodzi o Bartka... O jego wieczór kawalerski.

Spojrzałam na nią z niedowierzaniem.

– Teraz? Na godzinę przed ślubem?

A jednak. Coś w jej spojrzeniu sprawiło, że serce zaczęło mi bić szybciej. Intuicja krzyczała, że za chwilę wszystko się posypie.

Nie chciałam tego słuchać

– To nie była pomyłka, Weronika. On cię zdradził – powiedziała cicho Kinga, ściskając w dłoniach telefon. – Dowiedziałam się wczoraj od jednej z dziewczyn, która była na tej samej imprezie. Przysięgam ci, to nie plotka.

Stałam przed nią jak sparaliżowana. Moja ręka, jeszcze chwilę temu poprawiająca welon, teraz drżała.

– Zdradził? – wydukałam. – Co to znaczy… zdradził?

Wylądował z jakąś dziewczyną. Obcą. W apartamencie wynajętym przez Oskara.

Zamknęłam oczy. Obraz Bartka w garniturze, czekającego na mnie przy ołtarzu, nagle zniknął. Zastąpiła go mgła. A może pustka. Nie wiem.

– Jesteś pewna? – zapytałam wreszcie, ledwo słyszalnym głosem.

Kinga skinęła głową.

– Chciałam ci powiedzieć wcześniej, ale... nie mogłam. Próbowałam z nim rozmawiać. Milczał. To znaczy... nie zaprzeczył.

– Nie teraz. Nie dzisiaj – wyszeptałam i wstałam. – Nie chcę tego słuchać.

– Weronika, nie idź tam. Nie możesz udawać, że nic się nie stało – błagała, chwytając mnie za rękę.

Odsunęłam ją delikatnie.

– Goście już są, mama czeka. Nie dzisiaj, Kinga. Nie mogę… nie mam siły.

Odeszłam. Każdy krok w stronę kościoła był jak walka z samą sobą. Wiedziałam jedno – nie będę już tą samą Weroniką, która godzinę wcześniej śmiała się do lustra. Coś we mnie właśnie pękło.

Nie wiedziałam, co robię

Weszłam do kościoła jak w transie. Welon ciągnął się po czerwonym dywanie, organy grały coś podniośle, a ja... nie słyszałam nic. Tylko własne myśli: "To nie może być prawda. Może Kinga się pomyliła. Może ktoś ją okłamał. Może... może to nie była zdrada".

Ale wtedy spojrzałam na Bartka. Stał przy ołtarzu z rękami złożonymi jak wzorowy chłopiec z katechezy. Uśmiechnął się na mój widok. Tym swoim łobuzerskim, czarującym uśmiechem. Tym, który jeszcze wczoraj rozczulał mnie do łez. Dziś... chciało mi się wymiotować.

Szłam do niego tak, jakby mnie prowadzono na ścięcie. Każdy krok odbijał się echem w mojej głowie. Obok mnie stali ludzie, uśmiechali się, szeptali coś do siebie podekscytowani. A ja? Byłam jak manekin w sukni uszytej z tysiąca cekinów.

Kiedy ksiądz zadał pytanie, odpowiedziałam "tak" bez wahania. Głos miałam spokojny, aż za bardzo. Nawet Bartek spojrzał na mnie zaskoczony. Po przysiędze nachylił się do mojego ucha i wyszeptał:

– Kocham cię. Jesteś najpiękniejsza.

Poczułam, jakby ktoś posypywał mi ranę solą. Ten sam język, te same słowa... które pewnie potrafił powiedzieć też tamtej. Może dokładnie takie same. Uśmiechnęłam się, ale to nie był uśmiech miłości. To był grymas kobiety, która właśnie zaczęła tonąć.

Miałam dość udawania

Pokój hotelowy był pełen kwiatów, szampana i ciszy. Zbyt ogłuszającej, zbyt nienaturalnej. Bartek zamknął za nami drzwi i od razu sięgnął po kieliszki.

– Wypijmy, żono – powiedział z uśmiechem, jakby nic się nie stało.

Stałam przy oknie. Patrzyłam na światła miasta, które migały jakby od niechcenia. Zgasiłam ten moment jednym pytaniem.

Z kim spałeś na kawalerskim?

Zamarł z butelką w dłoni. Opuścił ręce. Spojrzał na mnie, ale nie podszedł.

– Co?

– Nie będę powtarzać. Wiesz, o czym mówię.

– Kto ci naopowiadał…?

– Odpowiedz – przerwałam. – Kto to był?

Westchnął. Odłożył kieliszki na komodę.

– Nie wiem. Jakaś dziewczyna. Było dużo alkoholu… To był błąd. Głupi, nic nieznaczący błąd.

– Nic nieznaczący? – parsknęłam. – Dla ciebie może. Dla mnie to wszystko zmienia.

– Weronika, przysięgam… To była chwila słabości. To nie ma nic wspólnego z nami. Kocham cię. Chciałem cię poślubić. Chcę z tobą być.

– To nie była chwila słabości, Bartek. To była zdrada – powiedziałam.

Wzięłam swoją suknię do rąk i wyszłam z pokoju. Na korytarzu minęłam sprzątaczkę. Spojrzała na mnie z zaskoczeniem. Pewnie rzadko widuje się pannę młodą w szpilkach i z płaczem na twarzy.

Panował we mnie chaos

Najpierw poszłam do mamy. Siedziała przy stole w sali weselnej, otoczona ciotkami. Gdy mnie zobaczyła, jej twarz natychmiast spoważniała.

– Co się stało? – zapytała, podchodząc szybko. – Wszystko w porządku?

– Nie. Bartek mnie zdradził. Na wieczorze kawalerskim.

Zbladła. Spojrzała na mnie tak, jakby właśnie runął cały jej świat. A potem... zrobiła coś, czego się nie spodziewałam.

– Weronika, to na pewno był jeden raz. Pewnie taki głupi wybryk. Faceci czasem robią idiotyczne rzeczy, ale teraz jesteście małżeństwem. Teraz liczy się przyszłość.

– Powiedział mi, że to był błąd. I że mnie kocha – rzuciłam gorzko.

– No widzisz? Więc nie ma co rozpaczać. Żyje się dalej. Takie rzeczy się zdarzają. Najważniejsze, że jesteście razem.

Zaniemówiłam. Nie mogłam uwierzyć, że właśnie to słyszę od mojej matki. Wyszłam, chcąc zaczerpnąć świeżego powietrza. Znalazłam Kingę na tarasie. Siedziała sama, z kubkiem kawy i podpuchniętymi oczami.

Powiedział mi wszystko – powiedziałam cicho.

Spojrzała na mnie bez słów. Czekała.

– I wiesz co? Moja matka twierdzi, że mam mu wybaczyć. Że „takie rzeczy się zdarzają”.

Kinga zmarszczyła brwi.

– Nie musisz tego nikomu wybaczać. Nie jesteś głupia. I nie jesteś naiwna, żeby ktoś ci coś wmawiał, bo tak mu wygodnie.

Usiadłam obok niej. Z każdej strony słyszałam coś innego. A we mnie panował jeden wielki chaos.

Trzeba było mnie szanować

Następnego dnia wróciliśmy do mieszkania. W milczeniu. Bartek prowadził samochód, ja patrzyłam przez okno. Ani jednej rozmowy, ani jednego gestu. W domu powiesił marynarkę, rozpiął koszulę i zapytał zwyczajnie:

– Napijemy się herbaty?

Popatrzyłam na niego, jakby oszalał.

– Naprawdę myślisz, że po tym wszystkim usiądę z tobą przy stole i będziemy parą, jakby nic się nie wydarzyło?

Podrapał się po karku. Zawsze tak robił, gdy nie wiedział, co powiedzieć.

– Myślałem, że skoro już się pobraliśmy… To może damy sobie szansę. Naprawimy to.

Pokręciłam głową.

– Naprawia się coś, co się przypadkowo zepsuło. A nie coś, co świadomie zniszczyłeś. Nie da się tego naprawić.

Zamilkł. Usiadł na brzegu kanapy, a ja wzięłam torbę i zaczęłam się pakować. Nie krzyczałam, nie płakałam. Po prostu zbierałam swoje rzeczy. Ubrania, kosmetyki, książki.

– Wero, proszę… – zaczął. – Nie odchodź. Ja to spieprzyłem. Wiem. Ale chcę to naprawić. Zmienię się, naprawdę. Tylko daj mi szansę.

Zatrzymałam się w drzwiach. Spojrzałam mu prosto w oczy.

– Nie jestem pierwszą lepszą, która będzie cię przyjmować z otwartymi ramionami po skoku w bok. Jestem kobietą, którą trzeba było szanować.

I wyszłam, by już nigdy do niego nie wrócić.

Weronika, 29 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama