Reklama

Nie wiem, kiedy dokładnie to się stało, ale rodzina przestała dla mnie znaczyć cokolwiek poza obowiązkiem. Kiedyś, może jeszcze w podstawówce, człowiek łudził się, że każde „kocham cię, dziadku” coś znaczy. Ale potem rośnie się, dorasta, patrzy na świat z dystansu i wszystko zaczyna się kalkulować. Zwłaszcza relacje.

Dla mnie Dzień Dziadka to nie sentymentalna podróż w przeszłość ani wzruszające wspomnienia z dzieciństwa. To po prostu data w kalendarzu. Odhaczana, jak każdy inny punkt w tygodniu – zakupy, rozliczenie zlecenia, wizyta u fryzjera. Tyle że w tym przypadku dochodzi jeden konkretny bonus – koperta.

Nie jestem cyniczna. Jestem realistką. Mam 20 lat, studiuję, pracuję na pół etatu i mieszkam z matką, która wiecznie coś każe. I właśnie dlatego, co roku 22 stycznia, daję się wepchnąć w ten sam schemat: „idź do dziadka, daj mu czekoladki, złóż życzenia, usiądź na chwilę, uśmiechnij się”. A potem wracam do domu z trzema stówami w kopercie i przekonaniem, że za rok znów zagram tę samą rolę. Bo ta rodzinna bliskość to po prostu dobrze wyćwiczona wymiana usług.

To mama kupiła czekoladki

Plan był prosty: wolny dzień, kawa w kubku z pandą, piżama do południa i seriale. Nacisnęłam przycisk ekspresu i oparłam się o blat. Zapach kawy wypełnił kuchnię – i wtedy pojawiła się ona. Matka. W drzwiach, z reklamówką i miną, która zwiastowała obowiązek. Wyjęła z torby bombonierkę i położyła ją na stole z impetem większym, niż wymagała sytuacja.

Zanieś dziadkowi te pralinki. I złóż mu życzenia – powiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Westchnęłam, jeszcze zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć.

– A jak pięć minut tam posiedzę, to już będzie ekstra premia? – mruknęłam, patrząc z wyrzutem.

– Zachowuj się jak człowiek. To twój dziadek – odbiła, jak zawsze.

Może chociaż da kasę – rzuciłam pod nosem, ale wystarczająco głośno, żeby usłyszała.

Spojrzała na mnie tym swoim wzrokiem, który miał mi przypomnieć, że „rodzina to wartość”. Ale żadna z nas w to nie wierzyła. Ona sama nie odwiedzała taty poza tym jednym dniem. Rzucała to zadanie na mnie, jak rachunek do zapłacenia. Bo przecież „Lena jest młoda, niech się ruszy”.

Wzięłam bombonierkę, wsunęłam ją do plecaka i wróciłam po kawę. Przez chwilę stałyśmy w kuchni w milczeniu. Ona patrzyła przez okno, ja na poziom kofeiny w kubku.

– I pogadaj chwilę, nie siedź tam trzy minuty – dodała po chwili, bardziej do siebie niż do mnie.

– Okej, pięć. Może siedem, jak herbatę zrobi – odparłam, biorąc łyk kawy.

Chciałam to odbębnić

Dzwonek przy drzwiach zadźwięczał tak, jak dźwięczy zawsze – trochę za głośno. Stałam na klatce, jeszcze w kurtce, z torbą przewieszoną przez ramię i miną, która mówiła „załatwmy to szybko”. Dziadek otworzył niemal natychmiast, jakby czekał pod drzwiami. W wełnianym swetrze, lekko zaskoczony, ale ucieszony. Jak co roku.

– Lenka! – rozpromienił się. – A ja właśnie o tobie myślałem!

– Cześć, dziadku. Wszystkiego najlepszego. Zdrowia, spokoju i... no, wszystkiego – podałam mu bombonierkę. – To ode mnie.

– Ooo, pralinki. Dziękuję, kochanie! Wchodź, zrobię herbatkę!

– Jasne – mruknęłam i weszłam, nie zdejmując kurtki.

Mieszkanie dziadka pachniało jak zawsze – mieszanką leków, wiśniowej herbaty i starych mebli. Usiadłam na kanapie, od razu wyjmując telefon z kieszeni. Powstrzymałam się przed scrollowaniem – wiedziałam, że to jeszcze za wcześnie.

– Jak tam studia? Ciężko teraz, co?

– Sesja, dziadku. Totalna masakra. Ale daję radę – skłamałam gładko, bo prawda była taka, że właśnie zawaliłam egzamin z matmy.

– A chłopaka masz?

– Nie mam na to czasu – rzuciłam automatycznie.

Rozmowa toczyła się według znanego scenariusza: szkoła, pogoda, „jesteś taka duża już”, „ale pamiętam, jak ci kupiłem lalkę”. Kiwałam głową, uśmiechałam się w odpowiednich momentach. Wiedziałam, że zaraz nadejdzie punkt kulminacyjny. I nie zawiodłam się. Dziadek wstał, otworzył szufladę w komodzie i wyjął kopertę. Położył ją obok filiżanki.

– Masz, Lenka. Na coś fajnego.

– Dziękuję! Serio, bardzo dziękuję. Dziadku, jesteś najlepszy! – uśmiechnęłam się z tą wyćwiczoną czułością, która zawsze działa.

Przytuliłam go krótko, lekko. Potem wstałam i sięgnęłam po plecak.

– Muszę lecieć, mam jeszcze naukę. Trzymaj się ciepło, okej?

– Uważaj na siebie – powiedział cicho. Ale ja już byłam przy drzwiach.

Nie miałam wyrzutów sumienia

Schodząc po schodach, już sięgałam po kopertę. Zerwałam pasek klejący jednym ruchem, jakbym otwierała paczkę od kuriera, nie czyjś symboliczny gest. Trzysta. Dwie stówy i jedna pięćdziesiątka, a reszta w dziesiątkach. Klasyka.

– No i super – mruknęłam do siebie i wpakowałam banknoty do portfela.

Na zewnątrz było zimno, ale nie przeszkadzało mi to. W uszach miałam słuchawki, w ręku telefon. W połowie drogi do domu napisałam do Julki: „Byłam u dziadka. Sypnął kasą. Kiedy kino?”

Nie miałam wyrzutów sumienia. Dziadek był zadowolony – dostał swoją scenkę rodzinną, dostał czekoladki, parę słów o uczelni i uścisk. Ja dostałam gotówkę. Wszystko uczciwie.

W myślach już dzieliłam kwotę:
150 – sneakersy, te czarne z promocji.
100 – pizza i bubble tea z dziewczynami.
50 – może coś odłożę. A może nie.

Patrzyłam na ludzi na przystanku. Starsza kobieta, z reklamówką z mięsem. Matka z dzieckiem w różowym kombinezonie. I ja – wnuczka, która udawała uczucia.

Nic nie powiedziałam

Drzwi skrzypnęły, jak zawsze. Zdjęłam buty, kurtkę rzuciłam na wieszak, torbę na podłogę. Matka była przy zlewie, coś myła, coś szorowała.

– Byłaś? – zapytała, nie odwracając się.

– Tak. Wszystko jak zawsze.

Dobrze, że poszłaś – odpowiedziała po chwili. Wycierała talerz, uważnie, jakby miała na nim rozliczenie roczne.

– Jasne. Tradycja musi być – rzuciłam, wyjmując telefon z kieszeni.

I to tyle. Nie padło pytanie o kopertę, nie było uśmiechu wdzięczności. Żadnych wielkich rodzinnych momentów. Każda z nas miała swoją rolę – ja „wnuczka od załatwiania”, ona „matka od tradycji”. I obie wiedziałyśmy, że nikt nie gra tu na serio.

Poszłam do pokoju, usiadłam przy laptopie i zaczęłam przeglądać buty w sklepie online. Długo się nie wahałam. Klik, dodaj do koszyka, zapłać. Potwierdzenie zakupu przyszło po minucie.

Nie odpisałam dziadkowi

Wieczorem leżałam w łóżku, zawinięta w koc jak burrito. W tle coś brzęczało z laptopa – serial, którego nawet nie śledziłam. Na ekranie telefonu mignęło powiadomienie ze sklepu internetowego. Uśmiechnęłam się pod nosem. Buty w drodze. Misja zakończona sukcesem.

Odłożyłam telefon na bok, zgasiłam lampkę i zamknęłam oczy. Już miałam odpływać w sen, kiedy zabrzęczał nowy SMS. Przeciągnęłam się leniwie i zerknęłam na ekran.

„Dziękuję, Lenka. To był miły dzień. Uważaj na siebie. – Dziadek”

Leżałam chwilę w ciszy, patrząc w sufit. Kciuk zawisł nad ekranem. Chciałam odpisać, coś prostego – „ja też, buziaki”, cokolwiek. Ale ostatecznie zablokowałam telefon i odłożyłam go z powrotem.

– Może jutro – mruknęłam. – Może nie.

Nie czułam się winna. Może tylko... trochę głupio? Przez ułamek sekundy. Potem przyszła ulga. Bo przecież zrobiłam wszystko jak trzeba. I on też. Dwa dobrze naoliwione trybiki, spotykające się z powodu kiczowatego święta.

Zasypiając, pomyślałam jeszcze jedno:

Nie jestem złą wnuczką.

Lena, 20 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama