„W Dzień Babci wnuki poznały nowego dziadka. Na stare lata mama zamiast robić krzyżówki i piec sernik, zaczęła randkować”
„Nagle to, co czułam, przestało być takie oczywiste. Przez sekundę poczułam coś, czego się nie spodziewałam. Żal. Bo może naprawdę całe lata mama była sama? A ja nigdy się nie zapytałam, czy jej dobrze. Czy nie potrzebuje czegoś więcej niż towarzystwa wnuków i sobotnich telefonów?”.

- Redakcja
Dzień Babci w naszej rodzinie to coś więcej niż tylko pretekst do wręczenia kwiatów i zjedzenia tortu. To rytuał. Co roku, od niepamiętnych czasów, cała rodzina zjeżdża się do mamy – do babci Haliny – z bukietami tulipanów, domowej roboty laurkami i gotowymi do odśpiewania „Sto lat!” gardłami. Tort zawsze jest ten sam – śmietanowy z malinami, bo „tak lubi babcia” – chociaż prawda jest taka, że mama zawsze powtarza, że woli sernik.
W tym roku miał być dokładnie taki sam dzień jak zawsze. A właśnie w tej przewidywalności, w tej ciepłej rutynie, znajdowałam jakiś rodzaj bezpieczeństwa. Szczególnie teraz, gdy moje własne życie przypominało chaos – rozwódka, dzieci dorosłe i na swoim, a ja niby wolna, a jednak jakoś taka... niedopasowana.
Babcia Halina była od zawsze samotną wdową. Tata zmarł dwadzieścia lat temu, a ona nigdy już nie spojrzała na żadnego mężczyznę. Albo przynajmniej tak mi się wydawało. Bo mama była... przewidywalna. Taka „nasza starsza pani” – w zamszowych kapciach, z herbatką malinową, krzyżówką w ręce i emaliowanym imbrykiem na kuchence. Nasza opoka.
Tylko że tym razem coś było inaczej. Mama przez telefon była jakaś... rozkojarzona? Wesoła, ale brzmiała tak, jakby słuchała mnie jednym uchem. A dziś, jadąc do niej z Anią, coś mnie tknęło.
Siedziałyśmy przed domem babci, jeszcze w samochodzie, kiedy Ania spojrzała na mnie znad telefonu.
– Babcia coś ostatnio tajemnicza. Wczoraj przez telefon była jakaś taka... rozmarzona.
Popatrzyłam na córkę i milczałam przez chwilę, trzymając kluczyki w ręce.
– Czasem zastanawiam się, czy naprawdę znam moją matkę – pomyślałam, ale nie powiedziałam tego na głos.
Zaciągnęłam hamulec ręczny. Pora wejść w tę znajomą codzienność. Tyle że tego dnia nic nie miało być takie jak zawsze.
Mama się zmieniła
Weszłyśmy z Anią do mieszkania babci chwilę przed resztą. W korytarzu pachniało pieczonym mięsem. Kwiaty w wazonie już stały gotowe, serwetki ułożone jak zawsze – mama nie zmieniała tego nigdy, wszystko miało swój porządek, swoje miejsce.
– Babcia, jesteśmy! – zawołała Ania z kuchni.
Mama wyszła z pokoju w zielonym swetrze, w którym wyglądała jak świeżo po spacerze, nie jak ktoś, kto od rana przygotowuje dom na przyjęcie. Uśmiechnęła się, ale nie tym swoim zwykłym, ciepłym uśmiechem. Ten był... kontrolowany. Szczery, ale jakby z innego powodu. Pocałowała mnie w policzek, potem Anię, po czym wróciła do kuchni.
Przy stole zebrała się cała rodzina – siostra z mężem i dziećmi, mój Bartek, Ania, kuzyni. Było gwarno, świątecznie. Zaczęliśmy od laurki, dzieci coś zainscenizowały, potem wniesiono tort. Mama siedziała z boku, uśmiechnięta, ale wyraźnie oderwana. Wydawało mi się, że słucha, kiwa głową, śmieje się w odpowiednich momentach, ale wzrokiem uciekała co chwilę do okna. Nie jadła z nami dużo, wypiła jedną herbatę, potem wstała i zniknęła w przedpokoju.
