Reklama

Zawsze uważałem, że starość ma swoje przywileje. Nie muszę się spieszyć, nikomu niczego udowadniać. I nawet jeśli czasem coś strzyka w krzyżu, a pamięć potrafi spłatać figla, to wciąż mam głowę na karku. Żona twierdzi, że bywam zgryźliwy. Może i racja. Kiedy człowiek przeżyje tyle, ile ja, zaczyna dostrzegać, jak bardzo świat głupieje z każdą kolejną dekadą. Tolerancja, empatia, dialog — wszyscy o tym gadają, a nikt nie potrafi nawet sąsiadowi powiedzieć „dzień dobry”, jak się mijają w windzie. A rodzina? Tyle się teraz o niej mówi. Że ważna, że trzeba ją pielęgnować.

Tylko że z pielęgnacją bywa różnie, zwłaszcza kiedy w rodzinie pojawia się jakiś młody buntownik z telefonem przyklejonym do ręki i przekonaniem, że świat powinien tańczyć, jak on mu zagra. Mam wnuka. I to nie byle jakiego. Mądralińskiego, który wszystko wie najlepiej, bo przeczytał coś w internecie. Fajny chłopak, ale czasem człowiekowi ręce opadają. Zwłaszcza wtedy, kiedy słyszysz coś, co sprawia, że w jednej chwili robi ci się gorąco, jakby cię ktoś wrzucił do wrzątku.

Zamarłem

Kiedyś, jeszcze za młodu, marzyłem o tym, że moje dzieci, a potem wnuki, będą do mnie wpadać z takim entuzjazmem, jak ja kiedyś do swojego dziadka. Z prawdziwą chęcią pogadania, a nie tylko zaliczenia rodzinnej powinności. No i tak sobie żyłem w tej naiwnej wizji, aż do Dnia Dziadka.

– Cześć, dziadek – rzucił wnuk, ledwo przekroczył próg.

Nawet nie spojrzał w moją stronę, tylko od razu w gapienie się w telefon.

– No hej. Taki to dziś świat, że zamiast się przywitać, przytulić, to ekran ważniejszy – mruknąłem pod nosem, niby żartem.

– Serio? – uniósł brew, nawet nie podnosząc wzroku. – Musisz od razu się czepiać?

– Nie czepiam się. Obserwuję. Dawniej ludzie cieszyli się z takich dni. Teraz tylko selfie i lajki w głowie.

– Dziadku, przestań – westchnął i usiadł przy stole, jakby go ktoś zmusił do odsiadki.

Spojrzałem na jego matkę, czyli moją córkę. Ta tylko wzruszyła ramionami, jakby mówiła: „No taki już jest, młody”.

– Dobrze się uczysz? – zagadnąłem, próbując normalnie.

– Po co ci to wiedzieć? I tak masz swoją opinię. Przecież według ciebie młodzi to lenie i degeneraci – burknął.

– Przepraszam bardzo – oparłem się o stół – ale odkąd tylko pamiętam, to ty nie wiesz, jak wyglądają grabie czy odkurzacz.

– Bo nie jestem twoim niewolnikiem! – wrzasnął nagle. – Masz jakieś dziwne oczekiwania. Że wszyscy mają ci służyć tylko dlatego, że jesteś stary?!

Zamarłem.

Byłem wściekły

Cisza, która zapadła po tych słowach, była wręcz nienaturalna. Spojrzałem na córkę. Twarz miała pobladłą, jakby właśnie ktoś wyciął jej serce. A ja? Poczułem, jak robi mi się gorąco.

Co ty powiedziałeś? – spytałem, nie podnosząc głosu.

– To, co wszyscy myślą, tylko się boją powiedzieć – wzruszył ramionami. – Że siedzisz na kanapie, krytykujesz i myślisz, że cały świat ma ci coś dawać.

– Rafał! – krzyknęła córka. – Co ty wygadujesz?! Natychmiast przeproś dziadka!

