Reklama

Nazywam się Jan. Mam sześćdziesiąt osiem lat, mieszkam sam, w bloku na osiedlu, które pamięta jeszcze czasy mojej młodości. Od czterech lat jestem wdowcem – i choć nie lubię się do tego przyznawać, po śmierci żony czas płynie mi jakoś inaczej. Dni mieszają się ze sobą: krzyżówka z rana, herbatka o osiemnastej, radio, które mruczy do pustego pokoju.

Mam syna – Artura. Wpada raz na tydzień, czasem rzadziej. Chyba czuje się zobowiązany, choć nasze rozmowy rzadko schodzą na inne tematy niż pogoda czy samochody. Ale jest jeszcze Szymon – mój siedemnastoletni wnuk. Szymon to dla mnie cały świat, chociaż widzę, że już nie ten sam chłopak, którego uczyłem jeździć na rowerze. Dorósł – nie wiem, kiedy ten czas minął. Staram się nadążać za młodymi. Telefon mam nowy, do internetu sięgam czasem, żeby nie być zupełnym dinozaurem. Kiedyś myślałem, że na stare lata będzie mi łatwiej zrozumieć młodych. Teraz nie jestem już taki pewny. Dzień Dziadka. Dostałem SMS-a:

– Dziadek, sto lat! Żyj długo i zdrowo. Jesteś najlepszy. Będziesz wieczorem w domu? To bym wpadł na chwilę.

Siedziałem przy stole, patrzyłem na telefon i przez chwilę czułem, że ktoś o mnie pamięta.

Nawet wnuk traktuje mnie jak bankomat

Szymon przyszedł koło 17:00. Zostawił plecak w przedpokoju, przetarł buty o wycieraczkę (na co zawsze zwracam uwagę, choć wiem, że nie robi tego u siebie w domu), i od razu rozsiadł się w kuchni. Włączyłem czajnik.

– Dziadek, zrobisz herbatę? Tę swoją, z sokiem?

Uśmiechnąłem się. W takich momentach miałem złudzenie, że wrócił ten mały chłopak.

– Jasne, młody. A jak tam w szkole? – zagadnąłem, choć wiem, że to nie temat na dłużej.

– Eee, spoko. Ale dziadek, patrz, jest sprawa… – Szymon wziął łyk herbaty, spojrzał na mnie tym swoim rozbrajającym uśmiechem, który nie raz już widziałem, kiedy czegoś chciał.

– Mógłbyś mi pożyczyć trochę z emerytury? Potrzebuję nowego telefonu, serio. Wszyscy mają już nowe, a ja chodzę z tym starym szrotem. Obciach, no nie?

Poczułem, jak serce mi ściska. Udawałem, że się śmieję, ale nagle zobaczyłem siebie – całe życie w robocie, nocne trasy ciężarówką, wracanie do pustego domu. I co mi z tego? Nawet wnuk traktuje mnie jak bankomat.

– Szymek, emerytura nie jest z gumy, wiesz? – zacząłem ostrożnie.

– Ale dziadek, ty przecież i tak wszystko masz! Ja tylko na raty, oddam ci, przysięgam! – nalegał.

– Ty naprawdę myślisz, że to takie proste? – w moim głosie słychać było rozczarowanie.

Szymon wzruszył ramionami i już sięgał po telefon, żeby napisać coś do kogoś. A ja… po raz pierwszy poczułem, że coś się między nami zmienia.

Chyba nie odmówisz wnukowi?

Następnego dnia zadzwoniłem do mojego syna Artura. Musiałem to z siebie wyrzucić, bo od rana chodziłem podminowany.

– Artur, słuchaj… Rozmawiałem wczoraj z Szymonem. Chciał, żebym mu pożyczył pieniądze na telefon. Mówił, że to tylko na raty, że odda, ale… No nie wiem, synu, nie tak sobie to wyobrażałem.

Przez chwilę po drugiej stronie słuchawki była cisza. Potem westchnął.

– Tato, o co ci chodzi? To tylko telefon. Pomóż chłopakowi, przecież i tak niczego ci nie brakuje. Wnuk chce korzystać z tego, co wypracowałeś. Chyba po to się haruje całe życie, żeby dzieciom i wnukom było lepiej, nie?

Poczułem, jak wzbiera we mnie bunt. Odkąd zostałem sam, coraz częściej mam wrażenie, że dla Artura jestem tylko tłem. Zawsze był chłodny, zamknięty, a teraz jeszcze te słowa – jakby nie rozumiał, co we mnie siedzi.

– Wiesz, synu, czasem mam wrażenie, że traktujecie mnie jak portfel, nie jak ojca czy dziadka. To nie jest kwestia skąpstwa, tylko… – szukałem słów, głos mi zadrżał.

– Oj, tato, nie zaczynaj! Chyba nie odmówisz wnukowi? – wypalił.

W słuchawce zapadła cisza, a ja poczułem bezradność.

Znowu liczyła się jedynie kasa

Wieczorem, zamiast spokojnie rozwiązywać krzyżówkę, usłyszałem dzwonek telefonu. Odebrałem.

– Słyszałem, że gadałeś z ojcem. To co dziadku, przemyślałeś może sprawę? - usłyszałem głos Szymona w słuchawce.

Nie odpowiedziałem od razu. Szukałem odpowiednich słów.

– Szymon, to nie chodzi tylko o telefon – powiedziałem cicho, jakbym mówił bardziej do siebie niż do niego. – Chodzi o to, że ty traktujesz mnie, jak swoje prywatne konto bankowe. Przychodzisz po pieniądze, kiedy ci pasuje. Nawet w Dzień Dziadka nie mogłem liczyć na szczerą wizytę od serca, bo znowu liczyła się jedynie kasa.

Przez moment po obu stronach zapanowała cisza. Po chwili Szymon odezwał się.

– Dziadek, no przecież… Nie obrażaj się, okej?

Ale już czułem – coś między nami naprawdę pękło. Po raz pierwszy nie miałem ochoty kontynuować tej rozmowy.

Gdzieś po drodze popełniliśmy błąd?

Tego wieczoru nie mogłem znaleźć sobie miejsca. Chodziłem po mieszkaniu, otwierałem i zamykałem szafki bez celu, w końcu usiadłem przy stole i patrzyłem przez okno na światła ulicy. Czułem się tak, jakbym został sam na jakiejś pustyni, otoczony ciszą, której nie da się już zagłuszyć ani radiem, ani telewizorem. Przypomniałem sobie, jak kiedyś z Zosią rozmawialiśmy godzinami o przyszłości Szymona. Wierzyliśmy, że wartości wyniesione z domu będą dla niego ważniejsze niż cokolwiek innego. Teraz miałem wrażenie, że wszystko, czego się trzymałem, rozpadło się w palcach.

W głowie kłębiły się pytania, których nie potrafiłem wypowiedzieć na głos. Może to ja jestem już reliktem, starcem ze swoimi zasadami, których nikt nie rozumie? A może to my – ja i Zosia – gdzieś po drodze popełniliśmy błąd? Czy naprawdę wychowałem Szymona na kogoś, kto nie rozumie, czym jest wartość rzeczy? Czy to świat tak się zmienił, że dzisiaj nie liczy się wysiłek, tylko to, jak się wygląda, jaki ma się telefon?

Nagle uświadomiłem sobie, jak bardzo brakuje mi z kim o tym porozmawiać. Kiedyś bym poszedł do sąsiada na partię szachów, pogadał o drobiazgach, może trochę się pośmiali. Teraz... nawet nie wiem, do kogo zadzwonić. Syn nie zrozumie, wnuk już tym bardziej. Siedziałem długo w tej ciszy, wpatrzony w swoje odbicie w szybie. Tylko tyle mi zostało – własne myśli i świadomość, że nie da się wrócić do tego, co było.

Może kiedyś zrozumiesz

Następnego dnia Szymon wrócił – trochę skruszony. Wszedł do kuchni. Usiadł za stołem i chwilę bawił się obrusem.

– Dziadek… – rzucił, nie patrząc mi w oczy. – W sumie… nie muszę mieć tego nowego telefonu. Może naprawię ten stary. – Zabrzmiało to bardziej jak rezygnacja niż przeprosiny.

Nie odpowiedziałem od razu. Wyciągnąłem z szafy stare pudełko. W środku były listy, zdjęcia i zegarek po moim ojcu – taki sam, jaki kiedyś obiecałem przekazać Szymonowi „na przyszłość”.

– Jeśli chcesz coś naprawdę cennego, Szymon, to to – powiedziałem spokojnie, podsuwając mu pudełko.

Szymon otworzył wieczko, przejrzał pamiątki. Widziałem, że nie rozumie ich wartości, może nawet nie do końca wie, co z tym zrobić. Przesunął palcem po starej fotografii, rzucił okiem na zegarek. Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy – nie tej niezręcznej, tylko zwyczajnej, zmęczonej wszystkim.

– Dzięki, dziadek… – mruknął w końcu, bardziej z obowiązku niż z potrzeby.

– Może kiedyś zrozumiesz, Szymon. Nie wszystko da się kupić – powiedziałem cicho, nie licząc nawet, że mnie słucha.

On wzruszył ramionami, zabrał pudełko, wrzucił je do plecaka i wyszedł. W tej chwili wiedziałem, że jeszcze nie dorósł do prawdziwych wartości – ale coś się w nim poruszyło. Może za kilka lat, może kiedyś.

Jan, 68 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama