Reklama

Dzień Babci od zawsze wyglądał u mnie niemal tak samo. Budziłam się wcześniej niż zwykle, choć nikt mnie nie poganiał. W kuchni było cicho, tylko czajnik syczał znajomo, a ja kroiłam ciasto, które piekłam dzień wcześniej. Zawsze to samo. Zawsze z myślą, że im się spodoba. Lubiłam ten rytuał, bo dawał poczucie, że wciąż jestem komuś potrzebna.

Kuba i Julka przychodzili co roku z laurkami, które stawiałam potem na półce obok zdjęć sprzed lat. Przytulali mnie, całowali w policzek, mówili „wszystkiego najlepszego, babciu” tym samym tonem, który znałam na pamięć. Cieszyłam się każdym ich gestem, każdym spojrzeniem. Dla takich chwil człowiek znosi samotne wieczory i ciszę, która po nich zostaje.

Na stole czekała herbata, ciasto, czasem coś jakieś owoce. Rozmowy toczyły się o szkole, o znajomych, o planach. Słuchałam uważnie, nawet wtedy, gdy nie rozumiałam połowy nazw i skrótów. Chciałam być blisko ich świata, choćby na chwilę.

Od lat był też jeden stały moment. Sięgałam do szuflady. Wyjmowałam koperty, przygotowane wcześniej, równo podpisane. Pieniądze miały być dodatkiem, drobnym wsparciem, gestem miłości. Tak mnie nauczono. Tak umiałam podziękować.

W tym roku coś jednak nie pasowało. Zauważyłam nerwowe ruchy, krótkie spojrzenia, rozmowę, która jakby nie chciała się rozwinąć. Uśmiechy znikały szybciej, niż się pojawiały. Pomyślałam wtedy coś, czego wcześniej nigdy do siebie nie dopuściłam. „Czy przyszli tu dla mnie… czy po pieniądze?”.

Byli jacyś nieobecni

Dzwonek zadzwonił dokładnie o tej porze, o której zawsze przychodzili. Nawet nie musiałam patrzeć na zegar. Wstałam powoli z fotela i poprawiłam sweter, choć nikt poza mną nie zwróciłby na to uwagi. Kiedy otworzyłam, Kuba już stał krok przed Julką, jakby się spieszył, jakby bał się, że ktoś go wyprzedzi.

– Cześć, babciu! – powiedzieli niemal jednocześnie.

Przytuliłam ich, poczułam zapach zimowego powietrza i perfum, których wcześniej u nich nie znałam. Julka podała mi laurkę, starannie złożoną na pół. Kuba wręczył swoją chwilę później, jakby zapomniał, że też ją ma.

Ojej, jaka piękna – powiedziałam, przyglądając się kolorowym sercom. – Sama robiłaś, Julciu?

– Tak – odpowiedziała szybko. – Kuba mi pomógł z wierszykiem.

– No proszę, mały poeta – uśmiechnęłam się do wnuka.

Zaśmiał się, choć ten śmiech był krótki, trochę wymuszony. Usiedli przy stole, ja nalałam herbaty. Zaczęli opowiadać o szkole, o nauczycielach, o czymś, co brzmiało dla mnie obco, ale kiwałam głową, jakbym wszystko rozumiała. Patrzyłam na nich uważniej niż zwykle.

Kuba co chwilę poprawiał rękaw bluzy. Julka kręciła łyżeczką w kubku, choć cukier już dawno się rozpuścił. Ich spojrzenia wracały do komody, do tej samej szuflady, do której ja zaglądałam od lat w takich momentach.

Ciasto jest świeże – powiedziałam, podsuwając talerzyk bliżej.

– Dziękujemy – odparła Julka, sięgając po jeden kawałek, ugryzła i zaraz odłożyła go z powrotem.

Rozmowa toczyła się dalej, ale miała w sobie coś nienaturalnego. Pauzy były za długie, pytania zbyt grzeczne. Czułam się, jakbym siedziała z nimi przy stole, a jednocześnie była gdzieś obok. Pomyślałam, że może to tylko moje przewrażliwienie. Tyle że serce ścisnęło mi się dziwnie, gdy zobaczyłam, jak Kuba znów zerka w stronę szuflady.

Czekali tylko na jedno

Siedzieli jeszcze chwilę, a ja czułam, jak coś we mnie narasta. To było jak lekki ucisk pod mostkiem, nie ból, raczej jakby napięcie. Nasza rozmowa w końcu zaczęła się trochę rwać. Kuba zerknął na zegarek w telefonie, Julka kolejny raz poprawiła włosy i nagle zapadła znajoma cisza, która zawsze pojawiała się tuż przed jednym, konkretnym gestem.

Wstałam od stołu, jakbym robiła to bez udziału głowy. Podeszłam do komody. Szuflada wysunęła się gładko, znałam ten ruch na pamięć. Koperty leżały równo, przygotowane kilka dni wcześniej. Wzięłam je do ręki i przez krótką chwilę po prostu na nie patrzyłam.

To tak… na coś drobnego – powiedziałam, wracając do stołu. – Może na książkę albo kino.

Podałam im koperty. Julka wzięła swoją szybko, niemal automatycznie. Kuba zrobił to ułamek sekundy później, jakby chciał zachować pozory spokoju. Usłyszałam szelest papieru, zobaczyłam, jak Julka zerka do środka i natychmiast składa kopertę, chowając ją do torebki.

– Dziękuję, babciu – powiedziała i pochyliła się, całując mnie w policzek.

Ten pocałunek był poprawny. Grzeczny. Bez tej dawnej spontaniczności, którą pamiętałam, gdy była mniejsza.

Dzięki – mruknął Kuba, patrząc gdzieś obok.

Usiedli z powrotem, ale atmosfera zmieniła się nieodwracalnie. Jakby coś zostało odhaczone. Jakby właśnie skończył się główny punkt programu. Rozmowa umarła zupełnie. Julka zaczęła zbierać swoje rzeczy, Kuba wstał i przeciągnął się, mówiąc coś o obowiązkach.

Patrzyłam na nich i nagle poczułam, że to nie oni mnie zranili najbardziej. Zrobiłam to sama. Przez lata uczyłam ich, że ten moment jest ważniejszy niż rozmowa, niż herbata, niż moje opowieści. Pieniądze miały być dodatkiem. Stały się celem. Siedziałam przy stole, gdy oni już szykowali się do wyjścia. Pomyślałam coś, czego nie chciałam myśleć. „Nie przyszli dla mnie. Przyszli po koperty”. I to ja im pokazałam, gdzie ich szukać.

Coś się we mnie przełamało

Nie wiem, co sprawiło, że się odezwałam. Może cisza, która nagle zrobiła się zbyt głośna. Może widok Julki stojącej już w płaszczu i Kuby wkładającego telefon do kieszeni, jakby myślami byli już gdzie indziej. Wstałam wolniej niż zwykle i poczułam, jak serce bije mi mocniej.

Zostańcie jeszcze chwilę – powiedziałam, zanim zdążyli sięgnąć po klamkę.

Spojrzeli na mnie z zaskoczeniem. Usiedli z powrotem, choć niepewnie. Oparłam dłonie o blat stołu, żeby nie było widać, jak mi drżą.

Muszę was o coś zapytać – zaczęłam cicho. – Tylko proszę… odpowiedzcie mi szczerze.

Julka spuściła wzrok. Kuba odchrząknął, jakby szykował się do obrony.

Czy wy przyszliście tu dzisiaj dla mnie… czy po to, co zawsze wyciągam z szuflady?

Słowa zawisły w powietrzu. Przez chwilę nikt się nie odezwał. Kuba poruszył się pierwszy.

– Babciu, no co ty… – zaczął. – Przecież to ty zawsze dawałaś te koperty. Tak było co roku.

– Przyzwyczailiśmy się – dodał po chwili, już ostrzej. – To nie tak, że tylko o to chodzi.

Patrzyłam na niego i widziałam w jego oczach nie złość, lecz zakłopotanie. Julka podniosła głowę.

– Ja naprawdę chciałam do ciebie przyjść – powiedziała cicho. – Lubię u ciebie być.

– Lubić to za mało – odpowiedziałam spokojniej, niż się spodziewałam po sobie. – Ja chciałam być ważna. Nie jako dodatek do koperty.

Kuba oparł łokcie na stole.

– Babciu, my byśmy przyszli nawet bez pieniędzy – rzucił gwałtownie. – Tylko… to się po prostu tak ułożyło. Ty zawsze dawałaś, więc my… nie się zastanawialiśmy.

Te słowa zabolały i jednocześnie przyniosły ulgę. Usłyszałam w nich prawdę, nie wyuczoną grzeczność. Julka sięgnęła po moją rękę.

Kocham cię, babciu – powiedziała szeptem.

Poczułam, jak coś we mnie się przełamuje. Nie płakałam. Po prostu siedziałam i słuchałam, pierwszy raz od dawna naprawdę słuchałam ich, a nie swoich wyobrażeń.

Mówili to szczerze

Usiedliśmy z powrotem przy stole, jakby nagle nikt się już nigdzie nie spieszył. Herbata wystygła, ciasto leżało niemal nietknięte. Zauważyłam, że pierwszy raz od ich wejścia patrzą na mnie, nie na zegarek, nie na telefon, nie na komodę.

– Wiecie, dlaczego zaczęłam wam dawać te koperty – powiedziałam po chwili. – Moja babcia też tak robiła. Nie miała wiele, ale zawsze coś mi wcisnęła do ręki i prosiła, żebym nie odmawiała. Wydawało mi się wtedy, że to właśnie znaczy być dobrą babcią.

Julka słuchała uważnie, Kuba siedział nieruchomo z rękami splecionymi na stole.

– Myślałam, że w ten sposób coś wam zostanie po mnie – ciągnęłam dalej. – Ten dzień. To, że u mnie byliście. Nie chciałam, żeby pieniądze były najważniejsze.

– Nigdy nie myślałem o tym w ten sposób – odezwał się Kuba ciszej. – Po prostu wiedziałem, że tak jest.

– Tak jest… – powtórzyłam. – Właśnie to mnie zabolało.

Zapadła chwila ciszy, tym razem spokojnej. Julka odezwała się pierwsza.

– U ciebie zawsze było… bezpiecznie – powiedziała, szukając słów. – Herbata, zapach ciasta, twoje historie. Tylko my chyba za bardzo się przyzwyczailiśmy.

Kuba skinął głową.

– Twoja herbata i te ciasta są lepsze niż kino – rzucił nagle, próbując się uśmiechnąć.

Parsknęłam śmiechem, choć w oczach zakręciły mi się łzy.

– Ja nie chcę być portfelem – powiedziałam spokojnie. – Chcę być babcią. Taką prawdziwą.

– Przecież jesteś – odpowiedział Kuba bez wahania.

Patrzyłam na nich i czułam, że coś się zmieniło. Nie naprawiło się wszystko, lecz pierwszy raz od dawna ta rozmowa była prawdziwa. Bez obowiązku. Bez szuflady w tle.

Wymyślili Dzień Babci na nowo

Siedzieliśmy jeszcze długo, choć nikt już nie liczył czasu. Kuba bawił się pustą kopertą, gniotąc ją w palcach, jakby nagle straciła znaczenie. Julka oparła się o krzesło i patrzyła na mnie z tym samym wyrazem twarzy, który miała, gdy była mała i coś naprawdę ją obchodziło.

– Wiesz, babciu… – zaczął Kuba. – Może za rok zrobimy to inaczej.

Uniósł na mnie wzrok, jakby sprawdzał, czy wolno mu tak mówić.

– Jak inaczej? – zapytałam spokojnie.

My byśmy przyszli wcześniej – wtrąciła Julka. – Moglibyśmy coś przygotować. Nie laurkę na szybko, tylko coś… od siebie.

Bez kopert – dodał Kuba szybko. – Albo przynajmniej nie tak jak zawsze.

Uśmiechnęłam się, choć w środku czułam ostrożność. Zbyt wiele razy w życiu człowiek łapie się na nadzieję, która potem cichnie.

A co byście chcieli zrobić? – zapytałam.

– Nie wiem jeszcze – odpowiedział Kuba. – Może obiad. Albo zabierzemy cię gdzieś. Albo po prostu posiedzimy i w coś pogramy.

Julka roześmiała się cicho.

– Kuba potrafi ugotować tylko makaron.

– Za to bez przypalenia – zaznaczył.

To już coś – powiedziałam z rozbawieniem.

Patrzyłam na nich i widziałam, że mówią serio. Nie składali obietnic, które miały ładnie brzmieć. Raczej próbowali odnaleźć nowy sposób bycia ze mną.

– Ja nie potrzebuję wielkich rzeczy – odezwałam się po chwili. – Wystarczy mi wasz czas. I to, żebyście chcieli tu być.

– Chcemy – powiedzieli niemal jednocześnie.

Poczułam ciepło, które dawno mnie nie odwiedzało. Nie pewność. Nadzieję ostrożną, lecz prawdziwą.

Spojrzałam na to inaczej

Zamknęłam za nimi drzwi wolniej niż zwykle. W przedpokoju jeszcze przez chwilę unosił się zapach perfum Julki i chłodu z klatki schodowej. Zostałam sama, z ciszą, która tym razem nie była tak ciężka jak dawniej. Myśli krążyły wokół rozmowy, słów wypowiedzianych bez pośpiechu, spojrzeń, które nie uciekały. Poczułam ulgę, choć podszytą smutkiem. Ulgę, bo w końcu powiedziałam to, co mnie od dawna uwierało. Smutek, bo zrozumiałam, jak łatwo można pomylić gest z uczuciem i jak długo potrafi się w tym tkwić.

Podeszłam do komody. Otworzyłam szufladę. Zostały w niej puste miejsca po kopertach. Przez moment chciałam je uzupełnić, odruchowo, jakby porządek w szufladzie mógł przywrócić dawną pewność. Zamiast tego zamknęłam ją zdecydowanie. Ten dzień nie potrzebował już niczego więcej.

Usiadłam w fotelu przy oknie. Patrzyłam, jak ich sylwetki znikają za rogiem budynku. Pomyślałam o przyszłym roku. Bez planów, bez scenariusza, bez przygotowanych kopert. Z myślą, że prawda bywa cichsza niż radość, lecz zostaje na dłużej. Pierwszy raz od dawna poczułam, że nie muszę niczego dokładać, by być ważna. Wystarczyło przestać dawać w ten sam sposób i zacząć słuchać. Nie byłam tylko portfelem i może w końcu ich usłyszałam.

Helena, 70 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama