„W Dzień Dziadka wnuki wpadły z wielką łaską. Wzięły pieniądze i zostawiły mnie z zimną herbatą”
„– Ale nigdy nie traktowałem rodziny jak bankomatu – powiedziałem ostrzej, niż planowałem. – No i co z tego, że wzięli parę groszy? Przecież zawsze tak było. Zawsze im coś dawałeś”.

Nigdy nie przepadałem za styczniem. Dzień krótki, światło szare, wiatr jakby zimniejszy niż w grudniu. Odkąd Zosia umarła, każdy styczeń ciągnął się. Teraz wszystko jest ciche, zbyt ciche. Nawet lodówka jakby brzęczała ciszej.
Nadszedł Dzień Dziadka
Zawsze budzę się o 6:30, chociaż nie mam po co. Wstawiam wodę na herbatę, czasem nawet zapominam, że już się zagotowała. Dziś jednak wstałem z lekkim podekscytowaniem. Dzień Dziadka.
– Ciekawe, czy Zosia dalej rysuje... Michał pewnie już się do mnie nie przyzna na mieście. A może się mylę? – powiedziałem cicho, patrząc na zdjęcie mojej Zosi. Zawsze słuchała mnie bez przerywania, nawet po śmierci.
Wyjąłem z szuflady porcelanowe filiżanki – te „lepsze”, których używaliśmy, gdy Anka z dziećmi wpadała kiedyś co niedzielę. Ostatnio robią to raz na kilka miesięcy. Ale dzisiaj to przecież święto. Upiekłem drożdżowe z kruszonką, to samo, które tak lubiła mała Zosia – „babcia robiła lepsze”, ale i moje zawsze zjadała do ostatniego okruszka.
Na stole rozłożyłem kilka zdjęć. Michał na rowerze, bez przedniego zęba. Zosia z plastelinowym smokiem. Anka z burzą loków i oczami tak podobnymi do moich. Chciałem im je pokazać. Powspominać. Posłuchać, co u nich. Być dziadkiem nie tylko z nazwy.
Przetarłem stół jeszcze raz, chociaż był już czysty. Ustawiłem herbatę. I usiadłem. Patrząc na zegarek, jakbym miał pociąg. Albo jakby miało od tego zależeć moje życie.
Odwiedziły mnie wnuki
Usłyszałem szybkie stuknięcie klamki i zanim zdążyłem się podnieść, drzwi już się otworzyły.
– Cześć dziadku! – rzuciła Zosia, wchodząc z plecakiem na jednym ramieniu, jakby wracała ze szkoły, a nie przychodziła z wizytą.
Michał wszedł za nią, nie zdjął nawet czapki.
– Wszystkiego najlepszego w Dniu Dziadka! – dodała, podając mi małą torebkę, z której wystawały czekoladki.
– Dziękuję, kochani. Chodźcie, ciasto jeszcze ciepłe. I herbata, zrobiłem z cytryną, tak jak lubicie – uśmiechnąłem się, starając się nie dać po sobie poznać, jak bardzo bije mi serce.
Zosia usiadła, wzięła łyka, od razu odstawiła filiżankę.
– Gorące jeszcze – mruknęła.
Michał spojrzał na zegarek, potem na siostrę.
– Dziadku... a miałbyś może trochę kasy na pizzę? I do kina chcemy, jakbyś miał… – dodał, jakby mówił o czymś zupełnie naturalnym.
Poczułem, jak z ciasta ucieka zapach, a herbata stygnie szybciej niż zwykle. Złapałem portfel. Wyjąłem 100 złotych.
– To... na coś starczy? – spytałem cicho.
– Super, dzięki! – rzucił Michał, chowając banknot.
Zosia podniosła się już z krzesła.
– Musimy lecieć... – powiedziała.
– Ale przecież dopiero co przyszliście... – szepnąłem.
– Naprawdę, dziadku, kiedy indziej, okej? – i już jej nie było. Za chwilę trzasnęły drzwi.
Zostałem sam, z dwiema pełnymi filiżankami. I stygnącą herbatą. Nawet nie zapytali, jak się czuję. Nic – przemknęło mi przez głowę.
Wyżaliłem się córce
Zadzwoniłem do Anki tego samego wieczoru. Długo się nie zgłaszała, już miałem się rozłączyć, gdy odebrała.
– Tato, co się stało? – zapytała bez powitania, jakby z góry przewidywała kłopot.
– Byli dzisiaj Michał i Zosia – zacząłem spokojnie. – Na Dzień Dziadka. Pięć minut posiedzieli. Nawet herbaty nie dopili.
– No widzisz? Przyszli. Mówiłam, że nie zapomną – rzuciła szybko, jakby temat był zamknięty.
– Przyszli po pieniądze, Anka. Nie po to, żeby ze mną być.
Po drugiej stronie zapadła cisza, aż w końcu westchnęła.
– Oj, tato, nie przesadzaj. Dzieci mają swoje sprawy. Ty też przecież byłeś młody.
– Ale nigdy nie traktowałem rodziny jak bankomatu – powiedziałem ostrzej, niż planowałem.
– No i co z tego, że wzięli parę groszy? Przecież zawsze tak było. Zawsze im coś dawałeś.
– Bo myślałem, że to gest. A nie obowiązek. Teraz nawet nie siadają. Nie patrzą w oczy.
Anka podniosła głos:
– Tato, nie dramatyzuj. Masz pieniądze, to im daj. Kiedyś się odwdzięczą.
Zacisnąłem pięści.
– A jak nie dożyję tego „kiedyś”? Co wtedy? Kiedy będzie czas na „dziadku, jak się czujesz?”, na „opowiedz, co u ciebie”?
Po drugiej stronie znowu cisza. Ale tym razem nie była z tych życzliwych.
– Wiesz co, jestem zmęczona. Porozmawiamy innym razem – i się rozłączyła.
Zostałem z telefonem w dłoni jak idiota.
Było mi przykro
Telefon zadzwonił przypadkiem. Jeszcze nie zdążyłem go odłożyć po rozmowie z Anką. Numer Zosi. Odebrałem odruchowo, bez zastanowienia. Nie zdążyłem nic powiedzieć.
Usłyszałem śmiech. Jej śmiech. Lekki, beztroski, jakby świat był prosty i miły. Głos Michała w tle, jakiś komentarz, potem znowu ona. Wtedy zrozumiałem, że przypadkiem wybrał się jej ostatni numer, pod który dzwoniła.
– No mówię ci, dziadek znowu się rozkleił – rzuciła swobodnie. – Ale spoko, że dał kasę.
Ktoś coś odpowiedział, ale już nie słyszałem dokładnie. Połączenie się urwało.
Usiadłem w kuchni. Patrzyłem na blat, na okruszki po cieście, którego prawie nikt nie tknął. Na filiżanki, które zdążyłem umyć, zanim jeszcze wystygły. Poczułem, jak coś we mnie pęka, cicho, bez fajerwerków. Łzy przyszły same, ciężkie, wstydliwe. Spadały na dłonie, jakbym znowu był dzieckiem, które nie rozumie, co zrobiło źle. Może to już naprawdę czas, żeby się wycofać. Może mnie już nikt tu nie potrzebuje… – pomyślałem. Siedziałem tak długo, aż zrobiło się ciemno. Nie zapaliłem światła. Nie chciałem widzieć tego pustego mieszkania. Ani siebie w nim.
Miałem mętlik w głowie
Noc przyniosła tylko cięższy sen, taki bez ulgi. Rankiem wstałem jak zawsze o 6:30. Tylko że tym razem nie zrobiłem herbaty. Usiadłem w fotelu i przez dłuższą chwilę patrzyłem na zdjęcie Anki, jeszcze jako dziecka. Miała może siedem lat, piegi i szczerbaty uśmiech. Zrobiłem to zdjęcie, kiedy nauczyła się jeździć na rowerze bez bocznych kółek.
Pamiętam, jak biegłem za nią, trzymając siodełko. – Tato, puść! – krzyknęła, a ja puściłem. Po chwili się przewróciła, zdarła kolano i przyszła do mnie z płaczem. A potem piekliśmy razem ciasto, żeby „przykleić uśmiech z powrotem”.
Kiedy to wszystko się skończyło? Wziąłem płaszcz. Po prostu musiałem wyjść. Uciec z tego mieszkania, z tej ciszy, która bolała. Wszedłem do kawiarni na rogu. Pachniało kawą i cynamonem. Przy jednym stoliku siedział mężczyzna w moim wieku, siwe włosy, ciepły szalik. Zauważył, że rozglądam się nerwowo.
– Wolne tu – powiedział, wskazując krzesło naprzeciwko. – Świętujesz czy uciekasz?
Usiadłem.
– Uciekam – odpowiedziałem.
Skinął głową.
– Twoi też się nie zjawili na Dzień Dziadka?
– Byli. Wzięli, co chcieli, i poszli.
– Znam to. Kiedyś się czekało na uśmiech. Teraz się czeka, aż wyjdą.
Nie znałem jego imienia, ale wiedział, co czuję. I to wystarczyło.
Przypadkiem poznałem kogoś
Siedzieliśmy przy tym samym stoliku już prawie godzinę. On nazywał się Tadeusz. Emeryt, były kolejarz. Miał troje wnucząt i identyczne doświadczenia.
– Czasem mam wrażenie, że jestem tylko tłem do ich życia – powiedział. – Jak tapeta w starym mieszkaniu. Kiedyś była ważna, teraz po prostu jest.
Popatrzyłem przez okno kawiarni. Za szybą świat biegł dalej. Młodzi ludzie z telefonami, śmiechy, śnieg na czapkach, dzieci ciągnięte na sankach.
– Czuję się jak duch we własnym domu – przyznałem.
Tadeusz skinął głową ze zrozumieniem.
– A ja jak bankomat – odpowiedział. – Może czas zacząć żyć trochę dla siebie?
Zamówiliśmy kolejną kawę. Zwykłą, czarną, gorzką. Ale czułem, jak z każdym łykiem coś się we mnie rozpuszcza. Nie samotność – na to było za wcześnie. Ale może zgoda na to, że już nie muszę ciągle czekać. Że nie jestem sam w tym, co czuję.
– Spotkajmy się znowu – zaproponował Tadeusz, wstając. – Wiesz... żeby nie zdziczeć do końca.
– Chętnie – uśmiechnąłem się. I pierwszy raz od dawna ten uśmiech nie był pusty.
Kiedy wracałem do domu, myślałem o tym, że rodzina to nie zawsze ci, których się wychowało. Czasem to ktoś, kto po prostu usiądzie z tobą przy stoliku i powie: „Znam to”.
Jan, 76 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W Dzień Babci i Dziadka liczyłem na kasę w zamian za bukiet. Zamiast tysiaka ze skarpety dostałem coś cenniejszego”
- „Córka zarabia kokosy w Norwegii, a mnie nie stać nawet na wymianę piecyka gazowego. Nie o takiej emeryturze marzyłam”
- „W Tatrach odnalazłam dawną miłość. Nie sądziłam, że spotkanie po latach rozgrzeje mnie bardziej niż herbata z imbirem”