– Wszystko w porządku? – zapytałam, kiedy wyszłam za nią.
– Oczywiście – odpowiedziała zbyt szybko. – Zaraz wrócę.
Po chwili wróciła do salonu i zanim ktokolwiek zdążył się odezwać, zadzwonił dzwonek. Wszyscy zamilkli, jakby nie pasował do tej chwili, jakby nikt nie spodziewał się, że dziś ktoś jeszcze przyjdzie. Mama poszła do drzwi.
– To Stefan – powiedziała, otwierając szeroko.
W progu stanął starszy mężczyzna z bukietem żółtych tulipanów. Ubrany schludnie, miał na sobie kaszmirowy płaszcz i uśmiech, który nie pasował do konwencji Dnia Babci, a raczej do czegoś... osobistego.
– Poznajcie Stefana. Poznaliśmy się na nordic walkingu – powiedziała mama z dumą i spokojem, jakby przedstawiała nam nowego sąsiada, a nie faceta, z którym – jak się za chwilę okazało – spotyka się regularnie.
Zapanowała cisza. Siostra spojrzała na mnie, jakby szukała potwierdzenia, że to jakiś żart. Bartek się wyprostował, Ania rozdziawiła usta.
– Babciu, serio? Ty chodzisz na randki? – rzuciła Ania z rozbawieniem, które bardziej przypominało niedowierzanie niż kpiny.
Mama tylko się uśmiechnęła, patrząc na Stefana.
– Randki? Kochanie, ja mam życie.
Wtedy zrozumiałam, że to wszystko jest prawdą. Mama się zmieniła. I że o tym wszystkim dowiaduję się ostatnia.
– Mama nigdy nie mówiła o żadnym nordic walkingu... – pomyślałam, obserwując, jak Stefan siada obok niej przy stole, jakby siadał tam od lat.
Emocje we mnie buzowały
Zamknęłam za sobą drzwi kuchni. Mama stała przy zlewie, opłukując filiżanki. Byłyśmy same, wszyscy zostali w salonie, a Stefan opowiadał właśnie coś o podróży pociągiem z przesiadką w Kutnie, śmiech dochodził aż tutaj. Mnie nie było do śmiechu.
– Po prostu mogłaś coś powiedzieć, mamo – zaczęłam spokojnie, ale głos miałam twardy.
– A może to ty nigdy nie zapytałaś? – odpowiedziała bez odwracania się.
Zamrugałam, nie dowierzając. Mama zawsze była łagodna, unikała takich odbitek. Tym razem jej głos był ostry jak nóż.
– Miałam się domyślić, że masz faceta? Że spotykasz się z kimś po cichu, a teraz go przyprowadzasz do nas jakby nigdy nic? Nawet nie uprzedzając?
W końcu odwróciła się. Na twarzy nie miała cienia zawstydzenia. Spokojna, z lekko uniesioną brwią.
– A co, miałam się was pytać o pozwolenie?
Zamknęłam oczy na moment, czując, jak coś we mnie się gotuje.
– Chciałam tylko wiedzieć. Nie żebyś nas pytała, ale... to wszystko. Jesteśmy rodziną, mama.
– Rodziną, która mnie przez ostatnie piętnaście lat widziała jako wdowę od herbatki i krzyżówek? Mam 75 lat, Iwona. Nie 5. Mam prawo do życia.
Poczułam, jak wzbiera we mnie frustracja. Może nawet złość... ale nie na nią. Na siebie? Na sytuację?
– To znaczy, że spałaś z nim?! – wyrwało mi się, ostrzej, niż chciałam.
Mama zmrużyła oczy. Oparła się o blat, skrzyżowała ręce.
– Nie będę się spowiadać. I naprawdę nie rozumiem, dlaczego to cię aż tak rusza.
Patrzyłyśmy na siebie w milczeniu. W tej ciszy było wszystko – moje zdziwienie, jej upór, moje poczucie bycia odstawioną na boczny tor, jej niezależność, którą próbowała mi właśnie bezceremonialnie wbić do głowy.
– Martwię się o ciebie – powiedziałam cicho, ale wiedziałam, że to nie cała prawda.
Bo pod spodem kryło się coś gorszego: byłam zazdrosna. O jej śmiech, o błysk w oku, o to, że miała odwagę ruszyć z miejsca, a ja dalej tkwiłam w swoim rozwodowym chaosie, udając, że wystarcza mi życie bez emocji. Mama westchnęła, jakby wiedziała wszystko, czego nie umiałam powiedzieć.
– Może pora, żebyś przestała się mną zajmować jak pacjentką. Zajmij się sobą, Iwonko.
Otworzyłam usta, by coś odpowiedzieć, ale drzwi się uchyliły i głowa Ani zajrzała do środka.
– Babciu, Stefan pyta, gdzie są jego okulary do czytania. Mówi, że zostawił je w łazience przy lustrze.
Mama uśmiechnęła się lekko, jakby nic się przed chwilą nie wydarzyło, i wyszła bez słowa. Zostałam sama w tej kuchni, z filiżankami, które nadal pachniały po herbacie i tą jedną myślą, która nie dawała mi spokoju: nie znałam tej kobiety, która właśnie wyszła. I nie wiedziałam, czy w ogóle chcę ją poznać.
Zrobiło mi się jej żal
Usiadłam na werandzie. Pół godziny po obiedzie, a w środku nadal gwarno. Śmiechy, rozmowy, ktoś puścił muzykę z telefonu. Chciałam odpocząć, ale tak naprawdę musiałam się odciąć. Od niej, od Stefana, od tej farsy, która rozgrywała się jakby nie w naszym domu, tylko w jakimś przedstawieniu, na które nikt mnie nie zaprosił.
Przez cienką firankę widziałam ich sylwetki – mama z kieliszkiem, Stefan coś opowiadał, wszyscy słuchali. I tylko mnie tam nie było. Wtem usłyszałam głos Ani. Szeptem, zza okna, z ogrodu, może myślała, że nikt nie słyszy.
– To jak to było? Babcia sama do ciebie zagadała?
– A skąd – zaśmiał się Stefan. – Ja się odważyłem. Ale długo mi nie było łatwo.
– W sensie…?
– Ona się trzymała na dystans. Wiesz, jak to jest. Starsza pani, dzieci, wnuki, „co ludzie powiedzą”... Mówiła, że nie wypada. Ale ja nie odpuszczałem.
Zamilkli. Potem znowu Stefan, spokojnie, cicho, ale tak, że każde słowo wbijało mi się w głowę.
– Twoja babcia to uparta kobieta. Myślała, że nie ma już prawa do miłości.
Nagle to, co czułam, przestało być takie oczywiste. Przez sekundę poczułam coś, czego się nie spodziewałam. Żal. Bo może naprawdę całe lata była sama? A ja nigdy się nie zapytałam, czy jej dobrze. Czy nie potrzebuje czegoś więcej niż towarzystwa wnuków i sobotnich telefonów? Drzwi werandy skrzypnęły i wyszła mama. Usiadła obok mnie bez pytania, bez uprzedzenia, z kieliszkiem w dłoni. Milczałyśmy chwilę.
– Bałam się, Iwonko – powiedziała nagle. – Ale Stefan dał mi coś, czego mi brakowało od lat. Czułość.
Patrzyłam w dal, ale słuchałam każdego słowa.
– Myślałam, że jesteśmy blisko – odpowiedziałam po chwili. – A tak naprawdę nic nie wiedziałam.
Mama spojrzała na mnie poważnie, bez złości. Tylko smutno.
– Bo nie chciałaś wiedzieć. Taką mnie widziałaś, bo tak było wygodniej. Bez uczuć, bez tęsknot, bez pragnień.
Zamilkła, dopiła kieliszek i wstała. A ja siedziałam dalej, nagle mała i nieistotna.
Wszystko się rozjechało
Znalazłam Anię na tarasie. Siedziała z kubkiem kawy, nogi podciągnięte na krzesło, telefon odłożony na bok. Patrzyła gdzieś w przestrzeń, zamyślona. Usiadłam obok. Milczałyśmy przez chwilę.
– Przepraszam, że tak wyszłam z kuchni wcześniej – powiedziała nagle. – Usłyszałam waszą rozmowę. Nie chciałam.
– Lepiej, że usłyszałaś. I tak wszystkiego pewnie byś się dowiedziała – odpowiedziałam.
Ania spojrzała na mnie uważnie, z taką delikatnością, jakiej w niej dawno nie widziałam. Moja dorosła córka, która do tej pory potrafiła rzucić we mnie słowem ostrym jak brzytwa, teraz wydawała się... dojrzalsza ode mnie.
– Wiesz, mamo, może to my się powinniśmy od babci czegoś nauczyć – powiedziała spokojnie. – Że nigdy nie jest za późno. Że nie trzeba się nikomu tłumaczyć ze szczęścia.
– Zawsze myślałam, że ją chronię – powiedziałam bardziej do siebie niż do niej. – A może po prostu chciałam, żeby była dokładnie taka, za jaką ją miałam.
Ania tylko kiwnęła głową.
– Bo wtedy wszystko się zgadzało, prawda? Babcia wdowa, dom stabilny, tort na Dzień Babci, laurki. A teraz ci się to wszystko rozjechało.
Miała rację. Wszystko się rozjechało. Ale nie przez mamę, tylko przeze mnie. Przez to, że nie umiałam przyjąć, że ludzie się zmieniają. I że starość nie musi oznaczać końca emocji. Że kobieta nie przestaje być kobietą, tylko dlatego, że jej wnuki mają prawo jazdy.
– Mamo – odezwała się znowu Ania – ty też możesz się jeszcze zakochać.
Pokręciłam głową z lekkim uśmiechem.
– Aż tak cię poniosło?
– Wcale nie. Tylko... nie zamykaj się, dobra?
Podała mi dłoń i przez moment ścisnęła moją. To był prosty gest, ale coś we mnie drgnęło. Coś się zaczęło zmieniać, powoli. Może jeszcze nie umiałam pogodzić się z tym, co się wydarzyło, ale po raz pierwszy nie czułam się w tym wszystkim zupełnie sama.
Wezmę z niej przykład
Wróciłam do domu późnym wieczorem. Ania została jeszcze na noc u babci, Bartek pojechał do siebie. Zdjęłam płaszcz, zrobiłam herbatę i usiadłam w ciszy. I nie mogłam przestać myśleć.
Cały ten dzień – to nie był tylko Dzień Babci. To był dzień, w którym musiałam się pogodzić z tym, że mama nie należy już wyłącznie do mnie, do rodziny, do roli, jaką jej przez lata wyznaczałyśmy. Ona była kimś więcej niż babcią, mamą, gospodynią. Była kobietą. Z sercem, które znów biło mocniej. I ciałem, które ktoś chciał przytulać.
Czułam zazdrość. I wstyd, że ją czuję. Ale też coś jeszcze – podziw. Bo miała w sobie odwagę, na jaką mnie nigdy nie było stać. Od śmierci ojca żyła jakby na pół gwizdka, a teraz... teraz znowu żyła w pełni. Sięgnęłam po telefon. Napisałam krótko: „Może kiedyś opowiesz mi o nordic walkingu?”. Odpisała po chwili. „Chodź ze mną w sobotę. Stefan ma drugi zestaw kijków”.
Uśmiechnęłam się. Może jeszcze nie wszystko między nami zostało odbudowane, ale coś się otworzyło. I to było wystarczająco dużo, jak na początek. Spojrzałam na zdjęcie z dzisiejszego obiadu. Babcia i Stefan śmieją się przy stole, Ania zerka na nich z boku. A ja, po raz pierwszy od dawna, patrzyłam na to nie z dystansu, nie z pretensją. Patrzyłam i czułam, że może i ja mam jeszcze przed sobą jakiś początek.
Nie muszę już udawać, że mi wystarcza. I może przestanę w końcu żyć w cieniu cudzych oczekiwań. Bo skoro mama potrafiła się od nich uwolnić, to może ja też. Nie jestem gotowa, ale jestem ciekawa. A to już coś.
Iwona, 45 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Teściowie chcieliby świętować Dzień Babci i Dziadka. Dawali nam złote rady, byśmy jak najszybciej podarowali im wnuka”
- „Nigdy nie myślałam, że w Dniu Babci wnuki potraktują mnie tak okrutnie. Zamiast dać kwiaty, odebrali mi godność”
- „Córka przyniosła niespodziankę ze studniówki. Teraz będzie zmieniać pampersy, a ja zacznę obchodzić Dzień Babci”