– Nie, mamo. On całe życie robił z siebie męczennika. „Jak ja byłem w twoim wieku, to...” – przedrzeźniał mnie z jakimś kpiącym uśmieszkiem. – Mam dość. To nie jest szacunek, tylko ślepe posłuszeństwo, a ja nie zamierzam się kłaniać komuś dlatego, że ma więcej zmarszczek.

– Zmarszczki?! – podniosłem głos. – Młody człowieku, ty w ogóle rozumiesz, na czym ten świat stoi? Na ludziach, którzy zbudowali go, zanim ty w ogóle przestałeś nosić pieluchy!

– No właśnie, to był wasz świat. A teraz się dziwisz, że my nie chcemy grać w te wasze gierki.

– Dziwisz się, że nie chcę słuchać człowieka, który nigdy nie spytał mnie, co ja czuję?

– Bo ja się o głupoty nie pytam. Jak chcesz się żalić, to idź do internetu!

Córka wybiegła do kuchni. Zostałem sam z tym pyskatym młokosem, który właśnie wbił mi nóż w plecy. Siedział naprzeciwko i nawet nie mrugnął.

Zaśmiałem się smutno

Popatrzyłem na niego długo. Tak bez słowa. Próbowałem zrozumieć, gdzie i kiedy ten chłopak tak się zmienił. Przecież to ja nauczyłem go jeździć na rowerze, ja naprawiałem mu plastikowe czołgi, ja nosiłem na barana, kiedy był zmęczony. A teraz siedzi przede mną i patrzy jak na jakiegoś starego tyrana.

– Wiesz, Rafał – odezwałem się cicho – może i mam zmarszczki. Może i marudzę. Jednak to ja cię uczyłem czytać. Jak byłeś mały i bałeś się ciemności, to do kogo biegłeś? Do mnie. A teraz mówisz, że nie zasługuję na szacunek?

– Bo na szacunek trzeba sobie zapracować – parsknął. – A nie wymagać, bo „kiedyś” coś się zrobiło.

– Oho, zaczynasz jak typowy filozof z internetu. Tylko że życie to nie mem, Rafał. To nie żart. Życie to odpowiedzialność.

– To wy nie potraficie zaakceptować, że mamy inne poglądy, inne wartości – syknął.

– Inne wartości? – zaśmiałem się smutno. – Czyli jakie? Że starzy mają milczeć, bo młodzi wiedzą lepiej? Że nie można mieć innego zdania, bo od razu jesteś „toksyczny”?

– Może jakbyś umiał słuchać, to nie musiałbym krzyczeć! – wybuchł.

Wstał od stołu gwałtownie, jakby już nie mógł znieść mojego widoku.

– A może po prostu nie umiesz znieść, że ktoś się nie boi się powiedzieć ci prawdy – rzucił przez ramię i wyszedł z pokoju, trzaskając drzwiami.

Patrzyłem za nim długo.

Aż skręcało mnie w środku

Zostałem sam w salonie. Przez chwilę siedziałem bez ruchu, jakby miał ktoś zaraz zawołać: „Żartowałem!”. Nikt nie zawołał. Po kilku minutach w drzwiach stanęła córka. Oczy czerwone, ręce trzymała splecione tak mocno, że aż zbielały jej palce.

– Przepraszam, tato... Ja... ja naprawdę nie wiem, co się z nim dzieje.

– A ja wiem? Myślisz, że dla mnie to było łatwe? – uniosłem wzrok. – Przychodzi wnuk, którego kochasz, i mówi ci, że jesteś starym, roszczeniowym dziadem, którego najlepiej ignorować.

– On... on ma ciężki czas – wymamrotała. – Szkoła, presja, wszyscy wokół mówią mu, jak ma żyć... A on nie umie tego unieść.

– A ja to co? – prychnąłem. – Każde pokolenie miało swój ciężar. My mieliśmy komunę i pustki w sklepach. Nie darłem się wtedy na swoich dziadków, że są „nieaktualni”.

– Wiem. Masz rację. – Podeszła bliżej i usiadła obok. – Ale wiesz, tato... ty też bywasz twardy. Czasem aż za bardzo.

– Bo życie mnie takim zrobiło. Nie miałem luksusu siedzenia i analizowania, „co czuję”. Trzeba było robić, a nie roztrząsać.

Ujęła moją dłoń.

– Może on potrzebuje, żebyś czasem po prostu... posłuchał. Bez oceniania.

Popatrzyłem na nią. Na tę moją małą dziewczynkę, która teraz broniła swojego syna przed własnym ojcem. I choć aż skręcało mnie w środku, wiedziałem, że nie mówiła tego złośliwie.

– A może i tak – mruknąłem. – Ale on też musi zrozumieć, że z mostu nie wchodzi się z butami.

Mówiłem szczerze

Minęła godzina. Córka krzątała się po kuchni, udając, że robi herbatę. Siedziałem w fotelu, gapiąc się w telewizor. Nawet nie słyszałem, co leciało. Myśli miałem gdzie indziej. W końcu usłyszałem skrzypnięcie drzwi. Rafał wyszedł z pokoju . Niepewnie, powoli, jakby ważył każdy krok. Zatrzymał się w progu.

– Dziadek... – odezwał się cicho.

Nie odpowiedziałem. Poczekałem.

– Mogę pogadać?

Skinąłem głową. Usiadł naprzeciwko. Patrzył na swoje dłonie, jakby nigdy wcześniej ich nie widział.

Przepraszam, że się tak uniosłem. Nie powinienem.

– No, nie powinieneś – potwierdziłem spokojnie.

– Ale wiesz... czasem mam wrażenie, że ty mnie nie lubisz. Że wszystko, co robię, jest złe. Albo śmieszne.

– Nie, Rafał. Nie śmieszne. Po prostu inne. I czasem głupie – dodałem szczerze. – Ale czy to znaczy, że cię nie lubię?

– A lubisz? – spojrzał na mnie, pierwszy raz tego dnia z jakimś autentycznym niepokojem.

Westchnąłem.

– Gdybyś wiedział, jak się cieszyłem, kiedy się urodziłeś. Kiedy pierwszy raz powiedziałeś do mnie „dziadek”, myślałem, że serce mi się roztopi. To, że cię ganiam czasem, nie znaczy, że cię nie kocham. Po prostu nie umiem zawsze mówić tego ładnie.

– Ja też nie umiem – wyszeptał. – I... może jestem za ostry. Nie chciałem cię zranić.

– No to mamy remis, co?

Uśmiechnął się niepewnie. Ja też. Może nie naprawiliśmy wszystkiego, ale przynajmniej znów zaczęliśmy mówić.

Darowałem mu

Następnego dnia nie miałem już takiej guli w gardle. Dzień Dziadka nie zakończył się tortem i wspólnym zdjęciem, a jednak coś się zmieniło. Rafał przyszedł z rana sam, bez matki. Przyniósł kubek z kawą. Dobrze wiedział, jaką piję – czarną, mocną, bez cukru.

– Na zgodę – mruknął, podając mi go.

– O, cud. Kawa od wnuka. Jeszcze tylko jakbyś dorzucił sernik, to bym pomyślał, że mam urodziny – odparłem, celowo szorstko, ale z lekkim uśmiechem.

Usiadł obok. Bez telefonu, bez słuchawek. Patrzył przez okno, jakby szukał odpowiednich słów.

– Dziadek... serio cię lubię. Nawet jak mnie wkurzasz.

– No, to chyba już mamy rodzinne DNA. Ty mnie też.

Parsknął cicho. Potem spojrzał na mnie bokiem.

Myślisz, że kiedyś będę taki jak ty?

– W sensie stary, zgorzkniały i zrzędliwy?

– No... właśnie – zaśmiał się.

– Myślę, że nie. Bo masz odwagę mówić o tym, co cię gryzie. Ja tego musiałem się uczyć całe życie.

– A ja myślę, że zawsze byłeś w porządku.

Popatrzyłem na niego dłużej.

– Nie daruję ci wczoraj, wiesz? – powiedziałem powoli. – Bo to nie był dobry dzień na takie wyznania.

– Wiem. I będę o tym pamiętał.

Znowu się uśmiechnął. I wtedy pomyślałem, że może jednak nie wszystko przepadło.

Stefan, 73 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama