„W Dzień Babci zakręciłam kurek z kasą i przestałam być ukochaną babunią. Teraz będę mieć święty spokój”
„Miałam, to dawałam. Ale coraz częściej czułam się jak bankomat, a nie jak babcia. Nikt mnie nie pytał, czy mam ochotę na kawę w mieście, na kino, na spacer. Ale każdy miał odwagę prosić o pieniądze”.

Zawsze byłam tą, co daje. Na zeszyty, na lekarza, na wakacje. Na „pożyczkę do piątku”, której nikt nigdy nie oddał. Na „nagłą sytuację”, „awarię auta”, „dziecku buty na zimę”. Magda – moja córka – jak tylko coś się działo, dzwoniła. Tomek – syn – co miesiąc był pod kreską. Wnuczka Natalia nauczyła się, że „kocham cię, babciu” często działa lepiej niż PIN.
Nie żałowałam. Miałam, to dawałam. Ale coraz częściej czułam się jak bankomat, a nie jak babcia. Nikt mnie nie pytał, czy mam ochotę na kawę w mieście, na kino, na spacer. Ale każdy miał odwagę prosić o pieniądze.
W tym roku postanowiłam, że w Dzień Babci nie będę czekać na kwiaty, tylko na cud – że ktoś o mnie naprawdę pomyśli. Że przypomną sobie, że jestem człowiekiem, nie skarbonką. Zadzwoniłam do Zofii, sąsiadki.
– Halina, ty im chyba majątek przepisałaś, skoro tak cię kochają – rzuciła ze śmiechem.
Udawałam, że mnie to bawi. Ale coś mnie ukuło. Bo może miała rację.
Ciągle wołali kasę
Wstałam wcześniej niż zwykle. Umyłam włosy, założyłam nową bluzkę. Upiekłam sernik – taki, jaki Natalia lubiła najbardziej. Jeszcze wczoraj kupiłam dwie butelki soku i szynkę z prawdziwej wędzarni. Serce biło mi szybciej.
O dziesiątej przyszedł pierwszy sms, ale nie z życzeniami.
Tomek: „Mamuś. Jakbyś mogła stówkę przelać, bo znowu mi brakło...”
Zimno mi się zrobiło. Nie „jak się czujesz”, nie „kiedy wpadnę”, tylko: „przelej”. Zignorowałam. Dziesięć minut później telefon zadzwonił. Magda.
– Mamusiu... – powiedziała z przesadną czułością. – Wpadniemy w niedzielę, dobrze? A słuchaj... mogłabyś dołożyć mi do rachunku za gaz? 220 zł. Teraz to jakaś masakra z tymi opłatami...
– Magda – przerwałam jej, czując, jak sernik zastyga mi w gardle. – Myślałam, że zadzwonisz, bo... no nie wiem, bo chcesz porozmawiać. Bo mnie kochasz. A nie, żeby znowu coś ode mnie chcieć.
– Mamo, nie przesadzaj! Czyli nic mnie nie dasz? – rzuciła z wyrzutem.
– Nie – powiedziałam chłodno.
Rozłączyłam się. Ręce mi się trzęsły. Pięć minut później znów sms. Natalia: „Babciu, dasz coś na laptopa?” A gdzie życzenia na Dzień Babci?
Westchnęłam. Popatrzyłam na sernik. Przez chwilę miałam ochotę wyrzucić go do śmieci. Ale nie. Postawiłam go na stole, zaparzyłam sobie herbaty i zrozumiałam jedno. To był ostatni raz, kiedy dałam się nabrać.
Byłam zła na wszystkich
Po tamtym dniu wyłączyłam telefon. Dwa dni miałam ciszę. Aż do soboty rano.
– Mamo, robimy kolację z okazji Dnia Babci specjalnie dla ciebie – powiedziała Magda tonem, jakby informowała o zebraniu wspólnoty mieszkaniowej. – Taka rodzinna, będzie Natalia, Jarek, może Tomek też wpadnie. Przyjedziesz?
Zamilkłam na moment.
– Nie – odpowiedziałam spokojnie.
– Co znaczy: „nie”? – zdziwienie w jej głosie było aż sztuczne.
– Nie chcę przychodzić na pokazową kolację, bo ktoś sobie przypomniał, że istnieję. Nie jestem atrakcją sezonu. A sernik i tak mam lepszy niż wasz.
Zapadła cisza. Po chwili usłyszałam trzask słuchawki. Po południu Natalia przyszła sama. Stała w drzwiach ze sztucznym kwiatkiem w dłoni.
– Babciu, co się dzieje? Czemu jesteś obrażona?
– Nie jestem obrażona. Po prostu mi się znudziło.
– Ale ja cię kocham! – powiedziała i uśmiechnęła się szeroko.
– Wiem. Ale zazwyczaj przypominasz sobie o tym, jak czegoś chcesz – spojrzałam na nią spokojnie. – Kiedy ostatni raz zapytałaś mnie, co u mnie? Jak się czuję? Czego ja potrzebuję?
Milczała. Wzrok miała spuszczony. Po chwili odłożyła kwiatka na komodę i wyszła bez słowa. Usiadłam w fotelu. Dziwnie mi było. Pusto. Ale też… cicho. I jakoś lżej. Nie byłam już „ukochaną babunią od przelewów”.
Byłam nieugięta
Przyszli w niedzielę. Bez zapowiedzi. Tomek i Magda, razem. Zdziwiłam się – ostatnio nie mogli się nawzajem znieść.
– Cześć, mamo – Magda zaczęła, zdejmując płaszcz, jakby wpadła z bułkami na śniadanie. – Chcieliśmy porozmawiać.
– O pieniądzach? – zapytałam, zanim zdążyła dokończyć zdania.
– No co ty, mamo… – wtrącił się Tomek. – Po prostu się martwimy. Zamykanie się w domu, obrażanie… no nie jesteś sobą.
Usiadłam przy stole. Herbaty nie zaproponowałam.
– Nie jestem obrażona. Po prostu... zrozumiałam, że bycie waszą matką i babcią polegało na sponsorowaniu waszego życia. A ja już nie chcę tej roli grać.
– Ale przecież nigdy nie narzekałaś! – oburzyła się Magda. – Pomagałaś zawsze, więc co się nagle zmieniło?
– Ja się zmieniłam – spojrzałam jej prosto w oczy. – Bo zaczęłam się czuć, jak skarbonka, którą się rozbija, kiedy jest potrzeba. A jak nie ma potrzeby – to nawet sms się nie należy.
Tomek skrzywił się, jakby ugryzł cytrynę.
– Mamo… myślałem, że ci nie przeszkadza. Jesteś przecież sama…
– Sama, ale nie głupia – powiedziałam ostrożnie, ale bez złości. – Od teraz: żadnych przelewów. Żadnego pożyczania kasy. Żadnych przysług pod tytułem „bo przecież masz czas”.
– Po tylu latach teraz nam to robisz? – warknęła Magda.
– Nie robię wam nic złego. Ja się po prostu uwalniam, jesteście dorośli.
Wyszli. Magda zła. Tomek bez słowa. Po raz pierwszy od dawna czułam się... wolna.
Od razu inaczej żyję
Minął tydzień. Cisza. Nikt nie dzwonił, nikt nie pukał. Nikt niczego nie chciał. Na początku bolało. Chodziłam po mieszkaniu jak duch. Otwierałam lodówkę, zamykałam. Zaparzałam herbatę, zostawiałam nietkniętą. Przez dwa dni nie zdejmowałam szlafroka. Czułam się... pusta. Niepotrzebna. A potem Zofia zapukała do drzwi.
– Ty tu tak sama siedzisz? – zapytała, siadając bez zaproszenia. – Moje wnuki też przypominają sobie o mnie, jak trzeba opłacić rachunek za telefon albo coś innego.
Zaśmiałyśmy się gorzko. Zaparzyłam herbatę – pierwszy raz od tygodnia naprawdę dla kogoś.
– Miałam głupią nadzieję, że jak przestanę im dawać, to zatęsknią – przyznałam. – Ale widocznie... nie tęsknią.
– Nie tęsknią, bo nie muszą – powiedziała Zosia. – Ale wiesz co? To może i dobrze. Bo teraz możesz wreszcie żyć dla siebie.
I coś we mnie pękło.
Na drugi dzień poszłam do księgarni. Kupiłam sobie powieść, którą zawsze odkładałam „na później”. Trzeciego dnia zapisałam się na gimnastykę dla seniorów. Na herbatę do Zofii poszłam w czwartkowe popołudnie. I śmiałyśmy się tak, że aż sąsiad z góry stukał miotłą w sufit. Po raz pierwszy od lat czułam, że nie jestem samotna, tylko że jestem sama z wyboru. I że to wcale nie musi być kara.
Może coś się zmieni
W którąś niedzielę po południu ktoś zapukał do drzwi. Myślałam, że to Zofia – miałyśmy iść na spacer. Ale na progu stała Natalia. W rękach trzymała... blaszkę z ciastem.
– Upiekłam – powiedziała, nie patrząc mi w oczy. – Sama. Mama nie wie, że przyszłam.
Wpuściłam ją do środka. Postawiła ciasto na stole, usiadła naprzeciw mnie.
– Przyszłam przeprosić – powiedziała cicho. – Zrozumiałam, że traktowaliśmy cię jak bankomat. I że nie pytaliśmy, co ty czujesz.
Milczałam chwilę. Patrzyłam na nią – nie jak na wnuczkę, którą trzeba chronić, ale jak na młodą kobietę, która może wreszcie coś zrozumiała.
– Ja nie potrzebuję drogich prezentów, Natalko – powiedziałam spokojnie. – Potrzebuję prawdziwej obecności. Ale nie tylko wtedy, kiedy jesteś w potrzebie.
– Wiem. I chcę to zmienić – westchnęła. – Tylko... może nie od razu mi wszystko wyjdzie.
Uśmiechnęłam się. Takiego zdania nie słyszałam od dawna. Szczerego. Ludzkiego.
Zjadłyśmy razem kawałek ciasta. Nie było idealne – zakalec w środku, polewa za rzadka – ale dla mnie było najpyszniejsze na świecie. Bo było pierwszym gestem od serca.
Halina, 68 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na Dzień Babci wnuczka przyniosła mi prezent. A potem zapytała, kiedy w końcu przepiszę na nią mieszkanie”
- „W Dzień Dziadka udaję dobrą wnuczkę i daję czekoladki. Dziadek się wzrusza i sypie mi za to kasą”
- „To miały być romantyczne ferie w górach, a mąż powiedział, że mnie zdradził. Szybko zadbałam o to, byśmy byli kwita”

