Reklama

Zupa pomidorowa z ryżem. Zawsze z ryżem, nie z makaronem – tak lubiła moja żona. Gotowała ją w dużym garnku, choć jedliśmy we dwoje. Zawsze zostawało na jutro i na pojutrze. Od pięciu lat gotuję ją sam, w mniejszym garnku, i też zawsze zostaje.

Byłem samotny

Dzień Dziadka. Kiedyś pachniał laurkami, uściskami i kremem z ciasta rozmazanym na policzku wnuczki. Teraz pachnie pomidorową i ciszą. Usiadłem przy stole. Po drugiej stronie stało puste krzesło, tak, jakby ktoś miał zaraz usiąść, ale nikt nie siada. Wtedy telefon zawibrował. Wiadomość głosowa od córki:

– Cześć, tato! Wszystkiego najlepszego! Dzieci wysyłają buziaki! Zaraz mamy trening, więc nie zdążymy zadzwonić. Kochamy cię! Papa!

I serduszko na Messengerze. Cisza dzwoniła w uszach jak dzwon. Oparłem łokcie o stół i zapatrzyłem się w okno. Za szybą płatki śniegu tańczyły swoje ciche walce. W radiu grała stara piosenka, której słowa znałem na pamięć. I wtedy powiedziałem na głos:

– Edwardzie, gratuluję. Kolejny samotny Dzień Dziadka przetrwałeś jak żołnierz. Medal będzie w kształcie serduszka z Messengera.

Wtedy usłyszałem dźwięk dzwonka do drzwi. Nie spodziewałem się nikogo, a wszyscy, którzy mogliby mnie odwiedzić, już dawno oduczyli się przychodzić bez zapowiedzi. Wstałem powoli, ze spokojem emeryta, którego nic już nie mogło zaskoczyć.

Nie spodziewałem się

Zobaczyłem w wizjerze rozczochraną głowę sąsiadki z naprzeciwka.

– Nie widział pan kota? – zapytała od razu, zanim jeszcze otworzyłem do końca drzwi.

Spojrzała mi prosto w oczy, jakby już straciła nadzieję, a teraz chwytała się resztek.

– Kota? – spytałem, udając, że nie mam pojęcia, o co jej chodzi.

– Tak, taki czarny, ma na imię Mruczek. Zniknął rano. Szukałam wszędzie.

– Pomogę pani szukać – powiedziałem, zanim dobrze się zastanowiłem.

Sięgnąłem po płaszcz, zamknąłem za sobą drzwi i ruszyłem za nią na dół. Klatka schodowa cuchnęła wilgocią i środkami czystości. Sąsiadka schylała się co chwilę, zaglądała pod parapety, wołała kota półgłosem.

– On nigdy nie wychodzi z mieszkania – mruknęła. – Ale dziś coś mu się uwidziało i po prostu zniknął.

Zeszliśmy do piwnicy. Szło się jak przez trzewia starego statku. Sąsiadka nagle się zatrzymała.

– Ma pan jakieś doświadczenie w szukaniu zagubionych? – zapytała i spojrzała na mnie z niepokojącym błyskiem w oczach.

Pomogłem jej

Zatrzymałem się i spojrzałem na sąsiadkę.

– Szukałem, ale różnie się kończyło – powiedziałem.

Wyszliśmy przed blok. Zimno wciskało się pod kołnierz. Sąsiadka zadrżała. Zaczęła nawoływać kota. Śnieg zacinał, świat był biały i nieprzyjazny.

– On na pewno wcale nie ma pojęcia, że go szukamy – powiedziała cicho. – A dzisiaj Dzień Dziadka. Ja nawet nie mam już do kogo napisać.

Stała przede mną, trzymając się za ramiona jak dziecko. Nagle zobaczyłem w niej nie sąsiadkę, tylko człowieka, który się zgubił razem ze swoim kotem. I wtedy usłyszeliśmy miauknięcie. Krótkie, zniecierpliwione. Sąsiadka spojrzała w górę.

– No nie… – powiedziała i roześmiała się nagle z ulgą. – On jest u pana na balkonie. Jak on tam wszedł?

Podniosłem głowę. Mruczek siedział na podłodze mojego balkonu i patrzył na nas jak sędzia. Wróciłem wzrokiem do sąsiadki.

– Musi pani lubić dziadków – powiedziałem. – Albo on ma lepszy gust, niż mi się wydaje.

Sąsiadka przyłożyła rękę do ust i pokręciła głową.

– Uratował mi pan kota. Za to się chyba należy kawa albo randka.

Dotrzymała mi towarzystwa

Zastygłem. Pierwszy raz od dawna ktoś zaproponował mi coś tak osobistego.

– Najlepiej jedno i drugie – odparłem. – Ale od kawy można zacząć.

Sąsiadka prawie wbiegła po schodach na górę. Mruczek siedział na balkonie, jakby to była jego własność. Musiał przeskoczyć z rynny lub przez sąsiedni parapet. Wpuściłem sąsiadkę na mój balkon i po chwili trzymała kota w ramionach. Mruczek miał minę urażonego wędrowca.

– On zawsze wraca – powiedziała, oddychając ciężko. – Ale jeszcze nigdy nie przeszedł przez balkon sąsiada.

Weszliśmy do mieszkania, a ja zaproponowałem jej zupę pomidorową. Zgodziła się bez wahania. Usiadła w kuchni przy stole, trzymając kota na kolanach.

– Żyje pan tu sam? – spytała, gładząc Mruczka. – Bez nikogo?

– Tak się wydaje, ale dzisiaj już dwa razy zmieniłem zdanie – odpowiedziałem.

Uśmiechnęła się. Podsunąłem jej talerz i nalałem też dla siebie.

– Mam czasem wrażenie, że jestem bardziej samotna niż ten kot – powiedziała. – A nie powinnam. Mam znajomych, pracę, internet.

– To nic nie znaczy – powiedziałem cicho. – Ja mam rodzinę, wnuki, córkę, a też najczęściej bywam sam.

Siedzieliśmy w kuchni długo. Mówiliśmy o wszystkim i o niczym: o pracy z domu, o kotach, o zimie i o śniegu, a także o ludziach, którzy nie dzwonią, tylko piszą i zostają na ekranie.

Nie byłem już sam

Kolejnego ranka sąsiadka zapukała z ciastem. Zwykła drożdżówka z kruszonką, jeszcze ciepła. Ubrana była trochę bardziej oficjalnie, ale z tym samym roztargnieniem w spojrzeniu. Powiedziała, że jej rodzina mieszka daleko i że od dawna z nikim nie jadła ciasta.

– A pan ma jeszcze tę pomidorową?

– Zawsze. W lodówce stoi przynajmniej trzy dni.

Uśmiechnęła się i weszła, jakby przychodziła tu od lat. Zjedliśmy razem zupę, a potem ciasto na deser. Rozmowa była spokojna. Czułem, że między nami rozsiada się coś delikatnego, miękkiego, czego dawno nie było. Przy herbacie powiedziała mi:

– Boję się starości, ale nie tej za pięćdziesiąt lat, tylko tej, która wygląda przez okno i czeka na wiadomość, której nie będzie.

– Wiem. Ale czasem się zdarza, że ktoś zapuka – odpowiedziałem.

Patrzyliśmy na siebie chwilę w ciszy. Potem ona położyła dłoń na mojej i tak już zostaliśmy.

Edward, 69 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama